piątek, 31 stycznia 2014

Dziękuję Panie Wojciechu

Od samego rana czuję, że lecę w dół. 
Kurcze, przecież piątek, powinnam się cieszyć, bo już weekend. Cieszyć i robić plany.
Plany?......Plan jest taki, żeby się zaprowiantować i z domu nie ruszać. Bo co można w taki mróz robić? Nawet narty radochy nie dają. Czuję, że ta zima zaczyna mnie dusić. Ciasno otacza mrozem i wiatrem. Odzywa się moja klaustrofobia. Mam dość zimy a to dopiero jej połowa. Czuję że zapadam w letarg
Wschód słońca już nawet nie cieszy....a przecież taki piękny....nawet strzeliłam mu fotę, stojąc na światłach.


I wtedy, właśnie w tym momencie usłyszałam to w radiu.....usłyszałam, zauważyłam, ożyłam....


Wojciech Mann wybudził mnie swoją muzyką. Pomyślałam, że to dobry trop i być może jedyny sposób, żeby zmatowić stok, po którym się ześlizguję w dół i przynajmniej spowolnić spadanie. Więc już sama sobie zarzuciłam chłopaków:


No i zadziałało.....genialne jak dobra muzyka może poprawić nastrój!!!

Kiedy już trochę przyhamowałam....trzeba było się czymś otulić i lekko unieść. I tu znów Pan Mann okazał się pomocny.



 Super wznoszące dźwięki:


  Mama don't you worry bout your daughter
'cause you're leaving her in real good hands

Chyba przetrwam. No przynajmniej nie zjadę już niżej
Dziękuję Panie Wojciechu   :)

czwartek, 30 stycznia 2014

nigdy nie sądź po wyglądzie


Oto przykład na potwierdzenie tytułowego stwierdzenia
niesporczaki

Jako, że interesuję się wszystkim (ktoś mógłby powiedzieć że wszystkim czyli niczym) , zatrzymało mnie to zdjęcie w listopadowym numerze National Geographic.
Wygląda toto jak worek do wypasionego odkurzacza, nawet wejście na rurę ma i zdawać by się mogło, że to część urządzenia. A jednak to żyje. Żyje i ma moc, i niesamowitą odporność. Pomyślelibyście, że to najbardziej wytrzymały organizm na świecie??? Mistrz nad mistrze, a Chuck Norris przy nim to cienias i mięczak.

Dwudziestopięcioletnie przesuszenie...żaden problem.....po polaniu wodą ożywa
150 stopni....to dla niego niewielki upał
Na minusie też przetrwa, aż do zera absolutnego (a ja na -17 narzekam), a potem bez problemu się odmraża. 
Super nie? A wszystko to dlatego, że potrafi zapadać w stan anabiozy, czyli tzw. życia utajonegokrańcowego obniżenia aktywności życiowej organizmu. Dzięki temu może przetrwać tak ekstremalne i niesprzyjające warunki.

Oooooooo i ta umiejętność przydałaby mi się, chociażby na zimę. Dziś, nawet pies spojrzał na mnie jak na durnia, kiedy proponowałam mu (dla odmiany) samotny spacer po podwórzu. On, który zawsze zwiewał, kiedy zobaczył choćby najmniejsza szparę w drzwiach, dziś stał jak wryty przed otwartymi na oścież drzwiami. Nie miałam wyjścia....poszłam razem z nim. Odmarzło mi chyba wszystko.

I kiedy tak (już po powrocie) siedziałam i szukałam muzyki do dzisiejszego, dziwnego trochę, wpisu, Toya przyszła mi z pomocą i podesłała ten o to fajny klip, a na nim MOJE KOCHANE MIASTO :)))

Dzięki Toya :****




środa, 29 stycznia 2014

Madera - kraina wiecznej wiosny

Ta wyspa…..to najpiękniejsze miejsce na ziemi jakie dane mi było, do tej pory widzieć. Opisywana jest jako niezwykła mieszanka Europy i Afryki, lądu i morza, słońca i deszczu oraz tropików i ostrego górskiego powietrza. Madera, to kraina wiecznej wiosny. Idealne miejsce dla miłośników natury, przestrzeni i aktywnego wypoczynku. Wyspa ta leży aż 1000 km od wybrzeży Portugalii i zaledwie 500 km od Afryki. Latem temperatura rzadko przekracza 25°C, a zimą rzadko spada poniżej 20°C, ale w ciągu jednego dnia można tu przeżyć cztery pory roku. Nad brzegiem morza możemy mieć piękną, ciepłą, słoneczną pogodę, w lasach deszcz, a na szczytach gór śnieg i chłód. 
Madera słynie z łagodnego klimatu, wyśmienitego wina, egzotycznych kwiatów, owoców oraz przepięknych krajobrazów z zapierającymi dech w piersi urwiskami i malowniczymi wodospadami. 
Pierwsze emocje, to lądowanie. Lotnisko na Maderze położone jest w dość nietypowym miejscu. Z jednej strony otoczone pasmem wysokich gór z drugiej oceanem. Ma bardzo krótki pas startowy, przedłużony sztucznie, konstrukcją na palach. Przy silnym wietrze (a taki wieje tam przeważnie) lądowanie to niezłe akrobacje i trochę strachu.


Po wylądowaniu, to co najbardziej rzuca się w oczy, to mnóstwo zieleni, soczystej i kwitnącej. I wodospady.....mnóstwo wodospadów. 
Sama nie wiem jakie zdjęcia mam wam pokazać, tyle tego a wszystko piękne. Nie będę pokazywała miast, targów i portów.....może tylko jeden budynek, kościół. Tego typu architektura dominuje na wyspie.


Przede wszystkim jednak chciałabym wam pokazać cudowne widoki, zapierające dech w piersiach. Objechaliśmy wyspę dookoła, zatrzymując się tu i ówdzie. Praktycznie cały czas jechałam z opadniętą szczęką, nie mogąc się nadziwić że natura stworzyła coś tak pięknego i zaskakującego. 
Parkujemy przy łące. Łąka, jak łąka, pełna żółtych kwiatów. 


Na łące pasą się krowy.....i nie zgadlibyście co jest na końcu tej łąki....właśnie to


Nie do pomyślenia prawda?
Kawałek w lewo samotna chatka, gdzie można wypić kawę, mając przed oczami takie widoki


Na wschodzie wyspy, wąski skalisty cypel. 
Magiczne kolory skał i wody. 








Weszliśmy też na najwyższy szczyt wyspy Pico Ruivo (1862 m n.p.m.).  Mieliśmy farta, bo rzadko pada tam śnieg, a nam udało się zobaczyć szczyt w śniegu. Choć szczerze mówiąc po oblodzonej ścieżce ciężko chodzi się w adidaskach. Liczyłam się z tym, że może to być szybkie zejście, a nawet zjazd. Na szczęście obyło się bez ;)
Przy dobrej pogodzie, (a taką mieliśmy) można sięgnąć wzrokiem bardzo daleko. Człowiek czuje się jakby stał na czubku świata...niesamowite uczucie. W oddali widać ocean przykryty kołderką z chmur.




I jeszcze tylko dwie fotki pokrytych lodem krzewów. 
Wyglądały jak drogocenna biżuteria, mieniąca się w ostrym słońcu 



I na koniec pozwolę sobie zacytować, z przewodnika, co jeszcze można robić na wyspie

Zwiedzić pierwszą osadę Funchal - największe miasto i równocześnie stolicę wyspy. W Funchal wjechać kolejką na Monte. Odwiedzić jeden z licznych ogrodów: botaniczny, tropikalny lub storczyków. Na Maderze kwiaty kwitną niemal przez cały rok
- wybrać się na targ Mercado dos Lavradores w starej części Funchal, gdzie kupimy egzotyczne owoce rosnące na wyspie: marakuje o różnych smakach (pomarańczy, ananasa, a nawet pomidora), mango czy papaje
- pojechać na północne wybrzeże i do Porto Moniz - nieziemskie widoki, zarówno na klifowym wybrzeżu, jak i wewnątrz wyspy
- przespacerować się jednym z licznych szlaków wzdłuż kanałów (levadas). Kanały wybudowano w XVI w., by suche i słoneczne południe nawodnić wodą z obfitującej w opady północy. Ich łączna długość wynosi 2150 km. Wędrując szlakami wzdłuż kanałów, można poznać wpisane na listę UNESCO lasy laurowe Laurissilva oraz unikalne gatunki fauny i flory
- spróbować madery (wina) podczas degustacji w jednej z wytwórni w Funchal.

Warto również...

- odwiedzić jaskinie i Centrum Wulkanologiczne w Sao Vicente - tam najlepiej poznamy i zrozumiemy historię powstania wyspy. Film 3D zabierze nas w fascynującą podróż do przeszłości i pokaże najpiękniejsze miejsca na Maderze
- zjechać saniami z Monte - to niezbyt tania (25 euro za osobę, 30 euro za dwie), ale niezwykła atrakcja. W dobie odrzutowych samolotów i rakiet wynoszących ludzi w kosmos taki zjazd asfaltową drogą w pędzącym na drewnianych płozach wiklinowym koszu jest niczym powrót do przeszłości. Eleganccy panowie w nienagannej bieli i słomkowych kapeluszach do manewrów i hamowania używają butów z grubą gumową podeszwą.

Wielu punktów nie zdążyłam zrealizować.....muszę tam wrócić :)

wtorek, 28 stycznia 2014

wrrrrr


Znacie to uczucie, kiedy wszystko idzie nie tak, jakby czarną serią. Niby pierdoły, ale jedna po drugiej budują "nastrój". Wtedy praktycznie nie idzie nic, ani w pracy, ani w domu, ani nigdzie. 

Kiedy wyjeżdżam z parkingu pod firmą mam lewoskręt. Myślicie że ktoś chce wpuścić? Nie, przecież oni mają pierwszeństwo. Nie chcę tu uogólniać, ale najgorsze są kobiety i starsi panowie. Ci młodsi wpuszczają, ale najlepiej jest spuścić w dół szybę i łapać kontakt wzrokowy. Tyle tylko, że trochę zimno. 
Z tymi z lewej jakoś idzie. Wpuścili. Staję w połowie drogi, bo z kolei Ci z prawej nie mają zamiaru wpuścić. Widać wydaje im się, że zaparkowałam na środku ruchliwej drogi. No i poza tym wpuszczając mnie tracą cenne metry. O długość mego auta będą dalej od celu. Chyba nie potrafię tego przeliczyć, na ułamki sekund opóźnienia.
W końcu ktoś się lituje....może widzi, że blokuję ruch lewego pasa. Jadę...
Powiedzcie dlaczego jest tyle nieżyczliwości na drodze. Dlaczego ludzie walczą o każdy centymetr jezdni, wbijają się na chama i bez kierunku, skoro i tak przy następnych światłach spotykamy się. Nie ma zmiłuj. W mieście i w korku nie podgonisz. 
Dlaczego, przy wszelkich zwężeniach nie umieją wjechać jak ludzie na zakładkę, tylko cwaniaczą, kombinują poboczami. 
Zatrzymanie się i wpuszczenie pieszego? To jakaś abstrakcja. Pieszy ma stać, aż na amen zamarznie na tym przejściu. 
Wkurza mnie to. Zwyczajnie wkurza.

Ufffffffffffff.....no trochę lżej. Nazbierało mi się dziś....taki dzień.
A z rzeczy miłych.....pod Książnicą spotkałam pana Marcina, w boskiej futrzanej czapie. Poznał mnie (może przez te zające) uśmiechnął, przywitał, pogadaliśmy miło. Żebym tak wozem nie była, zaszłabym do niego, do baru,posłuchać tych zajęczych opowieści z mchu i paproci......no ale może innym razem :)

Muzyka, zupełnie nie w temacie....po prostu mi się podoba :)


rozluźnić dłoń

Niedawno byłam na posterunku, w celu na pobrania odcisków palców. Ciąg dalszy sprawy włamań. Nowe ciekawe doświadczenie, mogłam zobaczyć na żywo jak to jest. 

Na drzwiach pokoju napis W 11 i poczułam się jak w filmie.  Tylko, żeby to była jakaś romantyczna komedia, może bym się ucieszyła. Na kryminał nie miałam ochoty. Mam w ogóle dosyć całej tej sprawy. Nabawiłam się tylko lęków. Na okrągło sprawdzam czy zamknięte, zapięte, schowane....

Oficer prowadząca sprawę przyglądała mi się bacznie, jakbym to ja była główną podejrzaną. Być może robi to już odruchowo, ale zarzuciła wzrok nawet do mojej rozpiętej torebki, bojąc się może czy nie mam tam ukrytej broni. Chłodny głos i żadnego uśmiechu....po prostu robiła swoje. 
Kiedy wymazała mnie już tym paskudnym czarnym mazidłem,  powiedziała:
- Teraz pobiorę odcisk całej dłoni, przesuwając ją po wałku. Proszę rozluźnić dłoń i nie próbować łapać kartki ani wałka.

Wiecie, że to wcale nie jest łatwe, tak nie łapać czegoś co spada, co wymyka się z rąk...
Tak jak w życiu....nie jest łatwo rozluźnić dłoń i puścić to, co chciałoby się chwycić.....
Ale czasem tak właśnie trzeba. Czasem to jedyna słuszna droga. Jeśli to miało być Twoje...będzie.






niedziela, 26 stycznia 2014

ą ę

Kolejna kolacja komentowana za mną. Tym razem na wesoło. Nie będę się rozpisywać co jadłam i czym popijałam, bo bym Was zanudziła. Z ciekawostek może tylko nazwa pierwszego dania "sandacz cięty białym winem" :))) O Cięciu wodą słyszałam, ale białym winem? Danie przepyszne , delikatne, udekorowane różowym kwiatkiem. Dzieło sztuki!

Mój ulubiony sommelier (w sumie jedyny jakiego znam) Pan Marcin pięknie opowiada o winach. O dominujących nutach smakowych i zapachowych. O pochodzeniu i historii wina. O tym, co z czym i dlaczego.


(fotka ze strony restauracji)

Kiedy w kieliszkach znalazło się czerwone francuskie wino, o niezwykle intensywnym zapachu i pięknej barwie , pan Marcin zapytał :

- I co państwo czujecie
- Wędzone owoce - padło z jednego końca
- Suszone śliwki - powiedział ktoś w drugim
- A mokrą czarną ziemię? - zapytał pan Marcin - A igliwie, takie wyschnięte?
Faktycznie, kiedy się wciągnęło woń w nozdrza czuło się i tę ziemię, i igliwie.
- A mech? Wyczuwacie państwo mech?
- Panie Marcinie, jak pan tak mówi to zaczynam to wszystko czuć - odpowiedziałam - ja nie tylko igliwie i mech czuję, ja nawet ten las widzę i zająca :))))

Pan Marcin uśmiechnął się. Nagle gość po prawej jęknął:
- Barolo z Piemontu to nie jest.

No nie!!! Cała kolacja kosztuje 80 zł, w tej cenie pięć pysznych dań, pięć różnych win i deser. Wszystko bardzo wymyślne i pracochłonne. A on by chciał jeszcze barolo, którego butelka kosztuje powyżej stówki????

I wtedy z narożnika "suszone śliwki" dało się słyszeć szept
- ą ę dupa przez er zet

I to lubię :)))





sobota, 25 stycznia 2014

Nie przesypiajmy życia




„Zakochana bez pamięci” być może już go widzieliście.  Film wydaje się być lekką niezobowiązującą, optymistyczną komedią, ale tak naprawdę dociera znacznie głębiej i porusza istotny problem. Pozwolę sobie zacytować opis dystrybutora filmu:

"W krótkim czasie w życiu Marie zachodzą ważne zmiany: dostaje nową pracę i wpada w oko Paulowi, przystojnemu synowi szefa. Jej 29. urodziny kończą się dokładnie tak, jak sobie wymarzyła: płomienną nocą w jego ramionach. Kiedy budzi się następnego ranka, nie rozpoznaje niczego. W sklepach płaci się Euro, w garażu parkuje ekskluzywne BMW, a w kuchni siedzi miały chłopiec wołający mamę… Na dodatek Marie odkrywa, że ma tylko 4 dni, aby mężczyzna jej marzeń jeszcze raz się w niej zakochał, a życie powróciło na właściwe tory…"

Z jednej strony historia brzmi koszmarnie. Obudzić się i nie wiedzieć o co chodzi. Co za ludzie wokół, skąd dziecko, auto w garażu, co się ze mną działo przez ten czas i dlaczego nic nie pamiętam. A jednocześnie…..nie raz o tym marzyłam. Może nie dokładnie o tym, żeby przespać kawał swego życia. Ale o tym, żeby zasnąć  i obudzić się ze świeżym spojrzeniem na to co mnie otacza. Na nowo zachwycić się i docenić to, co mam. Zbyt szybko przyzwyczajamy się do dobrego,  przestajemy  zachwycać się życiem….które tak naprawdę jest piękne.

Ten długi, bo aż dziesięcioletni, „sen” Marie…..to przecież nic szczególnego. Ilu z nas „przesypia” swoje życie.  Mówimy, że czas szybko ucieka, choć tak naprawdę my go poganiamy. Aby do wieczora, alby do weekendu, aby do wakacji. Ciągły pośpiech, zaganianie, rzucone w biegu pytanie do dziecka „jak w szkole?”. Godziny spędzone w pracy, a czasem  i nadgodziny, których i tak nikt nie docenia.....

Przedwczoraj miałam sen, którego dokładnie nie pamiętam….pamiętam tylko pytanie które w nim padło. „A kiedy znajdujesz czas, żeby żyć?” No właśnie....

Nie przesypiajmy życia….zachwyćmy się nim. 

Opowiedzcie mi dziś o tym, co Was zachwyciło. Rozejrzycie się, zauważcie i podzielcie się :)
Pięknej soboty!!!




piątek, 24 stycznia 2014

głową w dół

 

Stary trzepak, koło koło składzika na węgiel. Wisieli na nim godzinami, głową w dół, paplając o rzeczach pozornie mało istotnych, a jednak dla nich ważnych. Każde zdanie kończąc wymyślnym fikołkiem, dla zaakcentowania ważności sprawy.
Razem do szkoły, ze szkoły, po szkole, przyjaciele od kołyski. Od zawsze i na zawsze. Rozdzieleni przez los za szczenięcych lat, przypadkiem znów złączeni  w dorosłym już życiu.
Ona....myślała że zapomniał. On nie wiedział jak ją odnaleźć. Ona pamiętała jego wicherek nad czołem. On jej piegi na nosie. Piegi pozostały, wicherek lekko posiwiał. Wielka radość ze spotkania, znów wiele godzin przegadanych. Wiele wspomnień i nowych opowieści. Nazywał ją swoim aniołkiem. Codziennie czekał na list od niej, jak na poranną kawę. Jej słowa dawały mu siłę i energię, przywracały wiarę w siebie....wiarę którą zupełnie utracił
- zabierz mnie stąd - mówił
- ale jak zabierz, dokąd?
- nie wiem....zabierz
Miała przyjechać na białym koniu, chwycić w pół i uprowadzić? Nie umiała, nie wiedziała jak, nie miała dość siły, żeby udźwignąć wszystko sama.
Nie takich słów oczekiwał.

Potem, potem było już tylko coraz gorzej. Ostatnie słowa jakie usłyszała od niego brzmiały:
- Nie chcę Twojej przyjaźni. Nie chcę ochłapów! Jeśli nie mogę Cię kochać, będę nienawidził.

A miała być przyjaźń na zawsze….






czwartek, 23 stycznia 2014

-18 a będzie jeszcze gorzej

Skrzypi śnieg pod butami, kołami i łapami psa. Skrzypi nawet (tak mi się wydaje) dym lecący z komina. Za samochodami ciągnie się smuga, jak za boeingiem 767. Płatki nosa przymarzają, kiedy wciąga się powietrze. Dobrze, że powieki nie przymarzają w czasie mrugania. KONIEC ŚWIATA !!!
Jak w takim mrozie żyć? No jak żyć?

A jeszcze na dodatek "łysy" dniem i nocą kpiąco spogląda na mnie z firmamentu. Wiedziałam, że tak będzie, że jak minie konkursowy tydzień, to ten drań wylezie na nieboskłon i będzie się ze mnie nabijać. To, że nocą tam jest....to jeszcze zrozumiem, ale żeby w dzień, to już zwyczajna złośliwość! Ech...życie.....
Jak z taka przewrotnością losu żyć? No jak żyć? ;)

Trochę się bałam, czy przypadkiem miasto nie wywinie mi takiego numeru jak księżyc. I czy wszystko nie stanie na tydzień. Na wszelki wypadek zdjęcie wysłałam już dawno. 

Na szczęście, życie w tym tygodniu nie zamarło, nie zatrzymało się, tylko trochę przymarzło. Chociaż.....w sumie, jak się tak dogłębniej nad tym zastanowić, to w sumie może mieć związek z konkursem. Jeśli w poniedziałek mróz puści, będę prawie pewna, że to właśnie o to chodzi. I dlatego plizzzzzzzzzz (prośba do kolejnych zwycięzców) nie wrzucajcie tematu dotyczącego wody!!!! Ja bez wody tydzień nie wytrzymam!!!!

Na rozgrzewkę.....salsa cubana!!!!
Ja prawie tańczę, od razu mi cieplej :))) Może i was trochę rozgrzeje?
Pięknego dnia!!!!






środa, 22 stycznia 2014

kamienie w kieszeniach


Mroczny zrobił wpis o huśtawce....czytając go pomyślałam sobie, że moja życiowa huśtawka, ma chyba cykl dobowy. 
Ranek.....ranek jest zawsze spokojny, cichy, pełen pozytywnych myśli i wiary w to, że jest i będzie dobrze. Zachwyca mnie słońce za oknem i skrzący się śnieg i pachnąca kawa. I to chyba jest ten moment, kiedy huśtawka znajduje się w najwyższym punkcie. A potem, potem stopniowo opada w dół. Wraz z ogarniającym świat mrokiem, wszystko zaczyna wyglądać inaczej. A przecież tak naprawdę rzeczywistość nie uległa zmianie, a wszystko dzieje się tylko w mojej głowie. Więc o co chodzi? Skąd raptem takie postrzeganie? I chyba wiem. Zupełnie niepotrzebnie grzebię w przeszłości, próbując zrozumieć zdarzenia jakie miały kiedyś miejsce. Dłubię paluchem w ranach, przeciągam palcami po bliznach i analizuję....tylko po co? 
Chyba po to, żeby zrozumieć. Może, kiedy wreszcie wszystko zrozumiem, odzyskam spokój. Oczy przestaną zachodzić mgłą i będę widziała ostro i wyraźnie, jak piękny jest ten świat. Zrozumienie i pogodzenie się. Te dwa czynniki mogą pomóc oczyścić głowę z niepotrzebnie dołujących myśli. 
Nie płaczę już i nie drę szat, ale czuję ciężar. Żeby przepłynąć ocean życia potrzebne mi jest raczej koło ratunkowe, łódź i wiosła, a  nie kamienie w kieszeniach. 
Wymyśliłam sobie....powiecie że to głupie....ale wymyśliłam sobie, że zawsze, kiedy będę czuła, że znów mnie to dopada, będę sobie wyobrażać, że wyrzucam z kieszeni jeden kamień. Wyobrażę sobie jego kształt, kolor, wagę, potrzymam chwilę w ręku i cisnę z całej siły w ocean. Niech spada w otchłań, niech wraca tam, skąd przyszedł. Wczoraj poleciał już jeden. Był dość duży, ciemny z ostrymi krawędziami....




wtorek, 21 stycznia 2014

Dieta chyba mi nie służy ;)

Miałam ochotę troszkę schudnąć i postanowiłam przejść na dietę.....

Zaczęłam od środy, nie czekając na początek tygodnia, czy weekend. Ze mną tak zawsze, dziś pomysł, dziś realizacja, nie ma że jutro. 
Początkowo dieta wydała mi się bardzo fajna. Omleciki z otrębami, suszonymi śliwkami, warzywa, pieczone ryby, grillowany kurczak, no i biały ser....super. 
Drugiego dnia entuzjazmu, na widok filetu z kurczaka, jakby mniej i początki kataru, bólu głowy. 
Trzeci dzień, rozłożyło mnie dokumentnie, kiedy zerknęłam kątem oka na kotleciki brokułowo-drobiowe....odechciało mi się w ogóle jeść. Postanowiłam się jednak tak łatwo nie poddawać. No przecież skoro coś zaczęłam, to muszę skończyć. 
Kiedy jednak w sobotę dołączyły się krwotoki z nosa, następujące jeden po drugim....wymiękłam. 

Przecież ja kocham smacznie jeść!!! 
Jedzenie, jak dla mnie, to nie dostarczanie zbilansowanego posiłku, tylko celebracja, uczta smaków i zapachów. Kiedy mi coś nie pasuje, jest nijakie, mdłe, nie jem wcale. 
Kocham hiszpańską i włoską kuchnię. Potrawy muszą mieć smak wyrazisty. Musi być w nich dużo ziół, czosnki i pieprzu....uwielbiam świeżo mielony pieprz. 
Kocham steki wołowe z rozmarynem i świeżo mielonym pieprzem, carpaccio z polędwicy wołowej polane oliwą z oliwek i balsamicznym sosem, z wiórkami grana padano. Sałatki z dodatkiem suszonych pomidorów, orzechów i jakże kalorycznych serów. Lubię gnocchi w serowym sosie ze świeżą szałwią i kaloryczne makarony..... 
No i jak się ma do tego ryba bez soli pieczona w folii z warzywami gotowanymi na parze? 
No niestety, mój organizm się zbuntował i to jeszcze jak!!! Nie mogę go nie posłuchać :)

Moje ciało nie pokochało diety, będę musiała ja pokochać moje ciało :)



P.S. Usłyszałam to rano w trójce.....w życiu bym nie zgadła że to Makowiecki!!!!


poniedziałek, 20 stycznia 2014

a nad Podlasiem bajkowy księżyc...

No muszę...po prostu muszę się pochwalić, bo mnie aż świerzbi :))) tak rzadko udaje mi się cokolwiek wygrać.....
Nie każdy kto mnie czyta wie, że brałam udział w konkursie fotograficznym (mimo braku księżyca na moim niebie) i jakimś cudem udało mi się zając w nim DRUGIE miejsce!!! 

Ja wiem, że to dopiero pierwszy dzień, i że tylko drugie miejsce. Ale dla mnie to aż drugie miejsce!! Nie sadziłam, że ktokolwiek zechce przyznać mi jakikolwiek punkt. Ten rysunek księżyca, to akt desperacji, już w chorobie, kiedy byłam pewna, że nie wyjdę na dwór i księżyca szukać nie będę.
Po tym konkursie mam same pozytywne przemyślenia. Po pierwsze to bardzo rozświetliło moją niedzielę. Po drugie, pomyślałam sobie, że to że nazbierałam aż tyle punktów świadczy o tym, że ludzie mają duże poczucie humoru, dystans i umieją się bawić :)
No i jeszcze, że to kolejny dowód na to, że to będzie mój rok zwycięstw. Zastanawiam się nawet nad kupieniem kuponu totolotka, poczekam tylko może na jakąś kumulację :)))

A jakby ktoś nie wiedział jak w zeszłym tygodniu wyglądał księżyc nad Podlasiem, to już pokazuję. Wyglądał tak:



niedziela, 19 stycznia 2014

próba aparatu

Skoro już miałam obcykane ustawienia aparatu do fotografowania księżyca (nadal nie przeczytałam instrukcji, ale jakoś mi się udało) postanowiłam je wykorzystać do sfotografowania innego światła. 

Rozpaliłam kominek i zapatrzyłam się na ogień. Już jako dziecko (miałam w domu piece) uwielbiałam patrzeć na ogień. Najbardziej lubiłam palić kolorowe gazety...wtedy płomień przybierał różne barwy od od granatu, poprzez turkusy, aż po  zielenie.  
Nie wiedziałam do dziś, że magia ognia to nie tylko kolory i ciepło, ale i obrazy jakie potrafi tworzyć zatrzymany w kadrze...

1
tu wyraźnie widzę profil ludzkiej twarzy


2
 trzy tańczące postacie


3
Tu płonący akt....widzę brzuch, a nawet pępek


4
tu ogień układa się na kształt mięśni męskiego ramienia


Pewnie każdy widzi co innego, a może równie dobrze nie widzieć nic i pukać się w głowę czytając ten mój dzisiejszy wpis :) 
Jeśli zobaczycie w tych obrazach coś więcej niż ja...chętnie też to zobaczę :)

5

 6

  7

8

sobota, 18 stycznia 2014

Przyjaciel u boku


Jeśli chcecie uśmiechnąć się do świata, poczuć przypływ dobrych myśli i nadziei.....myślę, że ten film wzbudzi w Was te pozytywne uczucia. 

Prosta historia bardzo podobna do tej z filmu "Nietykalni". Muriel jest sparaliżowaną Francuzką, mieszkającą w Kolumbii, która wynajmuje do opieki nad sobą, zupełnie nie znającego się na tym zajęciu byłego boksera. Obydwoje są pewnego rodzaju niewolnikami. Muriel...jest niewolnikiem swego ciała, Leo...niewolnikiem alkoholu. I choć na początku Muriel obchodzi się z Leo bardzo obcesowo, a on czuje się niezdarnie w nowej roli, z czasem zbliżają się do siebie, zaczyna im na sobie zależeć. Troszczą się w pewien sposób o siebie nawzajem. Leo dzięki niej uwalnia się od alkoholu. Muriel, dzięki niemu, znów może poczuć wiatr we włosach, turlać się po trawie i kąpać w oceanie. 

Nie wiem jak Wy, ale ja przy tego typu filmach dostaję swego rodzaju kopa energetycznego. Takie filmy przywracają mi wiarę w to, że jeśli nawet coś z pozoru wydaje się niemożliwe albo bardzo trudne do zrealizowania, przy wsparciu kogoś bliskiego staje się rzeczywistością. Może ktoś powie, że to głupie i naiwne, ale to daje mi siłę. Nie analizuję czy to faktycznie możliwe, nie czepiam się detali, tylko chłonę nadzieję i radość, uśmiecham się razem z bohaterami filmu.

Polecam....warto :)


piątek, 17 stycznia 2014

Dialogi na dwie nogi i cztery łapy

W Wigilijną Noc ponoć zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale czy muszą? I bez tego można się z nimi świetnie porozumieć. One rozumieją nas doskonale, czytają z tonu naszego głosu, gestów, zapachu.

No właśnie...ciągle się zastanawiałam dlaczego Homer rano usilnie próbuje mnie cmoknąć centralnie w same usta, po czym spokojnie człapie na swoje legowisko, żeby dospać. Teraz już wiem, bo wyczytałam to w Focusie. Otóż dla psa najważniejszym źródłem informacji jest zapach. To za jego pomocą wyczuwa nasz nastrój i nasze emocje. Rozpoznaje, czy jesteśmy radośni, czy przestraszeni.

Homer dużo odczytuje z intonacji mego głosu, z gestów, uśmiechu czy nawet z ubrań które zakładam. Jeśli do dżinsów z brzęczącą sprzączką od paska, dołożymy mój uśmiech i brak torebki w ręku...on już wie, że idziemy na spacer. Kiedy zapytam go słodko "idziemy na spacerek?" robi coś w rodzaju "teoloopa" (czyt. "tulupa" chyba) czyli obrotu wokół własnej osi w powietrzu. Po czym niemalże zabijając się o własne łapy gna w kierunku drzwi. Próbowałam to sfotografować, chyba nie wyszło :)


On potrafi zrozumieć dużo ale i ja odczytuję jego psią mowę i wiem, kiedy zamierza coś spsocić, albo skraść, bo zawsze wtedy chowa się pod stół :)) 


Wydaje mu się, że nikt go nie widzi, tak jak on nie widzi nikogo. Nie ważne, że cały tyłek wystaje poza stół i blokuje przejście. On się schował :))


Tu już po wszystkim. Po minie widać, że zeżarł coś, czego nie powinien był jeść. Trochę zawstydzony tym, co zrobił, bo wie, że zrobił źle, ale zlizuje jeszcze resztki z nosa :)


Tu, gotów do zabawy, tylko czeka, żebym rzuciła mu patyk. Ja mu rzucam, a potem on z nim ucieka, licząc na to że będę za nim biegać....trochę inaczej niż normalnie się to odbywa w tego typu zabawie z psami. Mój Homer nie aportuje, woli grać ze mną w berka :P


Powrót ze spaceru. Cofnęłam się na chwilę do ogrodu i zaraz on stanął w drzwiach, z tym swoim pytającym spojrzeniem - ej, a Ty nie wchodzisz? Sam sobie mam nasypać żarcia do miski?


I to zaniepokojenie, jakie dało się wyczuć, kiedy chorowałam. Podchodził, kładł głowę, zaczepiał łapą, aż w końcu wskoczył i troskliwie spojrzał na mnie z góry  - a co Ci jest? Dlaczego leżysz tak długo w łóżku?

A to zdjęcie, choć słabej jakości....rozwala mnie najbardziej :))) Wiem że nie w temacie mowy zwierzęcej ale......no czy nie jest słodki? Homer jako panna młoda :)


czwartek, 16 stycznia 2014

ocean czy nauka?

Stanęłam dziś przed trudnym wyborem:


Albo powkuwać hiszpański, jako że dziś nie poszłam na zajęcia. Albo dokończyć książkę Neila Gaimana „Ocean na końcu drogi”

Wystarczy wziąć do ręki jedną i drugą książkę i już wiadomo która powinna zostać w dłoni, a która wrócić na półkę. 
Cudownie gładka i miła w dotyku okładka, lśniące wyczuwalne pod palcami napisy….tak, wybrałam „Ocean na końcu drogi”. 
To mroczna i tajemnicza baśń fantasy, której narratorem jest siedmioletni chłopak. Całe zamieszanie w życiu chłopca zaczyna się od momentu, kiedy lokator wynajmujący pokój w jego rodzinnym domu, popełnia samobójstwo. To zdarzenie uaktywnia siły zła i budzi ze snu przerażające potwory. Wkrótce potem chłopak poznaje Lettie Hempstock, Panią Hempstock oraz Starszą Panią Hempstock.  Z początku myśli o nich, jak o dziwnych sąsiadach z końca drogi. Dopiero później rozumie, jak ważne jest to, że je poznał. Bo tylko dzięki nim uda mu się zatrzymać całe zło. Książka jest napisana bardzo obrazowym językiem, wszystko dzieje się w niej, jakby na granicy jawy i snu. Czytając ją czuje się ciarki….tym razem ze strachu.


„ - No nie wiem. Dlaczego sądzisz że w ogóle czegoś się lęka? Jest przecież dorosła,     prawda? Dorośli i potwory niczego się nie boją.

- Och, potwory się boją – nie zgodziła się Lettie – Dlatego właśnie są potworami. A co do dorosłych… - Umilkła i potarła palcem piegowaty nos. – Powiem ci coś ważnego. Wewnątrz dorośli też nie wyglądają jak dorośli. Na zewnątrz są wielcy, bezmyślni i zawsze wiedzą, co robią. W środku wyglądają tak jak zawsze. Jak wtedy, gdy byli w twoim wieku.”


Może właśnie dlatego wciąż lubię bajki? :))



środa, 15 stycznia 2014

W łóżku z Koneserem

Nie...to nie tak jak myślicie, nic z tych rzeczy. To miał być tylko chwytliwy tytuł ;) Tak naprawdę, to rozkłada mnie przeziębienie. Wzięłam więc aspirynę i z laptopem położyłam się do łóżka. Dla odprężenia postanowiłam obejrzeć jakiś fajny film. Padło na „Konesera” Giuseppe Tornatore. Chciałam na to pójść do kina , ale zdjęli z afisza zanim się zorientowałam co i jak.

"Koneser" to film niezwykle klimatyczny. Oglądając go, czułam się tak jakbym chodziła po tych wszystkich pięknych wnętrzach, muskała palcami ramy starych obrazów....aż do dreszczy. Ach….mieć taką wiedzę na temat sztuki jaką ma Virgil Oldman…..patrzyłam z zachwytem na to z jaką łatwością rozpoznaje i datuje obrazy. A ta jego galeria, pełna arcydzieł, pięknych portretów kobiet. W niej musiał się czuć mniej samotny....
Virgil jest głównym bohaterem filmu, bardzo samotnym znawcą sztuki, w podeszłym wieku. Oprócz obrazów nie ma nic. Ani rodziny, ani miłości, z przyjaźnią też niekoniecznie sobie radzi. Podczas jednej z wycen antyków znajdujących się w ogromnym, starym domu, poznaje Claire, właścicielkę domu. W zasadzie poznaje najpierw tylko jej głos. Kobieta intryguje go do tego stopnia że staje się wręcz jego obsesją.....
Co dalej? Przekonajcie się sami...obejrzyjcie, bo warto. To bardzo malowniczy film z przepiękną muzyką, która tworzy niesamowity klimat. Film zniewala od pierwszych chwil i trzyma w tym zniewoleniu aż do końca.....jakże zaskakującego końca....

No i cytat....nie mogłam się oprzeć :)

- Lambert, czy jesteś żonaty?
- Tak prawie 30 lat.
- Jak to jest żyć z kobietą?
- To jest jak udział w aukcji. Nigdy nie wiesz, czy Twoja oferta będzie najlepsza.


mam to gdzieś




W nocy spadł śnieg. Mam nadzieję że skutecznie przykrył brudy dnia wczorajszego. Ta czysta biel daje nadzieję na lepszy, piękniejszy czas. To nic, że spóźniłam się do pracy to nic, że trzeba było odśnieżyć podjazd. Ale jest już nowy jasny dzień i ten będzie dobry, musi być :)

Ta przedłużająca się jesień chyba nikomu nie służyła. Wszyscy byli jacyś rozdrażnieni, poirytowani, czepialscy. I po co to? Nie lepiej uśmiechać się do siebie zamiast dokuczać?  Nigdy nie pojmę sensu złośliwości ludzkiej..... 

Nie pojmę i nie poddam się szarej fali, nie pozwolę zburzyć mego spokoju. Nie odbiję, jak lustro, tych niezadowolonych spojrzeń. Narzekania, utyskiwania i przykre słowa puszczę mimo uszu. Mam to gdzieś i pozwolę sobie na tę okoliczność zagrać specjalną piosenkę, którą jakiś czas znajomy wstawił na fejsie. Już wtedy wpadła mi w ucho, a dziś wydaje się być w sam raz :))