środa, 29 marca 2017

Powroty bywają dość trudne

I nie ważne, czy wraca się go kogoś, czy czegoś, powroty wcale nie są takie łatwe. Zawsze, ale to zawsze, ludzie czy też miejsca wydają się wyglądać inaczej, czasem rozczarowują. 

A zresztą.....może to my się zmieniamy?

I chyba podobnie jest też z moim powrotem na bloga. Zabierałam się do tego wpisu jak pies do jeża ;) 
Pomijając już chroniczny brak czasu, zaczęłam się zastanawiać, czy kogoś może zainteresować to, co chcę opowiedzieć, pokazać?

Bo co u mnie? W zasadzie nic specjalnego. 
Przekonałam się, że wąż zawsze będzie wężem, choćby nie wiem ile razy zrzucał skórę.
Powalczyłam z buntem przedmiotów martwych. Uwzięły się na mnie i hurtem zaczęły się psuć, jedno po drugim. A tak na marginesie, coś mi podejrzanie pralka wyświetlaczem miga, jakby miała zamiar dołączyć do reszty towarzystwa. 
W długie zimowe wieczory zajęłam się tworzeniem tęczowej peleryno-chusty, na wiosnę jak znalazł :)




Ale przede wszystkim spędziłam cudowny czas na Maderze. Wróciłam tam, (a jednak!) żeby spełnić moje marzenie i poszwendać się po lewadach. 
Lewady to takie mini kanały, służące do transportu wody deszczowej z północy na południe wyspy. Kamienne koryta, a wzdłuż nich ścieżki, miejscami wąskie na długość stopy.

Lewada do Furado - zaczyna się w Ribeiro Frio i łagodnie opada w dół w kierunku Portela. Jedenastokilometrowy spacer przez laurowy las, skalnymi tunelami, wąskimi przesmykami, wśród szumiących wodospadów w towarzystwie Fringilla Fringila (czyli zięby, ale Fringilla ładniej brzmi)....no po prostu bajka :)

O! I tu warto było wrócić :)