czwartek, 31 października 2013

smaki Barcelony

Mówiąc o Barcelonie nie sposób nie wspomnieć o smakach tutejszej kuchni.
Uwielbiam hiszpańską kuchnię. Można w niej znaleźć wszystko co "najsmaczniejsze pod słońcem" :) 
Regionalna różnorodność, wzbogacona tradycją rzymską i mauretańską, nęci. Kocham jeść, a może raczej smakować, nie jeść. Bo nie chodzi tu o zaspokajanie głodu, raczej o zmysłową ucztę. 
Jestem fanką małych, ale wyszukanych dań. Nietypowego mieszania smaków, szukania nowych połączeń. Dlatego też chyba najbardziej lubię tapas, czyli małe przekąski, podawane na ciepło lub na zimno w rozmaitych formach.
Tuż pod moim mieszkaniem na ulicy Argenteria 6 mieścił się taki właśnie bar tapas, Bilbao Berria. Miejsce moim zdaniem genialne. 


W środku kilkanaście małych stolików i długa lada pełna przekąsek. Można dostać oczopląsu Desery w malutkich porcjach też tu są. Crema catalana.......poezja :)


Wchodzisz i sam wybierasz z lady to, co skusi oko. Próbujesz, smakujesz i znów możesz wybrać kolejne przekąski, jeśli masz jeszcze ochotę. A uwierzcie mi....masz :) zwłaszcza jeśli popijasz to wszystko dobrym winem.
Za całość płacisz dopiero po skończonej konsumpcji. 
W każdy tapas wbity jest długi patyczek, który po zjedzeniu przekąski wkłada się do takiego metalowego pojemnika. Widać go na zdjęciu po lewej stronie. 


Kiedy chcesz już zapłacić, wołasz kelnera. Kelner podchodzi do stolika, wyciąga z pojemnika patyczki, liczy i wystawia rachunek. Fajne :) 
Kilka fotek z tapasami specjalnie dla Was. Może staną się inspiracją na najbliższe przyjęcie? Mi najbardziej smakowała ta z kreweta i pieczarką. Pieczarka wypełniona była jakimś pysznym serkiem, o delikatnej konsystencji. PYCHA!!!!!










wtorek, 29 października 2013

leniwy dzień po hiszpańsku

Mój leniwy dzień zaczął się od obowiązkowej kawy i croissanta w kawiarni na placu przed kościołem Santa Maria Del Mar.


Ceny, mimo tak dobrego miejsca bardzo przyzwoite


Weszłam na chwilę do środka kościoła, żeby zobaczyć jak słońce, przenikając przez witraże, gra feerią barw na  szarych, niczym nie ozdobionych murach wnętrza


 Potem była plaża i słońce i poszukiwanie skarbów :)


 i kąpiele w morzu





Nie brałam filtrów, myśląc że październikowo-listopadowe słońce już tylko grzeje.
I z lekka się przypiekłam :)



Zmęczona słońcem pojechałam, takim właśnie niebieskim starym tramwajem, na wzgórze Tibidabo, skąd rozciąga się przepiękna panorama na całą Barcelonę. 
Tramwaj pochodzi z 1901 roku i ma piękne drewniane wnętrze



Na wzgórzu sangria z widokiem na Barcelonę oświetloną miękkim i ciepłym światłem zachodzącego słońca


To był naprawdę fajny dzień :) 
(i nikt mnie nie okradł)


Ps. No i jeszcze....przyznam się do czegoś...Nie umiałam nie zajść do mego ulubionego sklepu Desigual i stałam się posiadaczką takiej oto kolorowej torebki


niedziela, 27 października 2013

Choć bez kasy, ale w towarzystwie wyższych sfer. Czyli o tym, jak zostałam paparazzi.

Nie było to trudne. Wręcz stało się samo, zupełnie przypadkiem. Mijając pobliski Kościół Santa Maria del Mar, zobaczyłam zbiegowisko ludzi. Część z nich ubrana była pięknie, jak na ślub. Dlaczego by chwilę nie postać i nie popatrzeć. Potem dostrzegłam w tłumie kilka kamer i mnóstwo fotoreporterów. Znaczy, że ślub ważnej osobistości. Stanęłam razem z wszystkimi fotografami i czekałam, ciekawa kto też to będzie. Wtopiłam się w nich, stojąc z moim dość pokaźnym sprzętem niemalże w pierwszym rzędzie.

Zasada bycia paparazzi jest prosta. Kiedy słychać szum i okrzyki w rodzaju "a la derecha" (czyli - na prawo) trzeba dokładnie tam skierować obiektyw i czekać. Potem trzeba głośno wołać imię tej osoby, która akurat nadchodzi, a wtedy ona odruchowo patrzy w Twoim kierunku i masz fotę! Każdy paparazzi był doskonale przygotowany, albo miał asystentkę-przypominajkę, która posiadała listę potencjalnych gości. W międzyczasie fotoreporterzy naradzali się, ustalając między sobą imiona gości weselnych.
Z upolowanych osób rozpoznałam tylko jedną. Premiera Hiszpanii Mariano Rajoy. 


Jeśli ktoś rozpozna inne osobistości, to bardzo proszę o info :))) Zupełnie nie interesuje mnie polityka, więc nie wiem kto jest kim.



Ale przy okazji starałam się upolować najnowsze trendy mody. I uwaga!!! Upolowałam dwie suknie w malachitowym kolorze. YES!


Nabijane ćwiekami męskie buty :)) ??!! Co Wy na to?



Zawalistą torebkę.


I parę innych ciuszków



No i jeszcze obowiązkowo Pan Młody i jego mama (ta w czerwonej sukience)


Przystojniak :)))


 I su novia (znaczy narzeczona) z ojcem 
Śliczna :)


No! To tak na gorąco, fragment mego barcelońskiego dnia. Działo się znacznie więcej, ale o tym innym razem :)

sobota, 26 października 2013

Welcome to Barcelona

Barcelona przywitała mnie boską pogodą. Słońce, błękitne niebo, a na nim białe obłoki, cieplutko, bo aż 25 stopni. Raj!
Podróż do mieszkania bezbolesna, jak po nitce. Przecież byłam tu dwa lata temu, jeszcze pamiętam. Znajome uliczki, to zamieszanie, gwar w moim ukochanym języku hiszpańskim. Jak tylko weszłam do mieszkania, otworzyłam okna na oścież i wyjrzałam na ulicę. Stałam i z uśmiechem obserwowałam przechodniów. 


Jakaś kobieta na balkonie naprzeciwko rozwieszała pranie. Strząchnęła wielkim rudym obrusem, coś jej wypadło na dół, na ulicę. Przypadkowy przechodzień próbował jej to wrzucić na pierwsze piętro. Udało się dopiero za trzecim razem. Cała ulica stała i kibicowała, na koniec oczywiście dostał brawa. Ech....myślę sobie....Hiszpania....ukochana :)))
Nagle z tego zamyślenia-rozradowania wyrwał mnie głos właściciela apartamentu. 
- poproszę o jakiś dokument
- ależ oczywiście :) już daję
Sięgam do torebki, a tam.....nie....to nie możliwe. Nie ma portfela, tak więc nie ma dokumentów, kart kredytowych, pieniędzy.....nic! Jak wrócić bez dowodów do Polski?
Ja wiem że to się zdarza. Ale nawet jak na mnie, to za dużo. Dwie kradzieże w ciągu jednego tygodnia. Najpierw to włamanie do domu, teraz kradzież w metrze. Na szczęście miałam tam tylko część pieniędzy.
Czym prędzej zastrzegłam karty, przechodząc przez mozolną procedurę identyfikacji. Osoba w banku okazała się bardzo pomocna. Powiedziała że jak mam jakiekolwiek inne kłopoty, nie związane z kartą i rachunkiem, to żebym dzwoniła, pomoże. 
Kiedy tylko właściciel apartamentu wyszedł usiadłam i zwyczajnie, po babsku rozpłakałam się. To za dużo jak na mnie. Komu i co złego zrobiłam, żeby tak mnie los doświadczał? Przecież zawsze wspieram, kogo trzeba. I pieniędzy nie żałuję. Pomagam jak mogę i na ile mogę.
Kiedy tak siedziałam i płakałam zadzwonił telefon z Polski, rozpoznałam numer banku. Tym razem po drugiej stronie był mężczyzna. Zamarłam. Pierwsza myśl, że pewnie zdążyli mi coś z konta buchnąć. I co się okazuje. Zadzwonił do niego policjant z Barcelony, mówiąc że złapali złodziejki mego portfela. Nie wierzyłam własnym uszom. Godzinę po kradzieży policja hiszpańska miała mój portfel i sprawców. W polskiej rzeczywistości to chyba nierealne, prawda? Oddzwoniłam do policjanta, umówiłam się z nim na posterunku. Spędziłam tam chyba ze trzy godziny. Przesłuchania, protokoły, papierki do wypełnienia. Takich jak ja było tam mnóstwo. Praktycznie co pół godziny wchodził ktoś okradziony, Z posterunku wyszłam około 20 wykończona, wypluta i głodna. Za godzinę miał być koncert. Nie miałam siły się przebierać w sukienkę, nie miałam w sobie radości ani energii. Tylko się odświeżyłam i przebrałam w czyste ciuchy. 
I nawet tam w Palau de la Música Catalana, niby patrzyłam na scenę, ale w myślach wciąż byłam na posterunku. W końcu jednak muzyka i taniec zwyciężyły. Dałam się oczarować i zaczarować. tak pięknego flamenco, na tak wysokim poziomie jeszcze nie widziałam. Genialne!!!
Mam nadzieję że dziś będzie lepszy dzień :) 
Przecież nie może być tak że tylko kłody pod nogi, prawda?
Dziś wieczorem włożę moją kieckę i pójdę na kolację. I zacznę od kieliszka szampana, na cześć hiszpańskich policjantów. Szalenie miłych, przystojnych i skutecznych.



czwartek, 24 października 2013

efekt narady i łowów

Chciałam Wam najpierw podziękować za porady. Stanęłyście na wysokości zadania. To był wspaniały dzień!!! Czułam się dziś tak, jakbyście wszystkie do mnie przyszły na babską naradę :)))
Uwielbiam to!!!!
Szkoda że nie można tak naprawdę, w realu....byłoby super.
Porady świetne. Jak wrócę z Barcelony, jeszcze raz odwiedzę wskazane przez Was strony i już na spokojnie pooglądam wszystko. Dziś gonił mnie czas. Patrzyłam tylko na to co pokazałyście. Kiedy wrócę pobuszuję tam jeszcze :)

Po pracy wyruszyłam na łowy. Korale z naturalnych zielonych agatów (chyba) 450 złotych i więcej. Z biżuterii sztucznej nie było zupełnie nic godnego uwagi. Nachodziłam się szukając czegoś fajnego. I nic, duppa. Już pod sam koniec, zrezygnowana zaszłam do sklepu Molton. Na wystawie, na manekinie wisiał szal w kolorze indygo. Zapytałam o niego sprzedawczynię, a wtedy ona wyjęła z zakamarków ten przecudny, jedwabny, malachitowy szal.


W domu miałam kolczyki w tym kolorze z dodatkiem fioletu




Na wszelki wypadek, jako alternatywę dla kolczyków kupiłam te korale. 
Tam na miejscu zdecyduję co będzie lepsze i bardziej będzie mi pasować :)


Ależ my kobiety mamy ciężko :))))

potrzebna stylistka, lub stylista :)

Wczorajsze popołudnie spędziłam latając po sklepach i szukając odpowiedniej kiecki na Galę Flamenco. 
Jakie były założenia? Miała sprawiać wrażenie lekkości, zajmować mało miejsca w walizce, być sukienką odpowiednią na wieczór, ale bez jakichkolwiek błyskotek i cekinów. To moje cudo znalazłam w KappAhl i to za niewielkie pieniądze, bo za jakieś sto dwadzieścia parę złotych.

No i teraz zaczynają się schody. Bo chciałabym tę sukienkę ożywić, w końcu jadę do kraju w którym ludzie kochają kolory i nie boją się ich używać w ubraniach i dodatkach. Marzy mi się coś w kolorze szmaragdowym, albo indygo. Myślałam o jakiejś dużej biżuterii, krótkich koralach. No bo z szalem (nie przyzwyczajona) będę raczej walczyć cały wieczór. Poprawiać, przesuwać, układać. A tak poza tym to nie wiem czy tu w ogóle jakiś szal pasuje.
RATUNKU!! Macie jakieś pomysły?
I jeszcze....w zasadzie jestem prawie pewna, ale zapytam. Które buty?

Czy klasycznie i subtelnie, czyli sandałki. Czy może przekornie - botki. Tu tego nie widać, ale są na bardzo wysokiej szpilce.

Pomożecie? Jakby tak jeszcze linki do obrazów w tych pomocnych komentarzach się znalazły....byłoby super
Dorzucam kolor włosów dla ułatwienia :)


Toya.......to ten pierścionek

 

środa, 23 października 2013

o wpływie jabłek na tematykę snów

Miałam sen....koszmarny...a może proroczy!!!
Śniło mi się że zapomniałam aparatu fotograficznego. Tak, na ten wyjazd do Barcelony!!!! 
Jeny sto razy sprawdzę czy mam aparat, i czy bateria pełna, i czy karta pamięci jest w środku (bo też mi się zdarzyło kiedyś, wyjąć i nie włożyć z powrotem). 
Jechałam we śnie, do tej Barcelony, zupełnie załamana i myślałam....no co ja tam tą komóreczką napstrykam....co Wam pokażę po powrocie? 

Ja chyba wiem skąd te paskudne sny.....no bo jakie sny można mieć, kiedy się w kółko ryż z jabłkiem je?  Dzień w dzień to samo. Bo po tej grypie żołądkowej, tylko to mogę bez konsekwencji bólowych jeść. Jedyne co się zmienia to miseczka :)  Tu akurat z postaciami z jednej z moich ulubionych bajek. Poznajecie?

 
Czuję się jak ten robaczek z wiersza Brzechwy "Entliczek pentliczek", co to tylko jabłka jadł i miał już tego dość. Pamiętacie? Co macie nie pamiętać...na pewno  pamiętacie.
Więc jak ten robaczek nieszczęsny, mam chęć na befsztyczek. No i kieliszkiem czerwonego wina nie pogardzę. Ale zaprę się i będę te jabłka jadła, aż do wyjazdu, aby tylko tam móc sobie na rozpustę pozwolić. 

Jeszcze piosenka....trochę może przewrotnie ;) 
Ba! Pewnie że mogłam wstawić tu "Jabłuszko pełne snu" bo to takie oczywiste skojarzenie :) 
Ale ja nie lubię, jak wszystko jest tak do końca przewidywalne :)



wtorek, 22 października 2013

nie dam się

Lato co prawda się skończyło i można by popaść w depresję powakacyjną. Tym bardziej że ostatnio mam jakąś serię niefortunnych zdarzeń. Bez wnikania w szczegóły.....no nie jest to dobry czas. Wierzę że zło, jakie ludzie mi wyrządzili, kiedyś do nich wróci i to z procentami. Może ja tego nie zobaczę, ale wiem że tak będzie. A czasu i tak nie cofnę, tego co straciłam nie odzyskam, postaram się o tym zapomnieć. Nie pozwolę na to, żeby te zdarzenia mnie przytłoczyły. 

Zostało mi 6 dni urlopu, postanowiłam coś z nich wydusić. Poszukiwania tanich lotów zakończyły się sukcesem. udało mi się kupić bilety do mojej ukochanej Barcelony. Jesienna Barcelona, tak jak kiedyś przed laty. Złapię jeszcze ostatnie ciepłe promienie słońca. Pogoda zapowiada się obiecująco.


Na pewno pójdę na Gran Gala Flamenco do Palau de la Música Catalana bilety już zakupione. Zastanawiałam się nad meczem FC Barcelona vs Real Madrid, ale bilety od ok. 300 do 2130 euro. No to tak jakby troszkę za drogo ;)  
Ale może, za radą Piotra, odwiedzę pobliską Gironę. Obejrzałam kilka zdjęć w internecie przypomina mi Colle di val d'elsa. Średniowieczne miasteczko w Toskanii w pobliżu którego mieszkałam. Colle di val d'elsa, co ciekawe, odwiedziłam dopiero ostatniego dnia pobytu, choć było chyba najbliżej mnie.
Zachwyciło mnie tym że jest niemalże nietknięte, idealnie zachowane, nie skażone reklamami, knajpami, sklepikami. A jednocześnie....dziwnie puste i zapomniane. Czułam nawet dreszcz niepokoju spacerując wieczorem ciemnymi uliczkami. 




Może tam w Barcelonie uda mi się o wszystkim co złe zapomnieć....chciałabym....bardzo.