środa, 30 grudnia 2015

niech nowy będzie lepszy!

Końcówka roku daje mi w kość....oj daje! Zwłaszcza w pracy. Pęd taki, że nie ma kiedy taczki załadować. Kiedy wracam do domu padam na nos. Skutek tego taki, że osłabione ciało dopadła choroba. Marnie się czuję i tyle. 

Ale nic to, dam radę! Jeszcze tylko ten jeden ostatni dzień, a potem zwiewam z przyjaciółmi nad Wigry. Tam, w cudownych okolicznościach przyrody i w miłym gronie zamierzam przywitać Nowy Rok. Poprosiłabym tylko jeszcze Dziadka Mroza o odrobinę śniegu, tak żeby sanki miały po czym jechać, bo kulig na kołach to nie to samo, nie? 

A i do Anioła Stróża miałabym małą prośbę na ten Nowy Rok, żeby mnie od fałszywych ludzi chronił, z całą resztą jakoś dam sobie radę. Bo mimo wszystko pełna nadziei jestem, że Nowy Rok będzie lepszy niż ten, co właśnie się kończy. 

I Wam wszystkim też szczerze tego życzę, niech się Wam darzy! Niech się spełnią Wasze marzenia, zrealizują plany. I życzę Wam jeszcze żebyście na swojej drodze spotykali samych dobrych ludzi. Bo człowiek jest w życiu najważniejszy. O!


Dostałam dziś przepiękne życzenia na Nowy Rok...rozczuliły mnie i rozkleiły, więc na koniec w takim "rozklejonym" nastroju......Billie Holiday



 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

w punktach

1. Stroik - jest




2. Ciasteczka  -  jeszcze są ;)








3. Prezenty   -  są  (schowałam pod łóżkiem, ale Wam nie pokażę)


4. Bałwan  - jest (siedzi na kominku i dynda chudymi nogami)




5. Choinka  -  no właśnie.....choinka!! 
Stoi tam taka nagusieńka i samotna już drugi dzień, pewnie jej łyso. Lecę ją wystroić!


Jeszcze tylko muzyka, bo bez muzyki ubieranie choinki mi nie wychodzi. Co by tu......hmmmm coś klimatycznego....może to?





no to lecę :*


Gdzie! Stop! Wrrrrróć! A życzenia?




Kochani....
życzę Wam cudownych, spokojnych i radosnych 
Świąt Bożego Narodzenia
miejcie dobry czas  





Na prośbę Pameli.....tadam :)





 

czwartek, 17 grudnia 2015

Opłatek firmowy

Lubicie tego typu imprezy? Bo ja nie. Prawie setka obcych ludzi, z którymi musisz przełamywać się opłatkiem, wymieniać uściski. W pewnym momencie, to już nawet nie myślisz o tym, co mówisz, tylko automatycznie życzysz wesołych świąt i zdrowia i prezentów, bo przecież nie wiesz czego tym ludziom życzyć, nie znasz ich. No ale mus to mus, stawić się trzeba. No i wyglądać jako-tako trzeba, bo przecież będzie "lustracja".


Wskakuję rano w skórzaną wąską spódniczkę w kolorze burgunda, do tego nowiuśka bluzeczka z baskinką (taką falbanką powyżej pasa), wysoki obcas, zerkam w lusterko, jest ok. A nawet powiem więcej, podobam się sobie (a to rzadkość). Jak to się mówi....wyglądam jak milion dolarów? ;))

Już w pracy z przyjemnością przeglądam się w oczach nielicznych (niestety) panów i czuję jak mój milion procentuje. Milion sto, milion dwieście (oooo...usłyszałam miły komplement) milion trzysta……fajnie :)

Aż wreszcie wybija godzina "zero". Przemówienia, życzenia, połowa pań słucha, druga połowa lustruje resztę. Już po wszystkim podchodzi do mnie jedna z tych lustrujących

- a wiesz, słyszałam jak jedna z dziewczyn powiedziała, że wyglądasz jakbyś była w ciąży, ale nie powiem Ci która
- ??????- zatkało mnie. Pewnie o tę baskinkę chodzi. No ale w ogóle, to po co mi takie rzeczy mówi???
W tym momencie odzywa się inna "życzliwa koleżanka z biura" stojąca obok
- no gdzie w ciąży? W takim wieku już  się nie powinno zachodzić.


Aj Aj Aj Aj......chciałoby się zaśpiewać za Rickym Martinem ;)))

No i jak ja mam polubić te firmowe wigilie? ;)



poniedziałek, 14 grudnia 2015

miasto już gotowe, a ja w lesie ;)

No może nie ja w lesie, tylko te wszystkie piernikowe jeże, łosie, wiewióry i reszta zwierzyńca. Krótko mówiąc mam obsuwę, a wszystko przez taniec. 

No bo nie mogłam przecież nie pójść na warsztaty z tańca, prawda? Tym bardziej, że było to coś nowego. Bachatango, czyli mieszanka dominikańskiej bachaty z ozdobnikami z tanga argentyńskiego. A jakie piękne miałam po tym sny!

No i ta muzyka....



Nie sposób wrócić z takich warsztatów wprost do pierniczków, muszą poczekać.



Za to miasto obsuwy nie ma. Rozświetlone na całego. Pięknie jest, nastrojowo, świątecznie  :)
 

























czwartek, 10 grudnia 2015

miłość i gotowanie

Miłość można różnie wyrazić. Można po prostu powiedzieć "kocham Cię", można to wyśpiewać, napisać w liście, czy wyryć scyzorykiem na ławce. A można i tak.....




....można po wstępnej degustacji (o czym świadczą braki w potrawie po lewej stronie garnka) wyryć "Kocham Cię Mamo" na zastygniętym sosie.

No i jak go nie kochać? :) 

To się nazywa docenić czyjąś kuchnię, nie?
 
A tak przy okazji i w temacie kuchni....widzieliście?






Fajny, pozytywny film z dobrą muzą. Nogi same chodzą!  
Polecam na długie, ciemne i zimne jesienne wieczory. Tylko zjedzcie coś przed seansem, bo nie dotrwacie do końca filmu ;))






 

 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

albo-albo

Moi dobrzy znajomi są niezwykle aktywnych sportowo. Kiedy tylko się spotykamy, słyszę ile mają zaliczonych kilometrów na rowerze, pieszo, ile godzin na korcie, czy w siłowni, no i zaczynam mieć wyrzuty sumienia. 

Kurczę....może też powinnam robić coś więcej ponad to, co robię? Tylko gdzie to wcisnąć? Przestać gotować obiady? Zyskam godzinkę. Eeeeeee....nie przejdzie, w domu sami smakosze i wielbiciele zdrowego domowego jedzenia. No to może z hiszpańskiego zrezygnować? W życiu! Zajęcia z tańca też muszą pozostać, tym bardziej, że to przecież ruch i mega pozytywny zastrzyk energii. Lecieć na kort kosztem książki? Na siłkę, zamiast do kina? Kiedy ja lubię dobre kino i zapaść się w fotel z książką lubię! I w niebo pogapić się lubię, zwłaszcza kiedy takie piękne.



I chyba nie chcę z niczego rezygnować. Nawet z dodatkowych dwóch godzin snu w sobotni poranek. ;) 
Może jestem leniuchem, a może po prostu lubię siebie rozpieszczać....

O! I jeszcze....o muzyce bym zapomniała! Też lubię :)



 

środa, 2 grudnia 2015

Dom którego nie ma

 
Coś mnie tknęło rok temu, żeby tam pojechać i zrobić te zdjęcia. To stara ponad stuletnia kamienica. Nie wiedziałam, że chcą ją wyburzyć, chciałam tylko zobaczyć jeszcze raz dom, w którym spędziłam pierwsze 10 lat mego życia. Podwórko na którym setki razy obdarłam kolana, biegając z moją szaloną bandą. Ileż wspomnień!










Te zrujnowane schodki były wszystkim, czym tylko chciałeś żeby były. Tu był dom, szkoła, sklep, schron. Tu uczyliśmy się latać. Wzbijaliśmy się w górę, trzepocząc skrzydłami z papieru. Z lataniem, niestety nie bardzo nam wychodziło.

Dzisiejszym dzieciom nasze zabawy mogłyby się wydać dość dziwne. Buszowaliśmy w śmietniku pobliskiego szpitala, pełnym zużytych strzykawek i igieł, co skończyło sie przypadkowym wbiciem igły w moją rękę (spuchła jak bańka, tato się wkurzył, choć to nie moja wina przecież była). Bawiliśmy się w wykopach, które groziły osunięciem (chyba jakąś kanalizację tam robili). Pamiętam jeszcze zapach mokrej ziemi. Graliśmy w noża, w klasy, wyścigi kapsli, gumę, podchody, państwa i miasta.....czy ktoś się dziś jeszcze w to bawi?

A kiedy padało.....tu było nasze królestwo, schody i wnęka pod nimi. Zjeżdżaliśmy po poręczy, skakaliśmy ze stopni, drugiego, trzeciego, czwartego, aż nam łaskotało w brzuchach. 



Zapamiętałam te schody jako wysokie i szerokie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam je z perspektywy dorosłego już człowieka. Jakieś takie wąskie, ciasne, inne

Pamiętam, jak pewnego letniego dnia, jakiś człowiek przywiózł nam wielki worek cukierków, irysów, które mu się trochę podtopiły i widać nie nadawały się już do sprzedaży. Wysypał ten wór właśnie tu, pod schody. Jaka to była wielka radość! Normalnie, jak dar niebios! To nic, że papierki nie chciały się do końca oderwać.  
Z papierkami cukierki też były smaczne.



Kręte schody na "wieżę", czyli strych. Tego miejsca trochę się bałam i chodziłam tam tylko z mamą. Pamiętam zapach tego strychu. Zapach kurzu i suszącej się pościeli, skrzypienie desek podłogowych. Bałam się tego miejsca a mino to bardzo lubiłam tam chodzić :) 





Mogłabym tak mnożyć te wspomnienia i opowiadać, opowiadać.....







Był dom i nie ma domu. Od dawna nikt o niego nie dbał, nie remontował, nie ratował. No to jak miał przetrwać?

Mijam to miejsce codziennie, jadąc do pracy. Widziałam kolejne etapy rozbiórki kamienicy. Czułam się tak, jakby ktoś wymazywał część mnie, część mojej historii. Jakby się rozpoczął proces mojego odchodzenia...smutne...



 




piątek, 27 listopada 2015

Kijowska 2



Stare budynki znikają z ulic naszego miasta w zastraszającym tempie. Aż się boję, że niedługo znikną wszystkie, bo przecież działki na których są położone są niezwykle atrakcyjne, samo centrum. Można w tym miejscu wybudować jakiś kolejny apartamentowiec. Tylko, czym będzie nasze miasto bez tych wszystkich kamienic i starych domów, niemych świadków przeszłości. Szklano-betonową bezduszną pustynią? Co ja będę mogła w przyszłości pokazać moim wnukom, kiedy będę chciała im opowiedzieć o historii mego miasta? Pałac Branickich i Ratusz? Tylko?


Chciałabym spróbować zdążyć sfotografować co się da, co jeszcze trwa, choć pora roku (z uwagi na szybko zapadający zmrok) zupełnie mi nie sprzyja. Postanowiłam zacząć od tych najbardziej zrujnowanych budynków, bo te pewnie znikną najszybciej. 





Posesja przy ul. Kijowskiej 2 od 1897 roku aż do roku 1941 należała do rodziny Brandinów. Kamienicę, którą widać na zdjeciu, wybudowano prawdopodobnie w 1907 roku. Przez te mury przewinęło się na pewno wielu ludziJak podaje w swojej książce "Historia ulicy Kijowskiej' historyk Wiesław Wróbel jednym z najdłużej żyjących tu lokatorów był Icko Cygiel. Kolejny - Abram Kawa posiadał własny zakład tkacki firmy "Szwabski nr 11570".

Posesja przetrwała w nienaruszonym stanie czas wojny i zagładę dzielnic żydowskich, i dopiero całkiem niedawno popadła w ruinę. Jeszcze do kwietnia 2009 roku mieszkali tu lokatorzy. 29 kwietnia 2009 roku w kamienicy wybuchł pożar. Ponad stuletni budynek który przetrwał wojnę, teraz jest w opłakanym stanie i straszy. Ja wiem, że tego budynku nie da się już obronić, wyremontować, ale jeszcze całkiem niedawno, przed pożarem, to była bardzo przyzwoita, kryta czerwoną dachówką kamienica. Może gdyby nie ten pożar, gdyby się ktoś nim wcześniej lepiej zajął.....

W zasadzie, nie ma tam już co oglądać, poza kilkoma malunkami na murze. Te malunki, to podobizny kilku postaci z musicalu "Upiór w operze".











 
 

poniedziałek, 23 listopada 2015

wieczór w operze

A dokładniej sobotni wieczór w operze. A jeszcze dokładniej, to chodzi o "Carmen". Wyczekaną "Carmen", bo bilety na nią kupiłam jeszcze przed wakacjami. Niestety takie wyprzedzenie jest konieczne, jeśli się chce mieć dobre miejsca. 

Starałam się wcześniej nie zapoznawać z recenzjami, bo lubię mieć świeże spojrzenie i tylko gdzieś tam w necie, zupełnie przypadkiem, w oko wpadły mi zdjęcia jeepa i żołnierzy w mundurach (czyżby do tego spektaklu?) Wiedziałam też, że mój instruktor tańca, występuje na scenie w stroju torreadora. I z taką to wiedzą udałam się do opery.

No i nie wiem co powiedzieć,  bo mam mieszane uczucia. Muzyka przepiękna, arie również cudnie wyśpiewane, chór stanął na wysokości zadania, balet też, tancerze istny ogień, tylko..... 

No może powiecie, że ja konserwa jestem. Ale dla mnie kawa to kawa, a nie moccacino, czy latte z syropem malinowym. No i Carmen też powinna być Carmen, piękną i ponętną Cyganką o kruczoczarnych włosach.... 


 (Fot. Michał Heller)

No może się czepiam, ale ta nasza Carmen, to mi na stuprocentową Słowiankę-Świteziankę wyglądała. I wiecie jak to jest jak się wyobrażenia miną z realiami.



Bo ja ją sobie bardziej tak wyobrażałam :)


Po spektaklu kolega mnie zapytał. Jak myślisz, jak to jest z tą miłością? Czy naprawdę jest "zbuntowanym ptakiem, którego nikt nie może oswoić"? 

No i jak to jest?


 

czwartek, 19 listopada 2015

Pada i pada i pada...



....i pada....i do cholery, ile może tak lać?? Co?
No chyba, że ten deszcz ma jakąś oczyszczającą moc. Jeśli może zmyć cały ten brud, zło, nienawiść, to się zgadzam. Jeśli nie, to protestuję, bo już ledwie zipię. Już mnie nawet dzierganie nie uspokaja, chociaż odwaliłam kawał dobrej roboty - wielkie zielone ponczo! I nic!

Wczoraj, latając po kanałach tv, w poszukiwaniu czegoś na rozluźnienie, czegoś co nie jest polityką, ani też filmem z przemocą, natrafiłam na "Dr House". Bingo! Odcinek okazał się być też jak najbardziej w temacie.

Zespół Dr Housa leczy pewnego matematycznego geniusza, który odurza się syropem na kaszel, obniżającym jego IQ do poziomu innych ludzi. Aby zniwelować szkodliwe skutki owego syropu, spożywać też musi codziennie niewielkie ilości alkoholu. Nie muszę chyba dodawać, że facet doprowadza tym swój organizm do ruiny. Dr House oczywiście odkrywa przyczynę złego stanu pacjenta i oczyszcza jego organizm z trucizny. Pacjent czuje się lepiej, ale tylko fizycznie. Znów zaczyna odczuwać ból psychiczny, no zwyczajnie ciężko mu się żyje. Finalnie podejmuje decyzję o powrocie do dawnego stylu życia z syropkiem od kaszlu. 

Kiedy otwieram internet i widzę ten jad wylewający się z różnych stron, zaczynam się poważnie zastanawiać nad syropkiem, który łagodziłby odbiór. Chociaż....może na razie wystarczy dobra muzyka. O taka...



albo taka


a może taka?



Chyba, że macie jakieś inne sprawdzone sposoby na odtrucie? ;)

wtorek, 17 listopada 2015

okno



Zrobiłam to zdjęcie jakiś czas temu. Zawsze wydawało mi się zbyt ponure, żeby zagościć na moim blogu. Doczekało się wreszcie właściwego momentu.

Dziś dobrze mi z nim. Delikatne światło nie razi, ale lekko rozjaśnia wnętrze. Grube mury chronią przed złymi wiadomościami ze świata. Tu można odpocząć i poukładać myśli. A potem, mimo wszystko, znów odnaleźć lekkość i radość życia, które przecież nie zginęły, tylko schowały się gdzieś w mroku....odnajdę je!



poniedziałek, 9 listopada 2015

Z przysłów niemieckich


"Piórko przy kapeluszu nie czyni łowczego"




W tym szczególnym przypadku akurat czyni......
łowczego opłat parkingowych :)


Ta barwna postać ze zdjęcia, to Pani Tereska - parkingowa z Mikołajek, miasteczka położonego na Mazurach. Posiadaczka wielu fantazyjnych kapeluszy.  


Przypomina mi trochę Hankę Bielicką, która mówiła - "Ja mam mniej lat niż kapeluszy, bo lata lecą, a kapelusze wychodzą z mody... ale kapelusze nie przysparzają zmarszczek."

Gdyby żyła, dziś skończyłaby 100 lat...
 


 1:30 "Ja dla niego młodość straciłam, on może się dla mnie skurczyć :)"

piątek, 6 listopada 2015

stary człowiek w kaszkiecie



Spotkałam go w Waterville, w Irlandii. Siedział przy deptaku, nad brzegiem oceanu. Wtedy pomyslałam, że musi być biedny, nieszczęśliwy i samotny. 

Zupełnie nie wiem dlaczego tak pomyślałam. No bo przecież kto wie, co tam komu w duszy gra....



"Pod kocem nieba
O kromce chleba
Bałkany moje
Co więcej trzeba
Wiatr niosę w głowie
Ja – wolny człowiek
Koza i rower
Moi druhowie:
Koza, rower, no i ja
Komu trzeba więcej
Niech urabia ręce
Niech się łasi ładnie
Albo zgrabnie kradnie
A jak ma ochotę
Niech się nażre złotem
Aż go weźmie niebo
No i co mu z tego"


poniedziałek, 2 listopada 2015

1 listopada


To był dobry czas. Czas pełen wzruszeń i wspomnień o tych, co odeszli. Czas pełen śmiechu i dziecięcego szczebiotu. Małych rączek na których malowałam zwierzaki. 

Narysuj mi lwa - powiedział w swoim języku niespełna trzyletni bratanek, wyciągając w moim kierunku opuszek najmniejszego paluszka.
Coś tam z trudem narysowałam, bo "płótno" przecież niewielkie. A jednak on, w tych bazgrołach, owego lwa rozpoznał. Niesamowita jest ta dziecięca wyobraźnia. A ile przy tym radości, której powinniśmy się od dzieci uczyć. Ileż radości z jednego koślawego lwa :)))

I to jego "daj spokój" powtarzane w zupełnie przypadkowych momentach, po to żeby rozbawić dorosłych. A jednak wryło mi się w pamięć. I dziś, w ważnym momencie, przypomniałam je sobie....i "dałam spokój" :)





To był dobry czas. Czas pełen słońca i świetlistych aniołów....