wtorek, 30 września 2014

Bajka na dobranoc :)


Pewnego pięknego jesiennego popołudnia mały jabłonkowy listek postanowił opuścić przydomowy ogródek i wyruszyć w świat. Marzyła mu się wyprawa na wielkie jeziora, rejs łódką, taniec na wietrze tuż nad taflą wody. Niestety, z powodu różnych od niego niezależnych przyczyn, jego plany musiały ulec zmianie. Wielkie jeziora musiały tymczasem pozostać w sferze marzeń. 

Nie chciał jednak tak po prostu spaść z drzewa i gnić w trawie, chciał zobaczyć jeszcze kawałek świata. 


Pożegnał się więc z tęczową muchą która odprowadziła go przerażonym spojrzeniem. Bo jakże to tak daleko wyruszać. Nawet mucha mimo skrzydełek, na których mogła wznieść się w górę, nie wypuszczała się dalej niż na pobliską łąkę.

Ale on już postanowił, klamka zapadła. Szarpnął ogonkiem, urwał się, przybił muszce piątkę z liścia i czym prędzej poleciał na ulicę. Rozejrzał się i nie namyślając się zbyt długo, przylgnął do maski samochodu ruszającego spod domu. Przylgnął swoim małym ciałkiem ze wszystkich sił i mocno trzymał. Puścił się dopiero wtedy, kiedy samochód znalazł się na pięknej słonecznej polanie. 


Na polanie, rozejrzał się i stwierdził, że to jednak nie może być kres jego podróży. Ani śladu wody....nawet małej kałuży. To nie to miejsce, nie tu chciał być. Natychmiast, licząc na szybką "podwózkę", przylgnął do podeszwy buta, wysiadającej z samochodu dziewczyny. Nie miał wyjścia, to był jedyny, dostępny (choć mało wygodny) środek transportu. 

Gdyby chociaż wiało - pomyślał - poradziłbym sobie sam. Wtedy przecież wystarczy odbić się mocno od ziemi, wyskoczyć w górę i frunąć hen, wysoko. Ale niestety nie wiało.... 

Maszerował więc z dziewczyną przez las, drżąc (jak to liść) ze strachu. 


Zwłaszcza kiedy zobaczył to czarne dziwne coś, co wyglądało jak pająk ptasznik, a okazało się być chyba grzybem. W każdym razie czymś, co się nie ruszało. 


Albo kiedy słyszał tuż obok chrząkanie dzika. To go dopiero wprawiło w drżenie. Na wszelki wypadek wspiął się wyżej po cholewce kaloszka i ukrył pod nogawką spodni, bo to nigdy nic nie wiadomo, ostrożności nigdy za wiele.


I tak wędrowali razem przez wilgotne i miękkie dywany z mchu, przez  cudne wrzosowiska, 



stąpali po szeleszczącym igliwiu i soczyście zielonych koniczynowych polach, 


Aż doszli do miejsca zwanego "pół na pół". 
"Pół na pół" to miejsce w którym lato styka się z jesienią, gdzie jedno drugiemu nie za bardzo chcą ustąpić, więc dzielą się przestrzenią dokładnie po połowie. 


To miejsce znajdowało się tuż obok opuszczonych torów wąskiej leśnej kolejki. 

Nie namyślając się długo, jabłonkowy listek zsunął się z kaloszka wprost na mokre tory. 


Z jakąż rozkoszą posunął ślizgiem w kierunku starego drewnianego mostu. Stanął na szynie, rozejrzał się wokół i to, co zobaczył, aż go uśmiechnęło. 

Z resztą taki widok uśmiechnąłby każdego :)



W dole, między drzewami, wił się wąski strumyk.
Piękny.....szemrzący...... 

Jakaż była jego radość!!! Nie były to może wielkie jeziora, a jednak jakaś ich namiastka. Listek zapatrzył się w dal i rozmarzył... 

Wtem nagły poryw wiatru uniósł go w górę, zakręcił nim kilka fikołków w powietrzu i miękko położył na tafli wody. 



Mały jabłonkowy listek popłynął w nieznane z nurtem rzeki.... 





I tak oto spełniły się jego marzenia, o podróżach, żeglowaniu i tańczeniu tuż nad taflą wody. I co go bardzo zaskoczyło, wcale nie musiał jechać nad wielkie jeziora, żeby się to wszystko wydarzyło....

Mały jabłonkowy listek w tej jednej chwili poczuł, że jest naprawdę szczęśliwy....



Kolorowych snów :)

poniedziałek, 29 września 2014

80 dni (80 egunean)



 
„80 dni” to wzruszająca historia uczucia dwóch dojrzałych kobiet, które spotykają się po wielu latach.

Axun i Maite spotykają się w szpitalu. Jedna przychodzi odwiedzić byłego zięcia, który po wypadku samochodowym leży w śpiączce. Druga opiekuje się  będącym w śpiączce bratem.
Początkowo panie nie rozpoznają się. Konserwatywna Axun, pochodząca z małej baskijskiej wioski, jest wręcz oburzona zachowaniem „tej drugiej”. Ale następnego dnia znów idzie do szpitala, żeby chronić nieprzytomnego zięcia przed tą, jak ją przed mężem nazywa, „wariatką”. 
Maite mimo oporów Axun, próbuje nawiązać z nią jakiś dialog. Po krótkiej rozmowie obydwie panie rozpoznają w sobie przyjaciółki sprzed pięćdziesięciu lat. Kiedyś były dobrymi koleżankami, a nawet kimś więcej. Łączyło je uczucie. Ich drogi znów się skrzyżowały, wplątując bohaterki w coraz to bardziej skomplikowaną relację. Jak daleko zabrną dwie dojrzałe kobiety, które przeżywają na nowo drugą młodość? 

Dowiecie się tego, kiedy obejrzycie film.  Tylko od razu uprzedzam…jeśli ktoś lubi wielkie emocje i wartką akcję, to ten film nie jest dla niego. To prosta wzruszająca historia, bez fajerwerków, a jednak zatrzymuje przed ekranem, przyciąga. 

Dlaczego? Może dlatego, że w Axun widzę te wszystkie żony (czy nasze matki), które zrezygnowały z siebie, żeby umilić mężowi życie ciepłymi śniadankami, obiadkami i kolacyjkami. Zgasły i przywykły do takiego stanu rzeczy.  
Może się boję, żeby się taką Axun kiedyś nie stać, nie poddać się, nie zgubić siebie gdzieś po drodze.

Na koniec jeszcze tylko zacytuję fragment rozmowy między kobietami który utkwił mi w pamięci, kiedy to Axun mówi do Maite:

- wiesz…..przy Tobie staję się inna
- zaczynasz siebie lubić?
- tak 

I pomyślałam sobie……jakie to ważne, żeby obok mieć kogoś, przy kim chce się żyć, przy kim czerpie się z tego życia radość. 


no i jeszcze dodam, że dla samej muzyki chociażby warto go obejrzeć

 

piątek, 26 września 2014

Droga do szczęścia



 


 

Nie dość że jesień, że buro, że pada, to jeszcze zafundowałam sobie przytłaczający film. I po co mi to było?

Film tak w ogóle świetny, ale niezwykle dołujący. Choć sam tytuł może zmylić - "Droga do szczęścia". No i jeszcze ta obsada  Leonardo DiCaprio i Kate Winslet!!! Człowiek nastawia się na cudny film o miłości, a tu.....

Od pierwszych scen filmu czułam jakiś niepokój, jakby w powietrzu wisiała nadchodząca burza. Chociaż obraz zaczyna się przecież sielankowo. Dwoje kochających się ludzi, ciąża, małżeństwo, uroczy domek. A jednak czuje się że coś jest nie tak.... 

Frank i April chociaż mają, wydawać by się mogło, wszystko czego potrzeba do szczęścia odczuwają jakąś pustkę. Bo przecież nie tak wymarzyli sobie to życie. Ona miała być aktorką, a jest gospodynią domową. On….na pewno nie chciał pracować w biurze, jak jego ojciec. Pogubili gdzieś siebie, zatracając swoje marzenia, a może po prostu upchnęli do jakiegoś małego pudełka…. z napisem  „na potem”.  
Czy tłumiąc marzenia zabili też swoja miłość? Na pewno bardzo się od siebie oddalili.

Frank w zasadzie szybko pogodził się z tym, że nie ma innej drogi, niż ta wydeptana przez jego ojca i że jest to niestety szczyt jego możliwości. 

April, mimo tego, że była niezbyt utalentowaną aktorką, nie umiała pożegnać się z marzeniami. Dusi się w swoim słodkim domku. Nużą ja herbatki z sąsiadkami. I to właśnie ona,  postanawia postawić wszystko na jedną kartę. Sprzedać dom i cały majątek i wyruszyć do Paryża wierząc, że ta przeprowadzka odmieni ich życie. 
Frank boi się tego wyjazdu i zmierzenia z własną przeciętnością. O ileż łatwiej bowiem jest powtarzać sobie i innym „gdybym tylko…” niż faktycznie zabrać się za realizowanie swoich planów…

Ileż razy ja mówiłam "gdybym tylko...", nie znajdując w sobie odwagi na drastyczne zmiany. Bo w takim momencie pojawia się pytanie, czy taka ucieczka do Paryża nie byłaby tylko „zmianą dekoracji”. Może powinni zacząć od siebie. Najpierw przestać udawać, odnaleźć siebie, a potem dopiero szukać swego miejsca na ziemi. Mogłoby się okazać, że wcale nie trzeba nigdzie jechać.....  Ta i wiele innych myśli nie dały mi wczoraj zasnąć. 

Takie filmy lubię, takie które poruszą czułe struny i dźwięczą we mnie jeszcze długo.

Jeśli ktoś nie widział, polecam. Naprawdę warto!

poniedziałek, 22 września 2014

czuję, że żyję

Czuję....bo po sobotnich pracach remontowych u mojej mamy, czuję każdziuteńki mięsień pleców i nie tylko. Nie zliczę, ile razy musiałam wejść na drabinę, z wyciągniętymi w górę ramionami, dzierżąc w dłoniach miarkę, wałek, czy pasek tapety. W sobotę w zasadzie bolały mnie tylko (jak ja to nazywam) łydki z przodu ;) co było do zniesienia. 
Ale za to w niedzielę......obudziłam się rano, otworzyłam jedno oko, zerkając za okno - jaka piękna mgła, może by tak z aparatem gdzieś wyruszyć? - pomyślałam. Za myślą próbował udać się czyn, ale mu nie wyszło. Czyn jeno stęknął z bólu i opadł na poduszkę. Dałam mu drugą szansę. Podjął kolejną udaną już próbę (nie przestając pojękiwać). 
Nie myślałam, że ta wspinaczka z rękami w górę aż tak mnie wykończy. No, ale nie poddałam się. Jak to mówią ciągnie wilka do lasu, to i mnie pociągnęło. W końcu to ostatni taki piękny weekend. A las pięknyyyy jak nie wiem co!


 


 a mech mięciutkiiiii 



 

Rok temu przedstawiłam wam własny autorski atlas grzybów i w tym roku, w mój obiektyw, trafiły głównie te niejadalne grzyby. Bo ja generalnie dzielę grzyby na te jadalne (które potrafię nazwać) i niejadalne, które próbuję nazywać po swojemu :)


o tego nazwałabym mistrzem kamuflażu 



ta różowa panienka, uroczo uniosła do góry krynolinę
pokazując haleczkę



te trąbki nazwałabym uszami Shreka :)








zapachniało trochę lasem?



ten trafił wczoraj do garnka :)
 




Ach....no i najważniejsze! W lesie kwitną już krokusy, co oznacza że wiosna tuż tuż. I tym optymistycznym akcentem zakończę nasz spacer po lesie :)


środa, 17 września 2014

Czego się nie chwycę z rąk mi się wymyka

Chciałam pójść na kurs fotografii. Zobaczyć, jak to jest, kiedy się zna teorię, technikę robienia zdjęć, a nie tylko kieruje się intuicją. Zanim się namyśliłam (co trwało jeden dzień) na kursie zabrakło miejsc.
Może to i dobrze, może nic fajnego by mnie tam nie spotkało? Może wkurzyłabym się tylko tym kursem i utraciła radość fotografowania? A może coś właśnie przeszło mi koło nosa. 
Sama nie wiem jak lepiej. Ale póki co, będę Was raczyć moją amatorszczyzną. Zdjęcia może niepoprawne technicznie...ale za to z sercem robione! O!

Chciałam zapisać się na kontynuację nauki hiszpańskiego, do mojej zaprzyjaźnionej już lektorki, a tu się okazuje, że dziewczyna wyjeżdża do Ekwadoru, a na jej miejsce pojawia się młody (ponoć przemiły) Hiszpan.
Hmmm...no i nie wiem, zastanawiam się. Czy ja się w ogóle na tych zajęciach skupię i czy cokolwiek z tej nauki wyjdzie? Mężczyźni mnie rozpraszają ;)
Ale jednocześnie wiem, że jak zrezygnuję, to utknę na tym poziomie, na którym jestem i pewnie do nauki nie wrócę.

Dylematy....

Jedno co mi się z rąk nie wymyka, co było, jest i będzie, póki starczy mi sił, to taniec. W każdych ilościach i o każdej porze. To moje paliwo. Zastanawiam się tylko....czy jak spróbuję zapisać się jeszcze na kizombę, to czy też mi się to (prawem serii) "z rąk nie wymknie". Może lepiej chwilę odczekam. 

Fajna ta kizomba. Mieszanka tańców afrykańskich, latynoskich i tanga argentyńskiego. Mówi się, że jest jak bicie serca.....hmmmm....no i nie wiem.....



 



poniedziałek, 15 września 2014

szczęście na zawołanie?



Czy tak się da?  Czy wystarczy że ktoś Ci powie – powinnaś być szczęśliwa - i pstryk jestem?

Na mnie to działa raczej jak płachta na byka. Mimo tego, że wiem, że ten ktoś ma rację.....nie takich słów mi trzeba. Bardziej potrzebuję przytulenia, aniżeli takich mądrości. 
I jeśli nawet byłam w niewielkim dołku, ot miałam takie chwilowe obniżenie nastroju, to po haśle "powinnaś być szczęśliwa", zaczynam kopać głębiej. Próbując udowodnić sobie i światu, że jest źle, koszmarnie, a nawet jeszcze gorzej. Ot taka durna i przekorna natura.

A przecież czasem wystarczy tak niewiele. Wystarczy sama obecność kogoś bliskiego, bez zbędnych słów...






"Szczęście polega na tym - całe szczęście -
By z prostych rzeczy nie tworzyć
Intelektualnych labiryntów
Wystarczy przecież, że
Spokój i ręce przenikają się nawzajem"

                                   Grabaż