niedziela, 25 stycznia 2015

Czy to można?

"Czy to można przestać kochać niebo i ziemię dlatego, 
że bywa niepogoda, wiatr dmie, deszcz siecze"

Odpowiedź brzmi:

można!


zwłaszcza kiedy niepogoda trwa już dwa miesiące
albo i lepiej
Można ale niekoniecznie trzeba. 
Kiedy życie nie rozpieszcza, można się chwycić wspomnień. 
Kiedy nie rozpieszcza pogoda, chwycić się można zdjęć pełnych koloru i słońca.




























Pięknego wieczoru, a ja tymczasem lecę na "Czarodziejski Flet" może mnie oczaruje i zaczaruje

Oby!!!




piątek, 23 stycznia 2015

i znów bajka

W pewnym domu, na regale stała książka. Zwyczajna i niezwyczajna zarazem. Miała piękne lśniące szafirowe okładki i lekko ozdobiony złoceniami grzbiet. 
A w środku…...tam dopiero było niezwykła. Na swoich gładkich, białych kartkach zabierała ludzi do krainy cudownych baśni, niezwykłych i tajemniczych opowieści. 

Kiedyś była czytana i to często, teraz ludzie nie mieli dla niej czasu. Zabiegani, zajęci sprawami ważnymi i pierdołami nawet nie sięgali do regału z książkami. Woleli rzeczy łatwe, lekkie i przyjemne. Nawet chłopiec, który kiedyś tak lubił czytać, dziś wolał gapić się w telewizor, albo komputer.

Pewnego dnia książka postanowiła wyruszyć na wędrówkę i zobaczyć jak to jest w innych domach. Czy wszędzie jest tak samo? 

Jak postanowiła tak też i zrobiła. Rozłożyła szeroko skrzydła okładek i sfrunęła z regału. A potem kancik-boczek-kancik-boczek doturlała się do drzwi. Na ulicy już było łatwiej. Zawsze ktoś zwróci uwagę, podniesie i zabierze w nowe miejsce. Aby tylko nie wpaść w kałużę i nie dać się rozjechać. 

Najpierw trafiła do domu, w którym siedział zatopiony w lekturze chłopiec. O, tu musi być fajnie, tu się czyta. Schowała się na regale między innymi książkami i obserwowała. Po kilku dniach przekonała się, że chłopiec książki wypożycza i to na bardzo krótko, żadnej z nich nie kończy, nudzi się po paru stronach i sięga po następną. 

W innym znów domu chłopiec wolał czytać komiksy. Krótkie historyjki, które nie wciągały i nie absorbowały nadmiernie jego uwagi. To nie było dobre miejsce dla prawdziwych książek.

Tułała się tak od domu, do domu, podglądała, obserwowała. 

Któregoś dnia trafiła nawet do mieszkania, w którym dostała godne miejsce. Tuż koło łóżka, na nocnym stoliku. To pięknie rokowało. Usłyszała nawet:
- jesteś wymarzoną książką, bardzo chcę Cię przeczytać, tylko teraz nie mam dla Ciebie czasu.  Ale obiecuję, że kiedyś go znajdę.
Nie spodziewała się że to „kiedyś” może tyle trwać. Początkowo dumnie prężyła grzbiet, szczęśliwa że wreszcie trafiła na godnego czytelnika. Co z tego kiedy czas oczekiwania wciąż się przedłużał i przedłużał. 
Kiedy było na niej już tak dużo kurzu, że lśniąca dotąd okładka przestała błyszczeć i trudno się było domyślić jaki ma właściwie kolor, książka kichnęła, otrząsnęła się z pyłu i wyruszyła w dalszą podróż. Ciekawe kiedy zauważą że jej nie ma. 

I znów boczek-kancik-boczek-kancik wyturlała się na ulicę. Tylko co dalej? Zmęczona i zrozpaczona oparła się o mur domu. Westchnęła, otrzepała resztki kurzu z okładki i już miała ruszyć w dalsza drogę, kiedy poczuła mocny uścisk. Ktoś podnosił ja w górę. To był ten sam człowiek, z którego domu uciekła.

Chłopiec z zachwytem przesunął palcami po okładce i pomyślał sobie – jaka piękna książka. Otworzył i zaczął w pospiechu czytać pierwszą stronę. Poczuł coś, czego nie czuł już dawno. Czym prędzej wcisnął książkę za pazuchę i pobiegł do domu. Tam zatopił się w lekturze i znów wędrował po cudownej krainie baśni. Zapomniał już, jak bardzo może być szczęśliwy.....

Morał?

Czasem warto odejść daleko po to, żeby znaleźć się bardzo blisko.








wtorek, 20 stycznia 2015

z przysłów Indian


Bądź wytrwały i bez przerwy potrząsaj drzewem, 
a zawsze z niego coś spadnie.






 



I tak przez pół godziny
bez ruchu



jak zakochańcy








To chyba jednak nie miłość 
 to cwane spojrzenie




i ta ślina wypływająca z kącika pyska ;)









piątek, 16 stycznia 2015

O tym, że choćbyś nie wiem o czym marzył i tak zbierzesz to, co zasiałeś

W kuchni na parapecie mam doniczki z różnymi ziołami. Oregano, bazylia, tymianek, rozmaryn, szałwia. I właśnie w doniczce z szałwią znalazłam coś, co w ogóle na szałwię nie wyglądało. W ziemi siedział kawałek czegoś podłużnego, całkiem sporego, podobnego daktylowej pestki, z której wystawał zielony cienki badylek. Hmmm.....skąd taki kosmita znalazł się właśnie tutaj, wśród ziół? 

Widać jedząc suszone daktyle, musiałam wetknąć tam pestkę i zupełnie o tym fakcie zapomnieć. Kiedyś mój tata tak zrobił i wyrosła nam w domu palma. Co prawda nędzna i chorowita, ale zawsze to coś.....egzotyka. 

Super - pomyślałam - Będę miała palmę! Ustawię ją w mojej oranżerii! Już widziałam siebie siedzącą z książką na fotelu, pod własną palmą... 
Codziennie zaglądałam na parapet, ciekawa jak też moja palma rośnie i zmienia się. Strzelisty, cienki patyczek piął się w górę, aż miło. 

Pewnego dnia na czubku mojej palmy pojawił się listek. Najpierw malutki i skręcony. Potem coraz większy i coraz bardziej kształtny. Ale ten kształt zupełnie nie przypominał mi liści palmowych! Najbardziej podobny był do.....





....no właśnie.....najwyraźniej był to dąb...
Moja palma okazała się być zwykłym dębem, a daktyl żołędziem, przyniesionym najprawdopodobniej z jesiennego spaceru. Być może chcąc dać mu nowe życie, wcisnęłam go w ziemię i zapomniałam o jego istnieniu. A teraz proszę, jak pięknie mi podziękował.






Przesadziłam go do nowej doniczki, już bez szałwiowego zagajnika. Pogłaskałam po (jedynym) listku i obiecałam mu, że wiosną zaniosę go na działkę i tam znajdę mu jakieś miejsce.
Powinnam go chyba jakoś ochrzcić, co? Nadać mu jakieś imię. Bo dęby przeważnie mają imiona. Te w Puszczy Białowieskiej mają imiona królewskie. A ten mój? Może Józef? Po dziadku.
A może, skoro miał być palmą, powinnam dać mu jakieś bardziej egzotyczne imię? 
Jakieś propozycje?




poniedziałek, 12 stycznia 2015

Fabryka Schindlera

W tak paskudną pogodę jak dziś, wczoraj, i pewnie jutro, chciałam Wam zaproponować podróż w czasie i to prawdziwą podróż. Bo nie da się nie przenieść do tych wszystkich miejsc, nie da się nie poczuć ducha tamtych czasów, odwiedzając muzeum w byłej Fabryce Schindlera. 

To nie jest zwykłe muzeum, w którym są tylko fotografie, mundury, hełmy i jakaś broń. To muzeum żyje, żyje tamtymi dniami. Jest pełne dźwięków i duchowej obecności ludzi, którzy przeszli przez to piekło 

Wystawa "Kraków – czas okupacji 1939–1945" mieści się w dawnym budynku administracyjnym Fabryki Emalii Oskara Schindlera przy ul. Lipowej 4.
Jest opowieścią o Krakowie i losach jego polskich i żydowskich mieszkańców w czasie II wojny światowej. Jest też opowieścią o Niemcach okupantach, którzy pojawili się tutaj 6 września.
Wystawa pokazuje codzienność okupowanego Krakowa. Jest czymś w rodzaju opowieści, do której możemy się przenieść. Wędrujemy wybrukowanymi uliczkami w czasie i przestrzeni. Wchodzimy do fotografa, autentycznego fotoplastykonu działającego niegdyś przy ulicy Szczepańskiej, wsiadamy do tramwaju, przez okna którego możemy oglądać film z życia miasta. Przechodzimy przez ciasny labirynt getta ze znajdującym się w nim mieszkaniem żydowskim, by potem wraz jego mieszkańcami znaleźć się w obozie w Płaszowie.
Każdy ze zwiedzających może dotknąć historii, poczuć emocje mieszkańców miasta okresu wojny. Wszędzie słychać ludzkie głosy, fragmenty rozmów, krzyki, rozkazy, gwizd odjeżdżających pociągów. Te wszystkie miejsca żyją, żyją duchem tamtych czasów




u fotografa









dworcowa poczekalnia






















wnętrze jednej z cel












Zdjęcie będące odpowiedzią na bezpodstawne oskarżenia
Mój aparat, na moim stoliku, 
z moim zdjęciem, zrobionym w konwencji czarno- białej
Jest nawet data zrobienia zdjęcia 10.11.2014 r.
Przykro mi, że muszę takie rzeczy udowadniać
Za bardzo kocham robienie zdjęć, żeby się zniżać do kradzieży 
i przerabiania zdjęć ludzi z netu.







W gabinecie Oskara Schindlera znajduje się symboliczna „arka ocalonych” stworzona z tysięcy garnków przypominających te produkowane przez jego pracowników w czasie wojny.




Obóz w Płaszowie










Najtrudniejszym miejscem, w całym muzeum, były jednak dla mnie te drzwi. 





Przewodnik który oprowadzał grupę został gdzieś w tyle. Oddaliłam się i poszłam naprzód zaciekawiona tym, co jeszcze mogę zobaczyć. Dookoła nie było nikogo. Zobaczyłam schody wiodące w dół i te drzwi. Zeszłam na dół. 
Zza drzwi dochodziły odgłosy stłoczonego tłumu. Ciężkie oddechy, szepty, kasłania, pojękiwania. Jakby ta cela pełna była ludzi. To było bardzo sugestywne, a wyobraźnia dopowiedziała to, czego nie widziałam. 
Bardzo długo nie mogłam się otrząsnąć z tego co tam poczułam. Poczułam strach....ich strach.

Na końcu, już po wyjściu z ostatniej sali, idzie się wąskim ciemnym korytarzem, którego podłoga wyłożona jest czymś miękkim i niestabilnym. Ma to być symbol niepewności tych czasów, ma nam pomóc poczuć to, co czuli tamci ludzie. 
Może nie w tym korytarzu, może w jakimś innym miejscu tego muzeum, może przy tamtych drzwiach, ale poczujecie to.....gwarantuję



czwartek, 8 stycznia 2015

a gdyby tak ludzie byli "normalni"?

Ale by było fajnie, co?!

Mówicie, że mam za duże oczekiwania? 
Przecież nie mówię, że mają być życzliwi i mili. Wiem, jak jest i nie oczekuję zbyt wiele. Chodzi mi tylko o to żeby byli "normalni" no i żeby się troszkę wysilili, pomyśleli i kierowali zasadą "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Tylko tyle i nic więcej.

Wyobrażacie sobie jak by to było?

Moja koleżanka z pracy nie próbowałaby wcisnąć mi swoich obowiązków i zaczęłaby aktywnie współpracować, nie marnując czasu na kombinowanie i energii na złość, z powodu tego, że się jej nie udało zrobić ze nie durnia. 

O i ten gość w szarym aucie, który zablokował mi dziś wyjazd, wpuściłby mnie, żebym mogła wyjechać z podporządkowanej. Przecież i tak stoi na światłach, a ja bym go tylko minęła i pojechała w przeciwnym kierunku.  

Nie byłabym oszukiwana przez booking, który proponując mi 10% rabatu, podnosi jednocześnie ceny bazowe hoteli w Dublinie. 

Kupując miód z polskiej pasieki xxx nie kupowałabym tak naprawdę mieszanki miodów spoza unii, co oczywiście jest małym druczkiem napisane. Ale jak się czyta "pasieka" to człowiek sobie wyobraża te kolorowe ule i tego pszczelarza, w wielkim kapeluszu z siatką, a tu zonk i jakaś mieszanka cholera wie czego, cholera wie skąd. Wiem, wiem, najlepiej kupować u sprawdzonych sprzedawców.

Ech mogłabym tak dalej snuć te moje marzenia, choć wiem, że to wszystko nierealne. 
Bo koleżanka z pracy nadal będzie kombinować, a ja będę dla świętego spokoju udawać, że tego nie widzę, bo szkoda mi zdrowia na kłótnie. 
Bo ludzie w autach nadal pozostaną egoistami i będą walczyć o każdy centymetr drogi. 
Bo sprzedawcy towarów i usług będą starali się nas zmanipulować i oszukać, żebyśmy kupili jak najwięcej.

Ach przy okazji...taka mała dygresja.....jeśliby do Was zadzwonili przedstawiciele jakiejś firmy, dajmy na to sieci komórkowej, pozwólcie im powiedzieć to, co mają do powiedzenia, do końca. Nie rozłączajcie się od razu (co i ja kiedyś robiłam). Te biedne dzieciaki (najczęściej studenci), muszą wykonać normę 200 minut rozmowy dziennie. Jeśli tej normy nie wykonają, płacą wysoką karę. A weź i wykonaj ten limit, kiedy ktoś Ci się po pięciu sekundach wyłącza. Więc, choć może tak im pomóc, bo praca nielekka i mało płatna.

Podsumowując....im więcej takich ludzi spotykam na swojej drodze, tym więcej ciepła  staram się wypuścić w świat, dla zrównoważenia. 
Wiem, że to może niewiele zdziała, ale na pewno nie zaszkodzi. A komuś, kto stoi za mną w kolejce do kasy, z jedną bułką, zrobi się miło kiedy go przepuszczę. A i ja od razu lepiej się czuję i świat wydaje mi się wtedy jakby mniej podły. 
Co prawda czuję się wtedy tak, jakbym próbowała naprawić statek kosmiczny cążkami do paznokci, no ale próbuję :))))








poniedziałek, 5 stycznia 2015

smutna?

Od kilku dni pytają mnie, dlaczego jestem taka smutna.

A jestem? Ja???

Kiedy zapytała mnie o to pierwsza osoba, nie brałam do głowy. Wczoraj zapytali przyjaciele, a dziś kolega w pracy powiedział, że oczy mam jakieś smutne. 

Poleciałam do lustra.
 
No ok. trochę chora, trochę zmęczona, jak nie patrzeć o rok starsza....ale czy smutna? Ja tam nic nie widzę. Chyba że już przywykłam do mego odbicia w lustrze. Ale pewnie coś w tym jest, skoro mnie pytają. Gdyby było ok. szefowa nie patrzyłaby na mnie z taką troską.

No i co z tym zrobić?
Jak uśmiechnąć serce, żeby to było w oczach widać?
Macie jakieś sposoby na tego typu przypadłość. 

Słodycze odpadają, bo sobie poświąteczny post urządzam i ćwiczę moją słabą "silną wolę". Koleżanka (wredota) przywlokła do pracy domowe ciasto. Biszkopcik przełożony serem z apetyczną polewą czekoladową. 
Stoi mi tu przed nosem od 7.30 i kusi, ale twarda jestem, nie ugnę się. Wytrzymałam pięć godzin, wytrzymam jeszcze trzy.

To jak z tym uśmiechaniem oczu....da się coś zrobić?
Ostatnio na fejsie kolega zapytał, jak domowymi metodami pozbyć przeziębienia (skoro przychodnie zamknięte). To ja sobie pozwolę zapytać, jak się pozbyć smutku z oczu.