poniedziałek, 26 października 2015

niechby tak trwało aż do wiosny







"Drze­wa umierają inaczej niż ludzie. Drze­wa wyglądają tak, jak gdy­by cie­szyły się własną śmier­cią. Wpraw­dzie po­tem będzie wios­na i one od­kwitną zno­wu, ale ty wiesz, że nig­dy nie można mieć pew­ności. No i skąd o tym mają wie­dzieć drze­wa? Dla nich na pew­no każda je­sień jest ostatnia."

Halina Poświatowska










 


















































czwartek, 22 października 2015

Bajka o marudnej owcy :)



Była sobie owca o imieniu Muda, co w staroowczym języku oznacza ni mniej, ni więcej, tylko Maruda. Dlaczego akurat takie imię? Otóż pierwsze słowa jakie wypowiedziała Muda, kiedy przyszła na świat, to wcale nie było "mama", "tata", czy "beee". Pierwsze co powiedziała, to „ja to mam pecha”. I tak już było na okrągło. Owca marudziła, narzekała, stękała, okraszając wszystko tym właśnie zwrotem „ja to mam pecha”. 


Nieustannie biadoliła, a to, że tyłek ma za wielki, a to znów że trawa mniej zielona i mniej słodka niż ta, którą mają okazję skubać inne owce. To jej za zimno, to za ciepło, to futro za ciężkie i nie układa się w równe loki i chyba trochę pogrubia, no zawsze coś było nie tak. Inne owce miały dosyć jej jęków, więc odsuwały się jak najdalej od marudy. Muda oczywiście interpretowała to po swojemu. Pewnie mają tam lepszą trawę, może mniej tuczącą, albo bardziej słodką! Ja to mam pecha. 


Czasem Muda patrzyła tęsknie w niebo na latające nad nią ptaki…..one też mają lepiej – myślała – latają sobie dokąd tylko chcą i nikt, i nic ich nie powstrzyma, nie to co ja. Co ja mogę z moim pechem. 



Któregoś dnia Muda nie wytrzymała i postanowiła poszukać sobie lepszego miejsca do życia. Wspięła się na sam szczyt pobliskiej góry z nadzieją, że za nią odnajdzie swój eden. Stękała i narzekała przy tej wspinaczce niemiłosiernie. Kiedy już znalazła się na szczycie rozejrzała się dookoła i głęboko westchnęła. Wypatrzyła w dolinie małe jezioro w kształcie harfy. Postanowiła to miejsce obrać jako kierunek swojej wędrówki. 



W dół poszło dużo łatwiej niż w górę, więc już bez narzekania, lekkim truchtem, zbiegła aż do samego jeziora. Ugasiła pragnienie, skubnęła trawy, stwierdzając przy tym, że nie smakuje jakoś najszczególniej i wyruszyła w dalszą wędrówkę. 


Zanim jeszcze słońce zaczęło się zniżać, dotarła nad brzeg oceanu. Na pobliskiej łące pasło się stado krów. Jaki słodki widok. Tata byk, mama i śliczne cielątko, malutki byczek. 







Pomyślała sobie, że to jest idealne miejsce dla niej, piękne widoki, miłe towarzystwo i trawa jakby smaczniejsza. Zostaję, postanowiła. 
Podśpiewując skubała trawę i zerkała co jakiś czas na zachodzące słońce. Normalnie raj. Przez te kilka chwil poczuła się naprawdę szczęśliwa. 

Kiedy słońce znalazło się już bardzo nisko nad horyzontem, na łące zjawił się człowiek. Przywołał do siebie stado krów i poprowadził je do pobliskiej obory. Owca została na łące samiuteńka jak palec w…..zupie. Zwinęła się w mały wełniany kłębuszek i próbowała zasnąć. Nie szło jej najlepiej. Ocean wył jak szalony, a obok ani jednej żywej istoty do której mogłaby się przytulić. A potem jeszcze zaczęło padać! Zacisnęła mocno powieki i przywołała w myślach obraz swego stada, zaczęła wyliczać: ciocia Pina, wujek Bolo, mały Zin…nawet nie zorientowała się kiedy usnęła.

Rano obudziło ją ostre słońce. 
Czas ruszać w dalsza drogę, nic tu po mnie - pomyślała. 
Wędrowała tak i wędrowała, mijały kolejne godziny, zaczynały już ją boleć nogi, kiedy wreszcie dotarła na skraj lasu. 
Jeszcze nigdy, w całym w swoim życiu nie widziała lasu. Piękny był, gęsty, wysoki! Wielkie drzewa, niższe krzaczki.....nagle jeden z krzaczków się uniósł



- dzień dobry, a pani tu w jakiej sprawie? – zapytał gadający krzaczek

- ja ja ja – wystraszona Muda jąkając się próbowała cokolwiek wydukać – ja szukam sobie nowego domu

- nic tu po tobie kochana. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego jak w lesie jest niebezpiecznie? A to wilki, a to ludzie ze strzelbami, wszędzie czyhają na ciebie niebezpieczeństwa. No i co tam będziesz jadła? W lesie nie ma tyle trawy co na łące. My jemy listki, sięgamy do gałęzi, a ty? Podskoczysz, czy jak?


Muda spuściła głowę i powłócząc kopytkami odeszła. Sama już nie wiedziała gdzie jest, dokąd idzie, jak daleko jej dom i stado, za którym zaczęła trochę tęsknić. W sumie wcale nie było jej tam tak źle. I pogadać było z kim i trawa soczysta i zielona.....


Słońce zaczynało chować się za horyzont. Muda postanowiła znaleźć sobie jakiś nocleg, zanim zapadnie zmrok. Nie mam wyjścia, tę noc spędzę w ruinach - pomyślała - co prawda mało tu przytulnie, ale przynajmniej nie zmoknę. A co dalej, pomyślę o tym jutro.





Skoro świt, pełna energii Muda postanowiła odszukać drogę do domu. 
I tak sobie dreptała wąwozami, szczytami, brzegami rzek, rozglądając się przy tym za białymi puchatymi kulkami. Nigdzie ani śladu. 



- Jak ja bym chciała znaleźć się wśród swoich - powiedziała na głos - już będę grzeczna, nawet mogę przestać marudzić, aby tylko odnaleźć drogę do domu.


Nawet nie zdawała sobie sprawy, że kiedy wypowiadała te słowa, znajdowała się w pewnym szczególnym miejscu, na Moście Życzeń. Każde wypowiedziane tu życzenie spełniało się w parę sekund. Kiedy więc z pyszczka Mudy padły słowa „do domu”, coś błysnęło, zakurzyło się, świat zawirował tak, jakby nagle rozszalało się tornado. A kiedy już się uspokoiło i cały pył opadł, Muda zobaczyła swoją łąkę, rodzinę, przyjaciół. Uśmiechnęła się szeroko - jestem w domu - pomyślała - mam szczęście!

 
Podbiegła do stawu i zerknęła na swoje odbicie - no i w sumie z tym futrem też nie jest tak źle, gustownie się układa i nie pogrubia. Przekrzywiła łepek i zalotnie unosząc uszko. Chociaż sama nie wiem.....ten tyłek....no nie wiem....



poniedziałek, 19 października 2015

Kilka obrazków z Dingle

Za oknem mgła, szaro i ponuro. Koniecznie więc trzeba dorzucić trochę koloru, żeby dosmaczyć rzeczywistość :)

Dziś może o Dingle. Z czego słynie Dingle? Z kolorowych XIX wiecznych domków i przepysznych lodów. W żadnym innym miejscu nie spotkałam tylu dziwnych smaków, no może w San Gimignano w Italii był ogromy wybór. Ale nawet tam nie było lodów o smaku deszczówki!







Lodziarnia przez lata eksperymentowała z różnymi smakami. Najgorszym pomysłem był smak wędzonego łososia, choć i cebulka z pleśniowym serem nie brzmi zachęcająco. Groszek z miętą, ciut lepiej. TU możecie poczytać o innych dziwnych smakach :)



 Dlaczego u nas domy są zawsze w stonowanych barwach?
Tak byłoby ciekawiej!





Che Smerfara :)



I jeszcze ciekawostka. Widzieliście gdzieś, kiedyś, taki sklep?



Połączenie przyjemnego z pożytecznym ;) 
Po prawej farby, kleje, gwoździe, narzędzia...



 a po lewej  :)



I normalnie problem, bo pójdzie taki chłop po gwoździe i wsiąknie. I nawet jak wróci zawiany po kilku godzinach, a żona zapyta go "gdzie byłeś?", zgodnie z prawdą odpowie "w narzędziowym". I co zrobisz? Do sklepu nie puścisz? ;))))


czwartek, 15 października 2015

Uroczy domek - Swiss Cottage

Z uwagi na me zasmarkanie i niemoc pozwolę sobie wrócić do miejsc, w których byłam, a o których jeszcze nie opowiadałam. A co!

Domek w którym mogłabym zamieszkać ;)


Śliczna kryta strzechą chatka, położona w lesie w pobliżu Cahir w Irlandii.

Domek został zbudowany w 1810 roku przez Richarda Butlera, pierwszego hrabiego Glengall, według projektu słynnego architekta Johna Nasha. Położony na wzgórzu, na które wspiąć się trzeba po kamiennych schodach, bielony, kryty strzechą, porośnięty bluszczem, wygląda jak domek z bajki.







Architektura domku kojarzy mi się z pracami Gaudiego. Być może przez tę nieregularność, miękkość kształtów i szukanie inspiracji w przyrodzie. 




Nawet każde okno jest tu inne.





Domek nieduży. Jedno pięterko, dwa pokoje na dole i dwa na górze i czego chcieć więcej? Wszystko pięknie urządzone, z dbałością o każdy detal. W sypialniach ten sam motyw na ścianie, obiciu, porcelanie....chociaż, jak dla mnie, aż za bardzo to wszystko dopasowane. Jeśli miałabym tam zamieszkać dostałabym oczopląsu od mnogości wzorków :)

Nie mam zbyt wielu zdjęć wnętrza, bo w środku nie można było ich robić, ale TU i TU no i TU można co nieco zobaczyć. Ja mam tylko to, co udało mi się pstryknąć przez okno.









Tapeta w salonie "Wybrzeże Bosforu - Turcja", pochodząca z fabryki Dufour, jest jedną z pierwszych produkowanych komercyjnie paryskich tapet.


Kiedy w 1961 roku zmarł ostatni potomek rodziny Butlerów, chatka opustoszała i popadła w ruinę. Przez pewien czas robiła nawet za stajnię, ktoś trzymał tu swoje konie!
Na szczęście w 1989 roku dom przeszedł w ręce państwa i został wyremontowany.

Na koniec mały detal, witraż który udało się uratować od zniszczeń, bo ktoś go wyciął z okna i przechował. Przedstawia rzymskiego boga wojny Marsa, otoczonego czterema wojownikami.  




No i kto by nie chciał takiego domku na lato? Hę?

poniedziałek, 12 października 2015

kapliczki przydrożne


Przydrożne kapliczki, wpisane w polski krajobraz, drewniane, murowane, budowane w przeróżnych intencjach. Im starsze tym lepiej, tym więcej widziały, tym więcej pamiętają ludzi którzy obok nich przeszli. 






Kapliczki można znaleźć wszędzie, we wsiach, przy leśnych drogach, na polach wśród zbóż, nad rzekami stawami, wszędzie. Czasem, zwłaszcza w górach, udaje się spotkać te naprawdę piękne, ręcznie rzeźbione w drewnie. Niektóre z nich niszczeją, albo są wymieniane na nowe, "lepsze". Co się wtedy dzieje ze starymi? Chyba już wiem. Wiele z nich na pewno trafiło do rąk pana Ryszarda Niedzielskiego z Suraża, który założył tu prywatne Muzeum Kapliczek. 





Kolista weranda domu pana Ryszarda zapełniona jest kapliczkami przeróżnych kształtów i wielkości. Jest około 100 eksponatów! Duże, małe, kolorowe i surowe rzeźbione w drewnie. Z Polski i całego świata. Każda z nich ma swoją historię. Niektóre były panu Ryszardowi podarowane, inne musiał kupić. 




















Oprócz Matki Bożej i Jezusa mieszkają w nich przeróżni święci święci. Florian, patron strażaków, Nepomucen, który pewnie stał gdzieś nad rzeką,  Roch, co strzeże przed chorobami zakaźnymi i  Ambroży patron pszczelarzy, i pewnie wielu innych. 




gdzieś widziałam taki obraz, być może gdzieś w domu dziadków
pamiętam szorstkość tych ramek zrobionych ze szkiełek i lusterka
chyba muszę zapytać mamę, gdzie mogłam to widzieć 




































Takie miejsce jak to, stworzone dzięki pasji jednego człowieka, pozwala ocalić od zapomnienia polską tradycyjną kapliczkę.