czwartek, 26 czerwca 2014

tylko muzyka


I więcej nie powiem ani słowa, żeby nie zapeszyć!

Albo powiem. 
Podobno jakieś strajki na lotnisku w Lizbonie....już się boję!!!

Leciałam do Barcelony, wybuchł wulkan na Islandii, ten o wdzięcznej nazwie Eyjafjallajökull....nie wyleciałam
Poleciałam na Gran Canarię....była powódź, na szczęście na północy i oszczędziła południe.
Trafiłam na Maderę....pierwszy raz, od nie wiem ilu lat, Pico Ruivo był ośnieżony!
Uporczywy tygodniowy niż nad Żuławami, tornado na Słowacji...
No mogłabym tak jeszcze wymieniać....ale po co?

Ja bym tylko chciała fado posłuchać, i poplątać się trochę po uliczkach Lizbony. Przejechać się żółtym tramwajem nr 28 i zobaczyć oceanarium. A nie znów rozpakowywać dopiero co spakowane walizki.

Jak myślicie? Da się? Tak normalnie, bez "atrakcji"?




wtorek, 24 czerwca 2014

o narzekaniu

I o tym, że może jednak warto? Nie narzekasz, nikt się nie zatrzyma, nie zwróci na Ciebie uwagi, nie pochyli się nad Tobą. Nie zauważy, że może Ci być ciężko i źle. 

Biegam między dwoma domami, z trudem ogarniam rzeczywistość. Praca, apteka, rodzice, zastrzyki, opatrunki, usiąść, położyć, poprawić, podać, nakarmić, pocieszyć i tak w kółko. Potem do domu, pranie, prasowanie, gotowanie. No i kiedy tu narzekać, kiedy skupić się na sobie? Skoro nawet nie ma czasu pomyśleć.

Czasem tylko to napięcie, jakie mam w sobie, znajduje ujście...wypływa z łzami. Tak jak przedwczoraj, kiedy dostałam maila od znajomego, naszego wspólnego znajomego:

"jak się czuje Twój A...."

Chwila....moment....jak to, jak się on czuje? A ja? Siedziałam przecież w tym samym samochodzie, kiedy uderzył w nas tir. Tak samo mam prawo czuć się źle.....

Odpisałam

"On czuje się dobrze........ja też"

Nie to, że się skarżę, czy narzekam......tylko jakoś tak mi ciężko....czasem.
Ale daję radę!
 


niedziela, 22 czerwca 2014

z drogi....

Jadąc do  Krakowa, pasłam oczy takimi pięknymi widokami, nie mogąc wprost wyjść z zachwytu. Czerwiec to chyba najbardziej ukwiecony miesiąc. 
Takie obrazy ładują moje wewnętrzne baterie....

Już wiem dlaczego ten świat jest taki piękny! 
Po to, żeby w trudnych chwilach móc znaleźć, w takich obrazach, spokój i ukojenie....














środa, 18 czerwca 2014

Finka

Mam ochotę na zrobienie takiej pufy 


 Cobym tylko dobrych opon z piwnicy nie wywlekła.  

Bo jak okleję sznurkiem  zimówki mego faceta, to mnie z domu wyrzuci i będę bezdomną posiadaczką sznurowej pufy. Przygarniecie? :))

Podoba mi się takie dawanie nowego życia starym rzeczom. 
W podobnym klimacie recyclingu urządzona jest jedna z krakowskich kawiarni "FINKA"


„FINKA” w językach nordyckich to przerwa, chwila ze znajomymi, w dobrym gronie, najczęściej z kawą, lub innym napitkiem. I ten lokal jest idealnym miejscem na taką właśnie przerwę. 


FInKA lubi kreatywny recycling, nadała nowe życie europaletom, starym audio kasetom i falistej tekturze.
Stoliki z pobielonych palet, pufy stworzone z wielu warstw tektury falistej. Tu się nic nie marnuje.



Nawet zamiast kwiatków na stole kiełki w puszkach :)

FinKA  gości ludzi o otwartych głowach, nieposkromionych horyzontach, niepoprawnie szczęśliwych.

Do samego menu można się uśmiechnąć. Wklejone w starą, zniszczoną książkę, ręcznie wykonane rysunki.



A już karta herbat rozłożyła mnie na łopatki :) 
Nie ma wątpliwości co zamawiam, mogę tego dotknąć i sprawdzić.




A do tego wszystkiego bardzo miła obsługa! 

W piątek znów jadę do Krakowa i na pewno tam zajrzę. 
Trochę się denerwuję trasą, ale....jakoś to będzie....

Wam też życzę pięknego weekendu Kochani!
I duuuuużo słońca :)




wtorek, 17 czerwca 2014

Dylemat wagonika



Znacie to? Przeczytałam o tym w zaległych, majowych Charakterach. To chyba najsłynniejszy z eksperymentów myślowych – zwany dylematem wagonika Trolley Dillema lub Trolley Problem


Na jednym torze znajduje się jedna osoba, na sąsiednim – pięć. W oddali nadjeżdża pociąg. Osoby znajdujące się na torach nie widzą pociągu ani nie mogą zejść z torów. Jeżeli pociąg wpadnie na nich, wszyscy zginą (odpowiednio: jedna osoba lub pięć osób).

W pierwszej z rozważanych sytuacji ty znajdujesz się pomiędzy pociągiem a osobami na torach. Nie możesz zatrzymać pociągu ani ostrzec osób na torach. Możesz za to użyć przekładni, w wyniku czego pociąg wjedzie na drugi tor. Jeśli tego nie zrobisz, pociąg wpadnie na grupę pięcioosobową (zabijając wszystkich). Jeśli zmienisz, pociąg rozjedzie jedną osobę z sąsiedniego toru. Na co się decydujesz? 

W drugiej sytuacji znajdujesz się na moście nad torami wraz z inną osobą. Nadjeżdżający pociąg za moment rozjedzie pięć osób. Możesz je uratować wyłącznie w jeden sposób: zrzucając z mostku inną, przypadkową osobę, która stoi tam razem z tobą. Nadjeżdżający pociąg ją zabije, ale zatrzyma się na jej ciele i nie rozjedzie stojącej dalej piątki. Co robisz?

Czy lepsze jest podjęcie jakiegokolwiek działania czy zaniechanie? 

Obym nigdy przed takim dylematem stanąć nie musiała. Bo dlaczego miałabym podjąć decyzję o uśmierceniu kogoś, dla ratowania życia innych pięciu osób? Dlaczego ta piątka ma być ważniejsza od tego jednego człowieka? 

Ludzie biorący udział w tym eksperymencie skłaniają się bardziej ku pierwszemu rozwiązaniu. Są gotowi przesunąć dźwignię zwrotnicy, żeby uratować tamtą piątkę i skazać na śmierć innego człowieka. Przed wyrzuceniem mężczyzny na tory mają już opory. W pierwszym wypadku mają uczucie, jakby jedynie zmieniali bieg wydarzeń, podejmowali działanie mające uratować grupę ludzi, a jednocześnie mogące przynieść skutki uboczne. Podczas gdy w drugim przypadku, widzą celowe wyrządzanie krzywdy.  

A przecież jedno i drugie zachowanie ma ten sam skutek. Poświęcenie własnego życia dla ratowania innych jest szlachetnym czynem, ale decyzja, by pozwolić na zabicie niewinnej osoby w celu ratowania pięciu innych osób.....nie ma uzasadnienia moralnego.

Przeczytałam o tym wczoraj i siedzi to w mojej głowie. Analizuję na różne sposoby i temat ten, nie może się ode mnie odczepić. Bo co by było, na przykład, jakby się okazało że człowiek, który miałby być poświęcony, dla uratowania tej piątki, jest pedofilem, czy mordercą? Ocena moralna tej decyzji ulega zmianie. Prawda?
A jakby w tej piątce na torach znajdowały się nasze dzieci....

Obym nigdy przed takim dylematem stawać nie musiała.....
 

sobota, 14 czerwca 2014

malachitowa bransoletka

Dostałam ją wczoraj od mego brata ciotecznego, wręczył mi ją ze słowami:

"niech Ci przyniesie szczęście, niech zły los wreszcie się od Ciebie odwróci"

Spodobała mi się i od razu włożyłam ją na rękę. Lubię naturalne kamienie, lubię kolor zielony. Bardzo potrzebowałam czegoś, czego będę mogła się chwycić, żeby wyciągnąć się z dołka. Uwierzyłam w jej moc. 
I....to niesamowite, ale to działa!!! Czuję się lepiej. Czuję, że jestem silniejsza, że dam radę. Dostałam takiego energetycznego kopa!!! :))

A co najważniejsze i najbardziej niesamowite, poprawiło się memu tacie. Dwa dni temu myślałam, że to już koniec, a dziś siedzi i prosi o jedzenie!!


Z ciekawości pogrzebałam w necie i poczytałam o właściwościach malachitu:

Malachit jest jednym z najważniejszych kamieni dla ochrony przed negatywnymi energiami. Tworzy pole energetyczne z pozytywnymi wibracjami i wzmacnia naturalną osłonę, która filtruje wrogie wpływy, aktywuje psychiczny "radar" który wyczuwa niebezpieczeństwa. W średniowieczu noszono przy sobie malachit dla ochrony przed "złym okiem". Ten kamień nie tylko chroni, ale również podnosi wibrację przyciągającą pozytywne zbiegi okoliczności i powodzenie życiowe. 


To co? Energetyczna piosenka i można dalej walczyć! 
Wiem, czuję, że będzie dobrze. 
Musi być!




wtorek, 10 czerwca 2014

Pytanie za 100 punktów


A jeśli podczas mojej podróży na wakacje, wjedzie mi w tyłek ciężarówka, kasując doszczętnie tył mego auta. Czym skutecznie uniemożliwi mi dojazd na czas, na lotnisko.... 
To mam szczęście, bo żyję?
Czy raczej mam pecha?
Po raz kolejny?

I pytanie dodatkowe...skąd czerpać pozytywną energię, kiedy wszystko wokół się sypie?

ech......dobrze, że choć świt był mgliście piękny....

niedziela, 8 czerwca 2014

Słońce mnie woła


Słońce mnie woła, tak, jak tego maczka. Woła zza sztachet i krat. Przez niesamowicie wąską szczelinę próbuje do niego dotrzeć i ogrzać. I udaje mu się to. Potrafi podarować mu wystarczająco dużo energii, żeby ten mógł rosnąć i kwitnąć.

I ja potrzebuję takiej energii, potrzebuję oderwać się od codzienności. Zapomnieć na chwilę o sztachetach, kratach, o szpitalu i innych kłopotach. Zwrócić twarz ku słońcu i naładować baterie. Może właśnie tam, nad oceanem mi się to uda.

Znikam Kochani na trochę, odezwę się po powrocie.
Miejcie piękny czas!






piątek, 6 czerwca 2014

domek na końcu ulicy



Pewna rodzina, szukając spokoju, postanowiła wyprowadzić się, z hałaśliwego centrum miasta, na wieś.

Wybudowali malutki domek na końcu ulicy. Za domem był już tylko las, kumkanie żab i cykanie świerszczy. Cisza i spokój. Nawet żadne samochody tamtędy nie jeździły, bo dalej nikt już nie mieszkał.... 

Pewnego dnia zarządzono wybudowanie na końcu ulicy placu zabaw. Wycięto drzewa, ogrodzono płotem, ustawiono huśtawki zjeżdżalnie. Już nie było tak pięknie, no ale dzieci z okolicy miały się gdzie bawić. Minęło lat kilka, dzieci urosły, nastąpiły zmiany. Plac zamieniono w boisko. 

Zaczęła się gehenna. Boisko było nieodpowiednio ogrodzone. Piłka non stop wpadała na ich podwórko, wybijała okna, drażniła psa. Prosili, tłumaczyli, w zamian byli obrzucani inwektywami przez podpitych młodzieńców. 

W końcu postanowili poprosić kogoś o pomoc. Napisali do kogo trzeba, że żyć tak nie mogą, żeby może to boisko gdzieś dalej przenieść, albo wybudować właściwe ogrodzenie. Po wielu pismach wreszcie doczekali się jakiejś reakcji. Przyjechała ekipa i przestawiła bramki tak, że nie były już ustawione naprzeciwko ich okien. Odetchnęli z ulgą. Ale ich radość nie trwała zbyt długo, bo jeszcze tej samej nocy chłopaki przenieśli bramki na dawne miejsce. 

Po kolejnym wybiciu okna staruszkowie wezwali policję. Policja przyjechała, spisała protokół i pojechała. Winni się nie znaleźli. 

Winni co prawda się nie znaleźli, ale obiecali zemstę. Boisko nadal istnieje, nadal piłka uderza w dom staruszków. Regularnie obrzucani są inwektywami a ich dom jajkami. W zasadzie nie wiadomo do kogo mają zwrócić się o pomoc. Skoro policja jest bezsilna….przyjdzie się chyba wyprowadzić, albo wynająć kogoś kto w sposób tradycyjny przywróci ład tego miejsca.

Nie do uwierzenia, że wiele lat temu przenieśli się tu szukając spokoju..... 


czwartek, 5 czerwca 2014

Szukając Vivian Maier

Niewiarygodna historia!!!
Wyobraźcie sobie że któregoś dnia w Wasze ręce trafia wielkie pudło pełne starych negatywów. I że odkrywacie je, klatka po klatce, nie wiedząc początkowo co z nimi zrobić. Stwierdzacie, że coś w tych zdjęciach jest, coś co Was przyciąga. Nie wiecie czy te zdjęcia są coś warte i nawet nie jesteście w stanie określić czy są dobre, bo zupełnie się na tym nie znacie. Ale coś Was ciągnie, żeby tę sprawę zbadać dogłębniej. Dowiadujecie się że to zdjęcia Vivian Maier. Wpisujecie to nazwisko w wyszukiwarkę google i nic, żadnego śladu. Odpuszczacie? Raczej nie....temat Was wciąga. No  bo jak ktoś, kto zrobił tyle zdjęć może być zupełnie anonimowy?  


Tak zaczyna się film o Vivian Maier, wybitnie uzdolnionej, a zarazem bardzo tajemniczej kobiecie, która skrywała przed światem swój wielki talent. 
Tym który przypadkowo odnalazł negatywy był John Maloof. Zaintrygowany odkrytymi fotografiami zadał pytanie: "Kim była Vivian Maier?". Swoją podróż w poszukiwaniu odpowiedzi zarejestrował w formie dokumentu "Szukając Vivian Maier". Intrygującego dokumentu.


Kim była Vivian Maier? Tego nie dowiadujemy się nawet po obejrzeniu filmu. Bo to, że była nianią, zupełnie nic o niej nie mówi. Była w niej jakaś tajemnica, miała swoją "mroczną stronę". Vivian Maier to postać niezwykle skomplikowana i złożona. Chyba nikt nie poznał jej do końca. Skryta i ekscentryczna, najczęściej tak ją określano. Z nieodłącznym Rolleiflexem (modelem ułatwiającym robienie ukradkowych fotografii) zawieszonym na szyi.
Robiła mnóstwo zdjęć, fotografując przede wszystkim ludzi, ich emocje, pokazując więcej niż ludzie chcieli pokazać. Jakby próbowała wykraść im jakieś tajemnice. 

Coś, co mnie szczególnie ujęło to to że Vivian nie goniła za sławą, nie promowała się, nie przepychała. Po prostu robiła zdjęcia, lekceważąc korzyści, jakie mogłaby dzięki nim osiągnąć. W połączeniu z autentycznym talentem, ma to w sobie coś ujmującego i wyjątkowego.

Wyszłam z kina z mnóstwem myśli i pytań, które prawdopodobnie zostaną bez odpowiedzi.....


 Film warto obejrzeć....polecam!