piątek, 31 października 2014

a jutro...

Nie lubię Halloween i chyba nigdy nie lubiłam. 
W tym roku, kiedy zmarł mój ojciec, tym bardziej. 
Przemarsz zakrwawionych żywych trupów i szkieletów zupełnie  mnie nie bawi. 
Wolę ten dzisiejszy dzień spędzić zupełnie zwyczajnie.

Z dyni wolę zrobić zupę, albo ciasto




Krwista niech lepiej będzie nalewka z malin



Dziś nigdzie nie idę, na żadne parady, pochody, fiesty.

Dziś otulę się miękkim kocem, usiądę przy kominku, 
dokończę mój szal, 
nasycę oczy kolorami
zamyślę się




A jutro......jutro pójdę na cmentarz, zapalę znicz, opowiem tacie o tym co u nas słychać.
Opowiem o tym, że z mamą już coraz lepiej, że gips już zdjęty,
 tylko trzeba cierpliwości i wielu godzin rehabilitacji...ale będzie dobrze. 
Opowiem o tym, że jego pokój już wyremontowany i odświeżony
 i że pewnie by mu się spodobał. 
Że dbamy o mamę i pomagamy jej i żeby się nie martwił, 
tylko spokojnie na nas czekał.....
.kiedyś przecież też tam przyjdziemy.....



wtorek, 28 października 2014

Dundun i djembe, czyli Afryka w Białymstoku

Po intensywnym weekendzie, równie intensywny początek tygodnia. Walczę z bólem głowy goniąc własny ogon. Chyba muszę zwolnić, bo nie nadążam.

W niedzielę wybrałam się na występ zespołu Art Gibami. Barwne ogniste show z muzyką na żywo i widowiskowym tańcem. Wszyscy muzycy i tancerze pochodzą z Gwinei, tyle że mieszkają obecnie w różnych krajach Europy, we Francji, Czechach, Belgii,  Polsce a nawet (o dziwo) w Szwecji. 
Art Gibami, to zespół afrykańskich artystów, w skład którego wchodzą tancerze i muzycy z najlepszych gwinejskich baletów. Zespół został powołany w 2014 roku przez Mohamed Gaspard Conde. Członkowie zespołu to profesjonalni muzycy i tancerze, którzy swoją przygodę z baletem zaczęli jeszcze kiedy byli dziećmi. Osiągali sukcesy i współpracowali z międzynarodowymi artystami, występowali w wielu krajach prezentując tradycyjną sztukę tańca i muzyki Gwinei. 

Zdjęcia mam słabe, bo z komórki...no ale są!









Tuż przed występem na scenę wyszła dziewczyna, która opowiedziała o czym będą trzy pierwsze scenki. Bo to show, to było coś w rodzaju opowieści, tańcem i muzyką. Skojarzyło mi się z hiszpańskim Flamenco ;)

Potem zaczęła opowiadać o życiu mieszkańców Gwinei. O tym, że kiedy ktoś z wioski potrzebuje zaorać i zasiać pole, schodzą się wszyscy, cała wieś. Biorą ze sobą instrumenty i idą w pole. Grają na bębnach, śpiewają, pracują....wszystko robią razem. W mgnieniu oka ziemia jest zaorane i zasiana.....pięknie!

I tak sobie pomyślałam......kurcze......tam chyba nikt nie może czuć się samotny....



czwartek, 23 października 2014

dłonie, dzbany i gołębie

Dziś zabieram Was na spacer na cmentarz żydowski. Cmentarz ten został założony ok. 1890 r. i leży w północnej części miasta, w pobliżu cmentarza katolickiego i prawosławnego. Ostatni pochówek odbył się tu  w 1969 r.
Jego pierwotna powierzchnia obejmowała ok. 12 ha. Obecnie ogrodzony teren cmentarza zajmuje powierzchnię ok. 10 hektarów. Zachowało się na nim około 6000 nagrobków, wiele zaopatrzonych w macewy – stele nagrobne, na których zachowała się bogata ornamentyka oraz inskrypcje w językach: hebrajskim, jidysz, polskim, niemieckim  i rosyjskim.

Szukałam odpowiedniej muzyki, żeby podkreślić nastrój miejsca, stworzyć odpowiedni klimat. To na co trafiłam nie jest do końca tym, czego szukałam, ale rozczulił mnie ten chłopiec. To jego Bar Micwa, wejście w dorosłe życie. Od tej pory obowiązują go wszystkie przykazania Tory i sam odpowiada za swoje czyny. .....śpiewa naprawdę pięknie i szczerze.









Najbardziej charakterystyczną cechą cmentarzy żydowskich są macewy, czyli kamienne tablice nagrobne, na których umieszczane są płaskorzeźby w symboliczny sposób prezentujące imię lub przydomek zmarłego, jego zawód albo funkcje, cechy charakteru lub zasługi dla gminy.


świeczki i świeczniki

to najstarszy symbol śmierci, świeczka to symbol
duszy, rzeźbiono je na macewach kobiet, bo zapalanie
i błogosławienie świec szabasowych należy do
obowiązków kobiety żydowskiej, to jeden z
najczęściej występujących symboli na grobach kobiet.
Oznacza to bogobojność. 



 misa i dzban albo
dłoń trzymająca dzbanek

 symbol potomków rodu Lewiego, pełniących
powinności religijne w Świątyni, do nich należało
obmywanie rak kapłanów przed błogosławieństwem.
Oznaczają też aluzje do nazwisk tj. Lewita, Lewit,
Lewicki, Lewi, Löw



szafa z księgami,
księgi

 oznaczają osobę uczona, studiującą Torę, rabina, duchownego, 
biegłego w piśmiennictwie religijnym, nauczyciela. 
Na grzbietach ksiąg czasami wyryte są 
tytuły dzieł
 



lew 

symbol potęgi, silnej wiary, jest to również
przedstawienie imion Lejb, Arie, Jehuda. 
Lew był znakiem plemienia Judy i rodu Dawida




 korona 

Jest symbol o wielu różnych znaczeniach. 
Symbolizuje m.in. Torę, a wiec prawo zawarte w Pięcioksięgu
Mojżesza; oznacza pobożność, prawość, uczoność,
doskonałość, ale też głowę rodziny i wierność małżeńską.





gołąb 

symbol duszy wyzwolonej, unoszącej się do tronu bożego, 
to również ptak pokoju, oznacza zgodę i miłość; 
ewentualnie imię Taube (jidysz) lub Jona (hebr.)




orzeł

to ptak królewski, opiekuńczy, na ogół osłania Torę.
Jest też symbolem opiekuńczej mocy Boga




ptaki 

często są alegorią dusz sprawiedliwych, które siedzą
na tronie Pana i śpiewają jego chwałę. Mogą być też
nawiązaniem do imion Fajgel (jidysz) lub Cypora (hebrajski)























Co prawda zdjęcia z tego miejsca wyglądają lepiej w wersji czarno-białej....ale nie mogłam się oprzeć. W b&w nie widać jak pięknie złocone są napisy i płaskorzeźby, znajdujące się na macewach.




 


P.S. Informacje na temat znaczenia symboliki żydowskiej sztuki nagrobnej zaczerpnęłam z tej strony

poniedziałek, 20 października 2014

kolejny spacer - kolejna foto-bajka :)

         Dawno, dawno temu, w pewnej odrapanej kamienicy, przyszła na świat mała dziewczynka. Czy to z powodu jasnych skrzących się oczu, czy też żywiołowego charakteru nazwano ją Iskierką. Czasami rodzice nazywali ją też Świerszczykiem, a to dlatego, że wypełniała dom śmiechem i radosnym świergotaniem. Bez niej w domu robiło się przeraźliwie pusto i cicho. Dziewczynka kochała życie. Cieszyła się każdym kolejnym dniem, nie zwracając uwagi na to, że czas ucieka jak szalony, a dni mijają niepostrzeżenie. 
        Tak było do pewnego momentu, to jest do czasu kiedy stała się dorosła. Nagle cała wesołość z niej uszła. Wcale się jej to nie podobało. Nie chciała dorosnąć i stać się taka jak Ci wszyscy ludzie, którzy mijali ją czasem na ulicy. Smutni, ponurzy, źli na cały świat. Wtedy to postanowiła przestać zrywać kartki z kalendarza, mając nadzieję że w ten sposób uda się jej zatrzymać czas. Nie pomogło. Kartki jak na złość wyrywały się same, miękko opadając na ziemię. O nie! Nie będzie ich podnosić, nie ma nawet takiego zamiaru. Nie godziła się z tym! Liczyła na to, że któregoś dnia same przestaną spadać, chociażby z powodu braku miejsca na podłodze.
         Wkrótce pod kalendarzem wyrósł ogromny stos karteczek. Wyglądały jak kupka liści w parku, tyle tylko że te liście były białe i ponumerowane. Numerki oznaczały dni które minęły i nigdy już nie wrócą. Ten widok niezmiernie ją zasmucał. 

        Pewnego dnia, dziewczyna usłyszała opowieść o tajemniczym leśnym jeziorze. Mówiono, że to miejsce w którym czas nie istniał. A może inaczej, nie to że nie istniał, tylko zataczał koło. Dni nie znikały bezpowrotnie, tak jak w tym normalnym świecie, tylko odpływały i znów wracały. Nikt się tam nie starzał,  nikt  nie umierał. Drzewa były wiecznie zielone, nie usychały, nie gubiły liści. Kwiaty kwitły, krzewy owocowały. To miejsce tętniło życiem. Postanowiła tam dotrzeć, zrobić wszystko żeby powstrzymać bieg dni.
        Długo się nie zastanawiając dziewczyna spakowała do plecaka dwa jabłka, tabliczkę czekolady i wyruszyła na poszukiwanie cudownego jeziora. Wiedziała tylko tyle, że to gdzieś w środku starego lasu. Stary las znajdował się niedaleko jej domu, ale jeszcze nigdy tam nie wchodziła. Bała się. Słyszała legendy o dzikich zwierzętach i wielkich ptakach, które zamieszkiwały puszczę. Ciekawość była jednak silniejsza od strachu. Dziewczyna weszła wgłąb lasu.



Las wcale nie był taki straszny. Cudownie zielony, rozświetlony słońcem, rozświergotany głosami ptaków wręcz zapraszał, żeby do niego wejść. Dziewczyna ruszyła słonecznym ścieżką przed siebie.
      Wtem tuż przy drodze napotkała starego Drzewca. Przyglądał się jej marszcząc brwi. 
- przepraszam pana bardzo, którędy mogę dojść do leśnego jeziora?
Drzewiec łypnął na nią z ukosa, złożył ułożył swoje hubowe usta w ciup i ani pisnął. Chyba nie lubił intruzów, a już na pewno nie był szczególnie rozmowny. Przypominał trochę tych dorosłych, których często mijała na ulicy.



Nie zrażając się jego milczeniem ruszyła dalej. Sama sobie poradzi i odnajdzie to czego szuka. W pewnym momencie zauważyła jakiś prześwit między drzewami. Czyżby to już tu?  



Coś błysnęło w oddali.  To słońce odbijało się od błękitnej tafli wody! Przyśpieszyła kroku i aż westchnęła z zachwytu. Tam – było – naprawdę – pięknie. I wszystko się zgadzało. Mimo tego, że wszędzie panowała już jesień, tam było ciągle zielono. 





Ba! Nawet krzaki malin uginały się owoców, choć przecież był już październik!



Wokół jeziora pełno było dużych nor i małych jamek, domów tych którzy postanowili tu zamieszkać i cieszyć wiecznym latem i nieśmiertelnością.





Dziewczyna usiadła na zwalonej kłodzie drzewa, zapatrzyła w dal i zamyśliła się…..






Jeśli zrobi tak jak mówi przepowiednia, jeśli zje maliny rosnące nad brzegiem jeziora i zatrzyma czas w którym żyje, czy nie będzie tego potem żałować?  Czy będzie się cieszyć, kiedy każdy kolejny dzień będzie podobny do tego poprzedniego? Kiedy nie zobaczy jak dorastają jej dzieci, ani wnuki. Nie zobaczy już nigdy śniegu ani nie będzie jej dane szuranie nogami w stosach jesiennych liści? A wiosna? Też miałaby ją ominąć?
W zmienności przecież jest największe piękno.

Zamyślona obracała w dłoniach zerwany owoc. Po chwili, zdecydowanym ruchem cisnęła go do jeziora i czym prędzej ruszyła w powrotną drogę. 



Kiedy tylko to zrobiła, zobaczyła jak wszystko wokół zaczęło się zmieniać. Korony drzew zaczęły okrywać się złotem i rudościami. Nie mogła oderwać od nich oczu....jesień potrafi być naprawdę piękna. Ta jesień życia też. Wszystko zależy od nas i naszego postrzegania.  




pod stopami szeleściły liście.....uwielbiała ten dźwięk...na jej twarzy znów pojawił się uśmiech :)




Może potrzebowała dotrzeć właśnie tu, żeby zrozumieć te wszystkie prawdy i pokochać życie takim, jakie jest. Żeby nadal umieć cieszyć się każdym dniem, nawet najbardziej ponurym.

P.S. Te maliny mimo jesieni naprawdę tam były i były bardzo smaczne :)

czwartek, 16 października 2014

życie to nie droga szybkiego ruchu




Pewna kobieta miała brata. Nie odwiedzała go zbyt często, bo przecież zawsze miała tyle na głowie. Praca dom, gromadka dzieci. Brat mieszkał samotnie i nie miał zbyt wielu gości. Nawet z sąsiadami nieszczególnie mu się układało. Kobieta nieraz odkładała wizytę, usprawiedliwiając się w duchu, że co prawda dziś nie może, ale jutro na pewno zajrzy.  No przecież dzień w tą, czy w tamtą, nie zrobi różnicy. Aby tylko zdążyć przed Świętami. Chciałaby go zaprosić, żeby nie musiał spędzać ich samotnie. Kiedy w końcu wygospodarowała wolne popołudnie, on nie miał już dla niej czasu. Nie, nie przez złośliwość, czy w myśl zasady „oko za oko”. Po prostu nagle zmarł....



Wczoraj, jak co tydzień, byłam na moich zajęciach z cubatonu. Jest nas tam zaledwie kilkoro, zgrana i wesoła ekipa. Ale wczoraj dało się wyczuć jakieś napięcie, podenerwowanie. Ktoś miał słaby dzień, ktoś inny poganiał, bo musi się pakować. Każdy zaganiany, zestresowany. A i ja nie miałam najlepszego dnia. Po zajęciach nasz instruktor powiedział - chodźcie posiedzimy jeszcze chwilę i pogadamy, ja mam czas, a wy? I nagle wszyscy ten czas znaleźli, na rozmowę, wspólną kawę, śmiech i nawet na przytulenie. Wyszłam stamtąd naładowana pozytywną energią. Czułam, że teraz, to mogę góry przenosić. A przecież, idąc na zajęcia, szłam z nosem przy ziemi. Potrzebowałam drugiego człowieka, żeby ten nos unieść.


Ludzie żyją zbyt intensywnie, wypełniają czas po brzegi różnymi zajęciami,  dziwiąc się potem, że gdzieś im wcina całe dni, tygodnie, miesiące, lata. Nie znajdują czasu dla bliskich i przyjaciół, odkładając to na bliżej nieokreślone "kiedyś". Nawet dziś pewien znajomy opowiedział mi o koledze, z którym od dawna nie mogli znaleźć chwili na spotkanie. Aż w końcu ją znaleźli....w kolejce po bilety. Spędzili w niej dwie godziny i mimo tego, że nogi bolały jak nie wiem co, było fajnie :)

Znajdźcie chwilę i to jeszcze dziś dla tych którzy czekają na Wasz list, telefon, spotkanie. Czekanie potrafi sprawiać ból. Wiadomo, że wszystkich zaległości nie nadrobicie, ale wykonajcie chociaż ten jeden ruch. 

Ja też mam takie "zaległości" czas coś zmienić.



wtorek, 14 października 2014

jakoś tak

smutno mi ostatnio, więc sobie słucham. Nie skarżę się, nie narzekam. Tylko słucham. Chcecie posłuchać ze mną?


Estas Tonne

Nie dość, że piękny, to jeszcze pięknie gra. Estas Tonne jest współczesnym Trubadurem. Urodził się w byłym ZSRR,  gdzie uczył się gitary klasycznej przez 6 lat. Potem razem z rodziną przeniósł się do Izraela i nie dotykał gitary przez 11 lat. Do Nowego Jorku przybył tuż po tragedii 9/11, z zamiarem znalezienia swojej prawdziwej ścieżki. To tutaj, znów zaczął grać. 


Podróżuje po całym świecie, grając w USA, Meksyku, Indiach, Izraelu, Europie. I to właśnie te podróże kształtują jego unikalny, zróżnicowany styl grania. Jego muzyka jest wyjątkowa, można w niej usłyszeć gitarę klasyczną, flamenco, elementy muzyki cygańskiej, czy rytmy latynoskie. Jego muzyka płynie z serca i duszy, jest pełna emocji, pasji, życia. Inspirująca, magiczna i hipnotyzująca. Jest jak podróż do wnętrza siebie.

Ta co Wam pokazałam....pewnie każdy może inaczej to odebrać, ale dla mnie "Between Fire and Water" jest piękną opowieścią o miłości. Zaczyna się od delikatnych muśnięć strun, rozmarzonego spojrzenia i tego delikatnego uśmiechu wewnętrznego szczęścia.....
A z resztą, sami posłuchajcie, jeśli macie ochotę oczywiście.

sobota, 11 października 2014

stu na jednego

Stu na jednego! Tyle wynosiła liczba wrogów na jednego Polaka w bitwie pod Hodowem, która rozegrała się 320 lat temu (11 VI 1694 r.). 
Mało tego, Polacy zwyciężyli!!!



W moim mieście od wczoraj trwają Dni Tradycji Rzeczypospolitej, podczas których ma się odbyć Rekonstrukcja Bitwy pod Hodowem. Ale to dopiero jutro. 

Dziś za to, przez Białostocki Rynek, przeszła uroczysta kawalkada Husarii. Nie było ich zbyt wielu ale i tak zrobili na mnie ogromne wrażenie. Jeśli jutro uda mi się dotrzeć na miejsce bitwy, zrobię więcej zdjęć. A tymczasem mała fotorelacja z tego, co dziś widziałam.


przy okazji zerkniecie jak u mnie ładnie :)















mistrz drugiego planu aż złapał się za głowę na takie widoki :)








I jeszcze tylko ujęcie od d..y strony z "uśmiechniętym" ratuszem w tle :)



I bez ratusza :)