poniedziałek, 29 czerwca 2015

i po weekendzie



Jak Wam minął weekend? 

Mój był bardzo muzyczny. W sobotę koncert Voo Voo, świetny!  W niedzielę koncert Belgradzkiego Chóru Męskiego, w ramach IV Festiwalu Kultury Serbskiej VIDOVDAN




Niezwykłe głosy! Basso profondo, najniższy głos męski, który wzbudza we mnie wewnętrzne wibracje. Nie mam co prawda nagrania z koncertu, ale "próbkę" tegoż basu mam.






I jak? Fajnie, nie?


A poza tym? Poza tym wieczory pod gruszą z przyjaciółmi i wodzenie palcem po mapie....gdzie by tu następnym razem. No właśnie. Ktoś był w Alicante?

Ach.....no i zakochałam się ponownie w moim rowerze. Kiedy kolega zamontował go na dachu swego samochodu, spojrzałam na niego (na ten rower oczywiście, nie na kolegę ;) z innej perspektywy. No tak się pięknie na tym niebie prezentował, że aż go obfotografowałam, czym wzbudziłam zainteresowanie opuszczającego cerkiew chóru serbskiego ;)))
I chyba nawet im się nie dziwię, bo to niecodzienny widok, jakaś świruska pokrzykująca w zachwycie, fotografowuje rower stojący na dachu auta......ale o co chodzi? ;))))


środa, 24 czerwca 2015

I.C.U.

Jakiś czas temu trafiłam w Trójce na audycję "Historia pewnej płyty". Historia dotyczyła płyty Lou Doillon. Na początku słuchałam ot tak, jak się słucha muzyki jadąc autem i będąc myślami jeszcze gdzieś indziej, aniżeli w tym aucie. 
W pewnym momencie coś przykuło moją uwagę. Usłyszałam coś, co poruszyło, zapadło w pamięć. Odszukałam tę audycję, posłuchałam jeszcze raz......to był fragment, w którym Lou opowiadała o piosence "I.C.U."





„…To utwór o miłości sprzed lat, dawne dzieje. Napisałam wiele piosenek o tym mężczyźnie, zagniewanych piosenek. Nie byłam z nich dumna. Gniew powodował, że nie mogłam być ponad to. Ja niczego nie żałuję w życiu, a tego faceta żałowałam. Nie umiałam zamknąć tego rozdziału. Napisałam już tyle piosenek o tym dupku, ty draniu, umieram przez ciebie, i tak dalej… Aż w końcu pomyślałam po co? To prowadzi donikąd. Byłam rozgoryczoną kobietą...

"I.C.U." to mój pierwszy poranek, kiedy mam ochotę powiedzieć mu – dziękuję, to uratowało mi życie. Bo życie z żalem w tle, to nie życie. Tak było mi wstyd przez to uczucie. Był dla mnie tak niedobry. Tego nie sposób było zaakceptować. Dzień w którym się z tym pogodziłam, był dniem w którym napisałam "I.C.U." To był dzień  w którym pomyślałam dziękuję, jestem cholernie dumna z tej miłości. Ja cię kochałam i to było w tym piękne, ja umiałam cię kochać. Możesz zrobić z tym co chcesz, ale nie zmienisz moich wspomnień, nie zabierzesz mi marzeń, nie sprawisz że przestanę cię kochać

I dałam sobie rozgrzeszenie. To moje życie i jeśli chcę wciąż o Tobie myśleć, w porządku, moje prawo. Znalazłam ukojenie w myśli, że choć życia nie zmienisz, możesz zmienić sposób, w jakie na nie patrzysz. To wszystko zmieniło…"



Słuchając tego pomyslałam sobie - genialne! Dokładnie tak, to ona przeżyła coś pięknego, bo kochała. 
Ech....i gdybym jak miała w sobie taką mądrość, kiedyś tam, kiedy też nie mogłam znaleźć spokoju, uciszyć żalu. O ileż krócej bym się męczyła!!

A tak w ogóle to fajna płyta, warto posłuchać :)





poniedziałek, 22 czerwca 2015

A tymczasem w Białymstoku....

A tymczasem w Białymstoku, kolorowo i głośno, wielojęzycznie....czyli Dni Miasta Białegostoku i coroczny, już XXIII Jarmark na Jana.

Najpierw trafiłam na paradę zespołów muzyki i tańca dawnego










Potem poszłam na Rynek, a tam tłumy ludzi, gwar, hałas. Sprzedawcy przekrzykują się oferując swoje produkty "zapraszam na degustację mioduuuuu". Jakby tak się uprzeć, to tylko degustując, można by się najeść. Wędliny, sery, chleby obwarzanki, miody, kwasy chlebowe, co tylko chcesz.









Na jarmark zjechali twórcy z Podlasia i innych regionów Polski, Białorusi i Litwy. Wyplatane kosze, wyroby z drewna, gliny, biżuteria, zabawki, serwetki, makatki, dywaniki.....co tylko dusza zapragnie.


















Pozytywne dyndadełko, 
uśmiechnięta czterolistna koniczyna :))






Rzeźbione w drewnie ptaszki to tradycja pochodząca z Beskidu
w zasadzie rozpoznaję tylko kilka gatunków :)
sowę, dudka, dzięcioła i sikorkę 









I jeśli do tego gwaru dodacie jeszcze katarynki....to uzyskacie dokładnie taką mieszankę dźwięków jaką się dało słyszeć na jarmarku :)
Jak za dawnych czasów :)






czwartek, 18 czerwca 2015

domani, domani

Pamiętacie jak Julia Roberts, w filmie "Eat Pray Love", uczyła się słówka "attraversiamo"?

 
Ja, podczas mego pobytu w Grado, też nauczyłam się nowego włoskiego słówka - "domani". Nauczyłam się go od pewnej Włoszki, w Trattorii "Tre Corone". 

Tego wieczoru, jak zawsze wygłodniali, rozglądaliśmy się za jakimś uroczym miejscem na kolację. Zależało nam na tym, żeby to była jak najbardziej miejscowa knajpa, a nie taka dla turystów. Tak więc zagłębialiśmy się w wąskie uliczki, przyglądaliśmy się kelnerom, zaglądaliśmy ludziom w talerze. Usiedliśmy w końcu do jednego ze stojących przed restauracją stolików, aby oddać się rozkoszom obżarstwa i opojstwa. Zamówiliśmy mnóstwo rozmaitych dań, ryby kalmary, pizzę i między innymi moje ulubione gnocchi w sosie serowym. 

Siedzimy i siedzimy, znikają kolejne karafki wina. Nie powiem, żeby było nam tam źle, ale w końcu zaczepiamy kelnerkę (która tak na marginesie ani w ząb nie rozumiała angielskiego) i pytamy o nasze jedzenie. Kelnerka ze śmiechem, machając rękami woła "domani, domani". No to sobie wymyśliliśmy, że pewnie te moje gnocchi są "domani" czyli "domowe" i dlatego tak długo się czeka. Więc cierpliwie na te domani gniocchi czekamy. Po godzinie wjechały, mięciutkie, delikatne, pachnące, pyszne.....ach! 
 I choć (jak się później okazało) "domani" wcale nie znaczy "domowe", tylko "jutro", wszystko co tam jedliśmy było genialne i jak najbardziej "domani" ;))). 

Kocham włoską kuchnię. Kocham ciepłe wieczory z chłodnym białym winem, kolacje pod dachem z gwiazd. Kocham tę beztroskę, jaka tym wieczorom towarzyszy. Kocham klimat starych miasteczek z wąskimi uliczkami, wypełnionymi ciepłym światłem z ulicznych latarenek.  I ten lekki szum w głowie, kiedy wracasz do pokoju promenadą wzdłuż morza i już sam nie wiesz co bardziej szumi, morze czy wino. 

To był dobry czas :)






































poniedziałek, 15 czerwca 2015

trochę nieobecna

właśnie tak się czuję :))
W uszach jeszcze brzmi muzyka z warsztatów, nogi przypominają o przetańczonych kilometrach, a w pamięci mam roześmiane twarze znajomych. Jeny jaki cudowny reset!!! 

Tylko dwa dni, a miałam wrażenie, że wyjechałam na tydzień. Zawsze, kiedy wracam z dłuższych wakacji, przechadzam się po ogrodzie, żeby zobaczyć co urosło, co zakwitło. Tym razem też tak zrobiłam :)))) A przecież, co też tam mogło się zmienić przez jedną noc. ;)

Uwielbiam taniec i uwielbiam ludzi z którymi tańczę. 
No właśnie....jak to jest? Czy to taniec zmienia ludzi? Czy przyciąga akurat tych najfajniejszych? Nikt tam nie jest nadęty, nie puszy się, nie narzeka, nie wywyższa w żaden sposób. Mamy wspólną pasję, jesteśmy jedną "drużyną". Nie ważne ile masz lat i jak długo tańczysz, nikt nie da Ci odczuć, że jesteś gorszy.

No i dziś, taka trochę nieobecna podzielę się z Wami fotkami znad jeziora Millstatt, bo to idealny czas na takie zdjęcia :)



























środa, 10 czerwca 2015

kolejny przystanek mojej wyprawy




Zamek Hohenwerfen (niem. Burg Hohenwerfen) został wybudowany około 1077 roku, jako strategiczny bastion przeznaczony do ochrony Salzburga. Położony na szczycie 155 m skały, wysoko nad doliną rzeki Salzach, otoczony koroną ośnieżonych szczytów Alp, wygląda niezwykle malowniczo. 







 




 I siedział sobie taki z garnkiem smoły rozgrzanej, czekając na intruzów





 Kaplica Hohenwerfen jest jedną z najstarszych części budynku



Początkowo Hohenwerfen był tylko niewielkim zamkiem obronnym. W XII wieku przeszedł pierwszą rozbudowę, a  w XVI za czasów Księcia abp Johanna Jakoba, kolejną. Po rozbudowie służył władcom Salzburga, książętom i arcybiskupom jako miejsce zamieszkania i baza do polowań. 

















W późniejszym okresie używany był też jako więzienie. Okresowo więziono wysoko urodzoną szlachtę, w tym władców, takich jak arcybiskup Adalbert III (1198), Graf Albert von Friesach (1253), gubernator Styrii Siegmund von Dietrichstein (1525) i arcybiskup Wolfgang Dietrich von Raitenau (1611).



A w lochach...ciemno, zimno (ok 5 stopni nawet latem) No i takie tam różne atrakcje.


 na przykład hiszpańska skarpeta


albo łamanie kołem


dziurawienie brody








 a mury tak grube, że nie ma żadnych szans na przebicie się przez nie








W czasie II wojny światowej zamek był używany jako centrum szkoleniowe niemieckiej partii nazistowskiej. Pod koniec wojny stał się własnością Salzburga.

Po II wojnie światowej był wykorzystywany jako obóz szkoleniowy austriackiej żandarmerii do 1987 roku, po czym został udostępniony dla turystów.


To co? Jeszcze tylko zajrzymy na wieżę zegarową i opuścimy te zimne i mroczne zamczysko.











 świat za oknem jakiś taki bardziej przyjazny :)












 I co? Na zewnątrz chyba przyjemniej :)