piątek, 30 maja 2014

Tajemnice Filomeny



Obejrzałam wczoraj „Tajemnice Filomeny”, film niezwykle poruszający. Pewnie już go widzieliście, ale jeśli ktoś nie widział, w skrócie nakreślę temat. 


Filomena Lee jako nastoletnia dziewczyna zachodzi w ciążę (nikt nie uświadomił jej konsekwencji uprawiania seksu). Za swój czyn zostaje wyrzucona z domu i oddalona do klasztoru. Hańbę, jak wiele innych ciężarnych, niezamężnych kobiet, ma odpokutować, pracując fizycznie w Opactwie Roscrea. Trafia do pralni, gdzie mordercza praca ma być zapłatą za jej przygarnięcie i opiekę nad nią i dzieckiem. Ma prawo widywać swego synka tylko!!! przez godzinę dziennie. Kocha go, jak każda matka kocha swoje dziecko, ponad życie. Pewnego dnia, mały Anthony, bez jej wiedzy zostaje oddany do adopcji. Dziewczyna widzi jedynie przez okno oddalający się samochód, a w nim przylepioną do szyby buzię dziecka. ….


Wstrząsnął mną ten obraz....
W ostatnim wpisie wymądrzałam się w temacie wybaczenia, ale szczerze powiem.....nie wiem, czy umiałabym wybaczyć coś takiego. 
Nie wiem czy umiałabym wybaczyć rodzicom to, że wypędzili mnie z domu i skazali na taki los. Jak można w ogóle zgotować swemu dziecku, cokolwiek by ono nie zrobiło, jakkolwiek by nie zgrzeszyło, takie piekło. 
Jak może serce nie pęknąć, kiedy ktoś odbiera mi moje dziecko. Nie potrafię o tym spokojnie myśleć. 

Tak mnie zatrzymała ta chwila rozstania matki i dziecka, że nie dopowiedziałam treści filmu… 

Po wielu latach Filomena próbuje odnaleźć swego syna. Chce się dowiedzieć czy przypadkiem nie jest głodny, samotny, bezdomny. Czy ją pamięta, czy kiedykolwiek o niej myślał. Ten czas, to pięćdziesiąt lat cierpienia, smutku, wyrzutów sumienia i tęsknoty. Ten czas to czas pogodzenia się z tym, co się wydarzyło. Być może to właśnie czas potrzebny na wybaczenie…..

Film bardzo poruszający. Jeśli ktoś jeszcze nie widział….polecam. 



P.S. Znalazłam jeszcze w necie zdjęcie prawdziwego Anthony'ego Lee z nową rodziną. Zauważcie....wszyscy na zdjęciu się uśmiechają, oprócz dzieci...


czwartek, 29 maja 2014

Po co wybaczać?



"Po co wybaczać?
Bo na końcu jest spokój.
Nie radość, szczęście, bo to byłoby nienormalne
Spokój…"



Kilka refleksji po przeczytaniu artykułu w majowych „Wysokich obcasach”, który jest spojrzeniem na problem wybaczania oczami psychologa, filozofa i księdza.

To jak to jest z tym wybaczaniem? Łatwe to czy trudne? Jak myślicie?
Wydaje mi się, że kiedy ktoś przeprasza i okazuje skruchę, to jest łatwe. Przynajmniej ja nie mam z tym problemu. Ale co, jeśli ten ktoś rani nas po raz kolejny, a potem jeszcze raz i jeszcze raz? Czy można mu wybaczać w nieskończoność?

Myślę, że można wybaczać wiele razy i każdy ma pewnie swoją „normę”. Ale w końcu przychodzi ten ostatni raz, kiedy wybaczam i znikam z życia tego człowieka. Chronię siebie przed tym, żeby nie stać się jego ofiarą. 
I to ostateczne rozliczenie się z nim też jest bardzo ważne, no bo stanę się ofiarą również jeśli nie wybaczę. Bo to uczucie żalu, które w sobie zatrzymam, zniszczy mnie samą.
Owszem żal jest naturalna reakcją i nie sposób się przed tym obronić, ale czy warto w nim pozostawać. Czy warto pozwalać na to, żeby zawładnął naszym całym życiem? 

Po przeczytaniu artykułu zastanowiłam się….jak to jest ze mną?
Z tym wybaczaniem i żalem....
I wiecie co…..chyba jest dobrze…..bo czuję spokój :))



środa, 28 maja 2014

Pirorytety

Wczoraj pisałam test z hiszpańskiego. Test zamykający ten rok. Na początku stresowałam się bardzo, no bo głupio nie napisać nic, albo napisać marnie. Atmosferę napięcia podkręcały jeszcze dwie "peloty" czyli kujonki, będące ze mną w grupie. Przypomniały mi się czasy studenckie i koleżanki, które potrafiły całe tomiszcza wkuć na pamięć. Tylko po co?

Te moje "peloty" też podobne. A ja myślałam, że taka atmosfera "wyścigu" panuje tylko na kursach z angielskiego, a hiszpańskiego uczy się dla przyjemności. I taka była moja pierwsza grupa. Sami fajni ludzie, z dystansem i poczuciem humoru. Na luzie podchodzący do zajęć i nauki. Tamte zajęcia dawały mi ogromną radość, oderwanie, relaks. Tyle, że grupa się rozsypała, no i teraz jest jak jest.

Przed samymi zajęciami widzę jak J. siedząca obok mnie stresuje się:
- nic nie umiem, nic nie napiszę
- nie przejmuj się - powiedziałam - świat się nie zawali
- ale nie miałam czasu nauczyć się
- ja też, ale pomyśl, co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze?
- amor (miłość) - odpowiedziała
- no właśnie, a czy wynik testu cokolwiek w tej dziedzinie zmieni?
- no nie - odpowiedziała trochę zdezorientowana

Uśmiechnęłam się. Sama wpadłam na to też dość późno, bo dzień przed testem. 
Co jest dla mnie ważne, co najważniejsze, jak to wpłynie na moje życie? 
Te pytania zawsze trzeba sobie zadawać kiedy czujemy przed czymś strach. 

 


P.S. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali wczoraj za mnie kciuki. Test poszedł mi całkiem dobrze :)))

poniedziałek, 26 maja 2014

Obyś nigdy, będąc chorym, w szpitalu nie musiał leżeć...

Bo zdrowy, to sobie jeszcze da radę. I do toalety sam pójdzie. I sam zje, bez karmienia, a jak trzeba to nawet i salę posprząta. 
Oj nie lubią siostry (na oddziale mego taty) swojej pracy.....nie lubią......
"A nie chciałaby pani aktywniej uczestniczyć w tej wizycie?" zapytała mnie pielęgniarka.
I zupełnie nie wiem o co jej chodziło. Tata niechodzący, to na spacer z nim nie pójdę. W ramieniu wbita kroplówka, to nawet przebrać nie mam jak. Przemilczałam.

Ale od razu powrócił koszmar wspomnień z mojego pobytu w szpitalu. 
Będąc dzieckiem trafiłam pod samochód. Wtargnęłam na przejście, nie rozglądając się na boki, no i bęc. Rozwalona głowa, utrata przytomności, pobudka w szpitalu. 
Obok na łóżku zagipsowana po szyję dziewczynka. Inna pokazuje mi jakieś rurki co jej z brzucha wystają. Przeraziłam się i zaczęłam płakać. Zjawiła się pielęgniarka.
- jak będziesz tak płakać to nie pozwolimy twoim rodzicom na wizyty - pocieszyła
Stłumiłam płacz, tak jak umiałam. Został tylko strach.
Wstałam ostrożnie z łóżka, żeby pójść do toalety. Ulubiona pielęgniarka pojawiła się z krzykiem, że po co wstaję, że nie powinnam się ruszać z łóżka. Gdyby nie ta dziewczynka od rurek w brzuchu pewnie bym się zsikała w łózko, bo nikt moich wołań nie słyszał.
Minęła noc, przyszedł nowy dzień. Wołam siostrę (z kolejnej zmiany) i proszę o basen. A ta do mnie:
- a co tak leżysz jak królewna, przecież możesz chodzić 
Zgłupiałam. To mogę, czy nie mogę wstawać? Ochrzan za ochrzanem. A ja byłam przerażonym dzieckiem, które nagle znalazło się w obcym środowisku i nie wiedziało już co ma robić. 
Na szczęście byłam tam tylko dwa tygodnie. Przetrwałam. Trochę dzięki dziewczynkom z sali które leżały tam już dłużej i nauczyły mnie jak nie zwariować w tym szpitalnym świecie. Małe pomocne dłonie.....




piątek, 23 maja 2014

dziś tylko muzyka


Bo czas jest trudny i ciężko mi zebrać myśli, 
żeby jakikolwiek sensowny wpis zrobić
Nie wykrzeszę też z siebie na razie radości. 
Niech więc dziś mówi za mnie muzyka.

Przedwczoraj położyłam tatę to szpitala.
Rokowania nie są dobre.... 
No ale, mam ciągle nadzieję, że jednak będzie lepiej....

Musi być!!!

Pięknego weekendu Kochani :*

wtorek, 20 maja 2014

kamień i co

Gdzieś między blokami, wieżowcami i szklanymi biurowcami, jak zagubiona w wielkim mieście staruszka, stoi opuszczona kamienica. Pamięta jeszcze czasy getta i Powstania Warszawskiego.



Wybudowana około 1910-1914 roku. Kiedyś pewnie przepiękna, dziś zniszczona i nadszarpnięta zębem czasu. Wygląda smutno, przeraźliwie smutno. I pewnie niedługo zniknie stamtąd. Jakieś sześć lat temu wysiedlono z niej ostatnich mieszkańców.



Wokół widać jeszcze szczątki murów getta. 



Mieszkali tutaj żydowski poeta piszący po polsku Władysław Szlengel - Kronikarz Tonący, który opisywał życie w getcie żydowskim oraz znany fotograf, dziennikarz i śpiewak operowy Menachem Kipnis, który zajmował się również zbieraniem i dokumentowaniem tradycyjnej muzyki żydowskiej.

Na jednej ze ścian kamienicy, od strony ulicy Grzybowskiej, powstał ogromny mural autorstwa Wiktora Malinowskiego. Jeden z większych murali w Warszawie (ponad 1400 metrów kwadratowych)



Powtarzając za Julią Bachman "Być może nawiązuje on do filmu "Czerwony balonik” Alberta Lamorisse'a z 1956 roku, opowiadającego historię przyjaźni chłopca i czerwonego, beztroskiego balonika w post-okupacyjnym, zniszczonym Paryżu, pragnącym szybko zapomnieć o wojnie."

A być może balonik jest symbolem znikania z ulic śladów historycznej zabudowy Warszawy. Niby z kamienia....a znika tak szybko jak wzbijający się w niebo balon.



niedziela, 18 maja 2014

Jak było?

Było super! Co prawda Warszawa zaserwowała mi chłodne powitanie, ale za to Jehro rozgrzał atmosferę tak, że doprowadziło to do ścierania się dwóch frontów atmosferycznych, ciepłego (to ci, co na koncercie byli) i chłodnego (ci, co zostali w domach). Jaki był tego skutek? Ano ulewy i burze, jakie przetoczyły się nad stolicą, ale jakoś dało radę :)

Miejsce miałam dość daleko od sceny. Długo tam nie wytrzymałam. Zeszłam na dół i podeszłam bliżej, aż pod samą scenę, gdzie kołysało się kilka osamotnionych dziewczyn. Dziwnym zbiegiem okoliczności, zaraz za mną zaczęli pojawiać się kolejni odważni, rozbujani muzyką. Jeszcze kilka kawałków i cała sala wstała z fotelików i dała się ponieść emocjom.

Próbowałam zrobić tam jakieś zdjęcia, no ale.....albo zdjęcia, albo taniec. Jednocześnie się nie da. Wybrałam to drugie :)





Zdjęcia robiłam za to po koncercie, i następnego dnia. Mimo deszczu udało mi się kilka fotek strzelić :)
Zapraszam na Warszawę "po mojemu" :)
















sobotni poranek
to zdjęcie klimatem przypomina mi stare kroniki filmowe
tylko budynki jakby nie stare 











piątek, 16 maja 2014

czekałam, czekałam i się doczekałam


Tak, to już dziś i strasznie się cieszę, bo bardzo chciałam iść na ten koncert. 
Przenocuję w stolicy, może i ją aparatem musnę? Choć pewnie nie uda mi się, bo leje całym niebem. 
Nie będzie mnie tu, w związku z tym, przez dwa najbliższe dni. 
Nie biorę ze sobą laptopa...tak więc nie będę miała jak Was odwiedzać. Nadrobię jak już wrócę.

Życzę Wam pięknego weekendu kochani :*





czwartek, 15 maja 2014

Wczoraj ferrari a dziś Ferrara



Ferrara, choć niewielka, (a może właśnie między innymi dlatego że niewielka), jest jednym z najpiękniejszych miast regionu Emilia Romania. Została nawet wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. 
Żałuję że wpadliśmy tam tylko na chwilę, w drodze powrotnej z Modeny. To miasto zasługuje na dłuższy pobyt. My tylko przez nie przemknęliśmy. Ale może innym razem uda się zajrzeć tam na dłużej.




 
Najbardziej charakterystycznym, a zarazem przyciągającym turystów do Ferrary jest piękny Castello Estense - warowny ceglany zamek z potężnymi bastionami, otoczony fosami, usytuowany (nietypowo) w samym centrum miasta. Budowę zamku rozpoczęto w 1385 roku; później był wielokrotnie przebudowywany. Początkowo budynek był twierdzą wojskową, w końcu XV w. stał się główną siedzibą rodu d'Este, wcześniej rezydującego w ratuszu.



 






Poza zamkiem, warta odwiedzenia jest także katedra  San Giorgio, z romańską marmurową fasadą z XII-XIII w., dobudowaną w drugiej połowie XV w. renesansową dzwonnicą, zaprojektowaną prawdopodobnie przez Albertiego i do dziś nieukończoną, oraz z barokowym trzynawowym wnętrzem z XVII w. (poprzedni wystrój został zniszczony w pożarze), jest największym i najwspanialszym kościołem w mieście.
 


Obowiązkowo będąc w Ferrarze trzeba zjeść lody, tuż przy katedrze....przepyszne, wyjątkowo gęste....



No i koniecznie odwiedzić Osteria Del Babbuino, leżącą nieco na uboczu przy Via della Concia 2. Trafiłam tu zupełnie przypadkiem, i miejsce to okazało się strzałem w dziesiątkę. Przepyszne jedzenie i przemiła obsługa!!! I co chwilę jakaś niespodzianka od szefa kuchni :D



I jeszcze dwie fotki na koniec moich relacji z podróży. 
Włoskie maki i polskie pola rzepaku...no i nie wiem co ładniejsze :))