środa, 31 grudnia 2014

Żegnaj Stary Roku

Mijający rok był dla mnie surowy, zbyt surowy. Odebrał to co bliskie, zniweczył plany, przeczołgał i wymęczył. 

Mijający rok był tak surowy, jak ten krajobraz za oknem.




Ale czy mimo tej surowości, nie można dostrzec w nim piękna?















W tym mijającym, paskudnym roku, też się da owo piękno odnaleźć :)


Trochę z obawą, ale i z wielką nadzieją, że będzie lepszy, 
wypatruję Nowego Roku. 
W Homerze pewnie trochę więcej obaw. 
Przed nim ciężka noc....




  Kochani
Szczęśliwego Nowego Roku!
Wejdźcie weń tanecznym krokiem
choćby i na moście :)



sobota, 27 grudnia 2014

międzyświęcie

I jak Wam mija ten międzyświąteczny czas?  
Ja już się zupełnie pogubiłam i nie umiem wstrzelić się w zwyczajny tygodniowy rytm. Z uwagi na powyższe leniuchuję, ciesząc się nowym obiektywem, co to go Mikołaj w łaskawości swojej raczył mi podarować.
Wypróbowuję i sprawdzam. I jestem kontenta :)



Zasłuchuję się przy tym barokowymi ariami w wykonaniu francuskiego kontratenora Philippe Jaroussky. 




Co za głos!!!




A tu....jakby ktoś miał ochotę na więcej.




Wystarczy zgasić światło, zapalić świece, albo zwyczajnie zamknąć oczy i dać się unieść.

Tak mi dobrze, jak dawno nie było :))))

niedziela, 21 grudnia 2014

...

O tym, że zwierzęta w Wigilijną noc mówią ludzkim głosem, słyszałam. To znaczy nie słyszałam, żeby zwierzęta mówiły, tylko że potrafią.
Ale o tym, żeby figurki wprost z choinki wędrowały do ludzkich snów, to nie słyszałam. 


Dziś w nocy przyszedł do mnie ten mały ptaszek z mojej choinki. Wędrował mi po ręce w tę i z powrotem. To było takie prawdziwe, czułam nawet drapanie jego małych pazurków.

Potem słyszałam bicie dzwonów i jakieś śpiewy, jak nic z tego małego kościółka.





Rano spojrzałam na choinkę. Co tez może mi się jeszcze przyśnić?









Stanowczo czekam na Mikołaja, bo aż dwie jego figurki wiszą na drzewku. I mam nadzieję, że przyjedzie saniami zaprzęgniętymi w kryształowe renifery (to mój ulubieniec) 




A tym czerwonym koniem mogłabym wyruszyć w jakąś nocną podróż. Na koniec świata, albo jeszcze dalej. Najlepiej jak najdalej od wszystkich smutków. 





Kubuś Puchatek....łasuch, prawie jak ja. Przyjdzie pewnie w noc po upieczeniu ciast.





Kto tam jeszcze jest? Oj dużo tego....wszystkiego nie sfotografowałam. Ale mogę wam przedstawić mego nowego gościa. Proszę Państwa oto miś.





Co roku kupuję jedną-dwie bombki, co sprawia, że za każdym razem, choinka wygląda ciut inaczej. 
W tym roku mój wybór padł na tego słodkiego misia. Prawda że uroczy? 
Żeby nie był głodny i nie zeżarł mi drzewka, kupiłam mu coś do jedzenia.
Nawet nie wiem, czy misie jedzą żołędzie, ale bombek w kształcie liści eukaliptusa nie spotkałam ;)






Kiedy ubierałam choinkę zastanawiałam się jakie to będą Święta.
Na pewno będą inne niż zawsze. 
To będzie pierwsza Wigilia bez taty. 
Pewnie będzie nam brakować jego marudzenia, że karp ma ości, sandacz jakiś niesłony, a w kompocie za dużo przypraw. 

Ludzie odchodzą - ludzie przychodzą. Umiera nestor, rodzi się junior. Naturalna kolej rzeczy.....a jednak dziwnie pusto....



Kochani!

Życzę Wam spokojnych i pięknych Świąt Bożego Narodzenia. Pełnych radości, miłości i ciepła. 

To nic, że nie ma śniegu, przecież to nie on tworzy atmosferę Świąt, to my ją tworzymy. I tylko od nas zależy jakie to będą Święta. 

Zrozumiałam to całkiem niedawno. Zrozumiałam też to, że jeśli będę się najeżać (a ostatnimi czasy tak się ze mną dzieje), to moje Święta nie zrobią się fajniejsze same z siebie. To ja muszę zmienić moje nastawienie do nich. I zrobię to, jeśli nie dla siebie samej, to dla mego faceta, który Święta uwielbia. Więc dlaczego ja miałabym mu je popsuć moją markotną miną? 

Tak więc kochani.....Wesołych Świąt! :))

I jeszcze piosenka. Nie, nie kolęda i nie żadne jingle bells
Piosenka z płyty przy której ubierałam choinkę :)
Cudownie mnie uspokoiła i wyciszyła.





środa, 17 grudnia 2014

sobota we środę

Środa, czyli sam środek tygodnia, godzina 6 rano, a noc ciemna choć ty oko wykol. Namolny budzik wyrywa mnie z pięknych snów. Uciszam go i automatycznie wstaję z łóżka.
- A ty po co wstajesz? - pyta mnie mój facet
- No jak po co? Do pracy idę.
- Przecież jest sobota!
- No coś ty, jaka sobota???
- aaaaaaaaa faktycznie nie sobota, czwartek
- środa, niestety środa...
(nie ukrywam że przez chwilę miałam nadzieję, że to ja się mylę ;)

O widzicie jak to jest, sobota we środę, wiosna w zimie, wszystko stoi na głowie. I może to i dobrze że te ulice przystrojone lampkami i że Michael Bublé w radiu dba o świąteczny nastrój, co?




It's beginning to look a lot like Christmas :)






















piątek, 12 grudnia 2014

Wilki dwa

"Wilki dwa"to opowieść o walce, którą codziennie toczy każdy z nas. 

W każdym z nas mieszkają dwa wilki, ten dobry i ten zły. I to od nas zależy, którego z nich będziemy dokarmiać. O tym jak je rozpoznać i jak dokarmiać rozmawiają Ojciec Adam Szustak i Robert "Litza" Friedrich - dwie zakapturzone postacie: jeden w dominikańskim habicie, drugi w luźnej bluzie. Różne środowiska, a ta sama natura. 

To książka dla ludzi wierzących, wątpiących, poszukujących, zagubionych. 
Mnie pomogła dużo zrozumieć i nauczyła jak mam rozmawiać z mamą, żeby ją pocieszyć i wyprostować jej myśli. Już wiem jak z nią rozmawiać o cierpieniu i co najważniejsze to przynosi efekty, widzę to...
Książka trafiła w moje ręce w idealnym momencie, wtedy kiedy potrzebowałam porady i kiedy miałam czas żeby ją przeczytać.


Uczucie beznadziei, zniewolenia, samotności wśród ludzi to wszystko zasługa złego wilka, pozwoliliśmy mu się rozpanoszyć i w porę nie odcięliśmy go od źródła pokarmu. Czasem, kiedy życie da nam w kość i kiedy naprawdę mamy już wszystkiego dosyć, kiedy nie wierzymy, że cokolwiek może się jeszcze udać, to jest właśnie idealny moment na poszukanie śladów wilka dobrego. I może się nam wydawać że został w nas tylko milimetr dobra, odrobina czegoś pozytywnego....ale to wystarczy. To małe coś to wychudzony i zagłodzony dobry wilk, którego zaniedbaliśmy. Wystarczy go tylko odkarmić. Jutro może być lepsze niż dziś.



wtorek, 9 grudnia 2014

ptasia telewizja

Jestem chora i siedzę w domu pod pierzyną. 
Jest nas już dwie (prawie szpital), mama niechodząca i ja smarkająca. 
Normalnie "wiódł ślepy kulawego....." ;) 

Kiedy jestem rano w domu lubię oglądać moją ptasią telewizję. W sumie aktorzy wciąż ci sami i sceneria ta sama a jednak uwielbiam się im przyglądać.

Pierwsza przylatuje zawsze sójka. 





Jak na tak mały karmnik chyba ciut za duża, bo kiedy już tam wejdzie żadne inne ptaki nie próbują się zbliżać.








Mimo to jednak sójka bada okolicę.....no coś skrzeczy tylko nie wiadomo co





rzut oka w lewo





eeeee to tylko drzwi garażowe sąsiadów






rzut oka w prawo 




to tylko malutka sikorka

Ptaki widzą gamę barw, której ludziom nigdy nie będzie dane zobaczyć, a nasze postrzeganie świata z ptasiego punktu widzenia jest równie mało atrakcyjne jak dla nas psie lub kocie. Sikorka modraszka potrafi widzieć w ultrafiolecie.
Pan sikorka od pani sikorki różni się właśnie ultrafioletowym kolorem czapeczki. Im bardziej "świeci" tym samiec jest atrakcyjniejszy.




a może tu?




tu skulony wróbelek dzielnie czekający na swoją kolej





aaaaaaaaaa tu Cię mam złodziejko!

A tak przy okazji w ostatnim Focusie wyczytałam że sroki wcale nie lubią błyskotek i boją się nieznanych przedmiotów, to jak to jest? Może my tę srokę obrażamy?

Kiedy sójka już się naje zlatują się maluchy.....oj dzieje się








Bardzo trudno je uchwycić aparatem, tak są ruchliwe i tak łatwo je spłoszyć. 

Zwykle przylatuje jeszcze para gołąbków. Zawsze razem. Dziś ich jeszcze nie było, pewnie gdzieś gruchają. Wiadomo jak to jest z zakochańcami....czasu nie liczą ;)

Kto wypatrzy ukrytą gdzieś na zdjęciach srokę?


czwartek, 4 grudnia 2014

kościół św. Jerzego

Kiedy wczoraj przeglądałam swoje zdjęcia, natrafiłam na zdjęcia kościoła św. Jerzego z Kowna i pomyślałam sobie.....on wygląda zupełnie jak ja! 



















Przeżył wiele pożarów, zawaleń i wiele prób odbudowania. Ledwie się podnosił po jednej katastrofie, zaraz dopadała go następna. 


Pamiętam jak bardzo zasmucił mnie ten widok. To niemalże zupełna ruina....jak ja po tym paskudnym roku. 



Prowizoryczny ołtarz z pozbieranych cegieł. Wygląda jakby ledwie się trzymał, a jednak jest. Jednak są przy nim odprawiane nabożeństwa. Kościół żyje. A drzwi są otwarte. 
 
 

Nie wszystkie okna są zamurowane, a przez kolorowe witraże, te które się zachowały, wpada do wnętrza światło.




A Jednak są ludzie, którym na nim zależy, którzy chcą go odbudować, przywrócić dawny stan. 
 
 




Wczorajszy dzień mnie dobił. Spędziłam z moją mamą sześć godzin w przyszpitalnej poradni. Odsyłana z gabinetu do gabinetu, z zabiegowego do gipsowni, z gipsowni znów do lekarza, wymordowana czekaniem, podnoszeniem, przesuwaniem, pchaniem i nie wiem czym tam jeszcze padłam w domu bez sił. 

Jednak dziś rano obudziłam się z nową nadzieją i nowymi siłami. A jeszcze odwiedził mnie kolega z bukietem róż, wierszem, osikowym zaostrzonym kołkiem i czosnkiem (jako antidotum na energetyczne wampiry). Ubawił mnie tym niezmiernie :))) I czuję, że moje wnętrze zaczyna się odbudowywać. 

Będzie dobrze....co by nie było.