poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kto rano wstaje......ten ma ciszę w Opactwie Kylemore Abbey

Żeby poczuć klimat i urok tego miejsca, potrzeba ciszy. I nam się to udało. Udało się tam dotrzeć przed wszystkimi autokarami, wycieczkami, tłumami, żeby w ciszy spojrzeć jak piękny noegotycki XIX wieczny zamek, przegląda się w wodach jeziora Kylemore Lough.




Sceneria jak z bajki i to bajki o miłości, takiej co to piękna księżniczka i dzielny książę…..zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.







Zamek położony jest w regionie Connemara, w zachodniej części hrabstwa Galway. Mitchell Henry, zamożny lekarz i finansista, zbudował go dla swojej młodej żony, która zakochała się w tym dzikim i spokojnym regionie Irlandii. Tu doczekali się dziewięciorga dzieci i żyli szczęśliwie do czasu tragicznej podróży. Egzotyczne wakacje w Egipcie, które rodzina Henrych odbyła w 1874 roku, skończyły się dramatycznie. Margaret zachorowała na czerwonkę. Zmarła w przeciągu szesnastu dni. Miała zaledwie 45 lat.


http://www.kylemoreabbeytourism.ie/mitchell-henry-history-of-kylemore/



Po śmierci żony Mitchel Henry sprowadził ciało ukochanej, by pochować je na terenie rezydencji, w miejscu które tak kochała. Niedaleko zamku, w leśnym zakamarku wybudował mauzoleum i kościół.














Kościółek zbudowany dla Margareth to  „miniaturowa katedra”, której wzorem była podobno kaplica Świętego Szczepana w Westminsterze.
Po ukończeniu budowy Mitchel porzucił to miejsce, które tak bardzo przypominało mu ukochaną żonę i wrócił do Anglii.



Opuszczone Kylemore zaczęło niszczeć. Stało niezamieszkałe aż do 1920 roku, kiedy to zakonnice z belgijskiego Ypres znalazły tu schronienie, po tym jak zbombardowano ich opactwo w czasie I wojny światowej. Siostry zakonne przyczyniły się do przywrócenia kompleksowi jego świetności. Kylemore przestano określać jako castle, czyli zamek, a zaczęto nazywać abbey – opactwo.


Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wybudowano zamek, w poblizu powstały wiktoriańskie ogrody, położone na rozległym 6-akrowym, ogrodzonym wysokim murem, terenie. 





Na terenie ogrodu znajdowało się 21 szklarni, w których hodowano egzotyczne owoce i rośliny. Szklarnie ogrzewano za pomocą trzech kotłów i podziemnej skomplikowanej sieci rur, rozprowadzających ciepłą wodę.

Ogród zaopatrywał rezydencję nie tylko w świeże kwiaty i warzywa, lecz także egzotyczne owoce jak na przykład banany, figi i melony.

Dziś po szklarniach zostały tylko fundamenty. 











Dom w północnej części Wiktoriańskich Ogrodów należał do głównego ogrodnika.


W domu było kilka pokoi, a wśród nich taki uroczy salonik.


 jasna i całkiem spora kuchnia


jadalnia w której stół zastawiano porcelanową zastawą




Cudowne miejsce. Mogłabym tam zamieszkać, od zaraz. I wcale nie w pałacu, tylko właśnie w domku ogrodnika. Jest przeuroczy!

To co? Jeszcze rzut oka na kwiaty które kuszą zapachem i kolorami :)






















czwartek, 27 sierpnia 2015

Pokój Nr 8 w Kilkee



"Pamiętasz, była jesień,
Mały hotel "Pod Różami", pokój numer osiem,
Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz...."

Tak śpiewała Sława Przybylska :)
Numer pokoju się zgadza, tylko nie było portiera, była za to elegancka i miła pani, właścicielka pensjonatu w Kilkee, w którym zamieszkaliśmy. 




Ach....no i jesieni nie było, tylko lato. I był cudowny widok z okna na ocean. A właściwie, to nie było okno, tylko taki wykusz, a w nim dwa fotele i stolik, no i czego chcieć więcej. Można się z miejsca nie ruszać, tylko siedzieć i gapić się na zachodzące słońce.    




Ale można też wyjść i zobaczyć zatokę w pełnej krasie







Albo jeszcze lepiej pojechać na klify Kilkee i zobaczyć jak słońce tonie w oceanie. 



















A rano....rano pójść tam jeszcze raz, bo przecież było za mało i nie dość. 









Rano ocean wygląda zupełnie inaczej, a fale rozbijając się o brzegi klifów wyrzucają w górę kłębki morskiej piany. Jakby w środku lata śnieg padał :)









poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Miasteczko Galway i trochę legend



Galway to urocze miasteczko położone nad Oceanem Atlantyckim. 
Kiedyś był to najważniejszy port handlowy Irlandii, obecnie klimatyczne miasteczko wypoczynkowe z mnóstwem restauracyjek, sklepików, knajpek i kolorowych kamienic, którego ulice tętnią życiem.










Z czego słynie Galway? Otóż na zachodnim skraju miasta znajdowała się niegdyś wioska rybacka Claddagh, z którą to związany jest słynny irlandzki pierścień Claddah Ring. I ponoć tylko tu można kupić autentyk.




Jak głosi napis na tabliczce, tu sprzedawany jest od 1750 roku, czyli niemalże od początku istnienia pierścienia. 





Tradycyjny irlandzki pierścień Claddagh spełnia od kilku wieków rolę pierścionka zaręczynowego, obrączki ślubnej lub przyjacielskiego prezentu.

Podobno Jim Morrison i Patrycja Kennealy też wymienili się takimi pierścieniami, podczas celtyckiej ceremonii handfasting w 1970 r.




Widoczne na zdjęciu symbole zawierają najważniejsze w życiu elementy. Serce symbolizuje miłość. Trzymające je dwie dłonie oznaczają przyjaźń, a korona wierność i uczciwość.  Symbolikę pierścienia wyraża maksyma: „Let love and friendship Reign forever” – "pozwól panować miłości i przyjaźni na zawsze".


Pochodzenie pierścienia wyjaśniają liczne irlandzkie legendy. Jedna z nich opowiada historię Richarda Joyce’a z wioski Claddagh, który opuścił ubogą Irlandię na kilka miesięcy, by ciężką pracą zarobić i uzbierać na wspólne życie ze swoja ukochaną. Rozłąka niespodziewanie przedłużyła się do kilku lat, gdyż chłopak popadł w niewolę i został sprzedany przez piratów do Algierii. Tam u mauryjskiego złotnika nauczył się nowego zawodu. Tam też, z myślą o swojej ukochanej, wykonał pierścień, na którym dwie dłonie trzymają serce w koronie. W głębi duszy miał nadzieję, że dziewczyna wciąż na niego czeka. 
Kiedy wreszcie po 15 latach niewoli został uwolniony, wrócił do Claddagh i  wręczył pierścień swojej wybrance. No i oczywiście potem żyli długo i szczęśliwie. Lubię takie zakończenia :)

Chodząc uliczkami Galway spotkałam pewnego gościa 

Leprechauna :)



To najbardziej znany skrzat irlandzki, o bardzo trudnym, złośliwym charakterze. Jest samotnikiem, mieszkającym w odległych miejscach i trudniącym się wyrobem butów (taki oczywiście, który nie zszedł na złą drogę)



Leprechaun jest małym, rudym i brodatym człowieczka, o pomarszczonej twarzy i wzroście mniejszym niż metr.  Ma świdrujące zielone oczka, rozczochrane ogniście rude włosy, rumianą twarz i odstające uszy. Wygląda trochę jak łachmaniarz w tym swoim zielonym,  podniszczonym i połatanym surducie i starych buciorach. Nadrabia trochę kapeluszem, ale i tak jego wygląd nie budzi zaufania. Jeśli doda się do tego fakt, że jest wiecznie zawiany i śmierdzi od niego fajką, z którą się nie rozstaje……myślę, że nie jest obiektem westchnień kobiecych.



Leprechaun ma zawsze przy sobie dwie sakiewki: jedna zawiera srebrną, a druga złotą monetę. Srebrna ma moc znikania z kieszeni sprzedawcy i powracania do pierwotnego właściciela, dlatego też służy do płacenia za wszelkie zakupy. Złota potrafi zamieniać się w popiół i suche liście. Ta  służy za łapówkę dla każdego, kto schwyta Leprechauna.



Mówi się też, że Leprechauny znają miejsca, w których zakopane są skarby, no przecież sami je tam zakopują (hahaha). Kiedy się takiego skrzata złapie jest on zobowiązany powiedzieć gdzie ukrył garniec. Ale nie liczcie na to, że Leprechaun powie wam prawdę, jest zbyt wielkim sknerą i za bardzo kocha złoto, żeby się go ot tak pozbawiać.  

Na zakończenie mała imprezka ze skrzatami ;)))