poniedziałek, 30 września 2013

mój Kraków

Mój pobyt w Krakowie był.....intensywny.....500 km to jednak kawał drogi. 
W sobotę wieczorem, tuż po przyjeździe, tylko szybki rzut oka na Kazimierz i kolacja ze znajomymi. 
Kelner nalewając wino powiedział, że jest dość intensywnie i powinno pooddychać. Nie dałam mu szans :) Drugiej butelce już tak....już osiągnęłam względny spokój wewnętrzny i nie musiałam się z niczym spieszyć. Po pierwszej lampce poczułam kojące odprężenie. Podróże jednak męczą. 
Wieczorem zasnęłam jak niemowlę, mimo niewygodnej poduszki. 
Obudziłam się tuż po szóstej, poduszka całą noc trzymała mnie "w pionie". Pomyślałam, że jak mam się tak dalej w tym łóżku męczyć, to już wolę pójść nad Wisłę, może jakieś zdjęcia zrobię?
Kiedy tylko pomarańczowa kula ukazała się nad dachami Krakowa....ruszyłam. 


Kiedy wychodziłam z mieszkania była dokładnie 6.47, sprawdziłam. 
Nawet psiarze nie ruszali się jeszcze z domów. W końcu była niedziela. 
Miałam wrażenie, że jestem tam zupełnie sama. Było zimno jak cholera, ale powiem Wam......warto było zmarznąć!!! 
To co zobaczyłam, tam nad Wisłą, powaliło mnie na kolana. Z resztą sami zobaczcie, jak cudnie wyglądał Kraków tego chłodnego mglistego poranka...


















piątek, 27 września 2013

impresjonistyczny poranek

   
 Impresja, jesienny poranek :)

Cudnie słoneczny dzień. Świat, przez zaroszone szyby auta, wygląda jak dzieło mistrzów impresjonizmu. Tylko brać pędzel i malować, malować, malować....póki model trzyma kolor i formę :) 
Szkoda, że z takimi szybami nie da się jechać do pracy. 
Chociaż....jak się je przetrze i osuszy też jest pięknie!

Wyjeżdżam w ten weekend do Krakowa. Nie będzie mnie tu, będę tam. Może coś zobaczę, usłyszę. Coś, czym warto będzie podzielić się z Wami. A może tylko tam będę, tak po prostu. Prognozy mówią o pięknym słońcu. Kraków w słońcu......odetchnę, zmienię otoczenie, zadumam się.....zobaczę jak tam wygląda jesień

A Wam zostawiam piosenkę....piękna prawda?  
Dobrego weekendu Kochani :*



Jednym szeptem jednym gestem
Jednym drgnieniem powiek zmieniasz
Zawstydzenie kiedy jesteś
W zamyślenie gdy cię nie ma

Mam tyle słów jest ich siła
Życzeń i pragnień jak w kolędzie
Gdzie się podziały kiedy byłaś
Czy się odnajdą gdy znów będziesz

Jednym szeptem jednym gestem
Jednym drgnieniem powiek zmieniasz...

środa, 25 września 2013

:) tak po prostu


Jaki zakręcony i pełen energii dzień :) 
Zaczęło się od snów, bardzo dziwnych, pełnych nieznanych mi osób. 
Od rana powietrze wibrowało. Miałam wrażenie, że aż drżało, a może to tylko ja? 
Ciągle coś leciało mi z rąk. Ktoś się spieszył? A może to ja :) 
Do tego dużo słońca, uśmiechów, ciepła i......niespodzianka
noooooooooo.......na taką jesień to ja się godzę :)

Kaatje życzyła mi dziś cudownego dnia :) 
Życzyła energii pozwalającej rozpalić stuwatową żarówkę. 
A ja mam wrażenie, że mogłabym ogromną turbinę poruszyć 
a nie tylko żarówkę rozgrzać 
Mam w sobie dużo siły i pozytywnej energii
Znów mogę ją rozdawać garściami 
I tak....wiem....że potem przyjdzie dół....ale dziś jest cudownie :)))
życie jest piękne!!!!!

wtorek, 24 września 2013

lubię planować i plany zmieniać

Miałam wczoraj plan, żeby spędzić popołudnie w ogrodzie. Ale kiedy tylko wyszłam z pracy i spojrzałam w niebo, od razu wiedziałam,  że moje plany muszą ulec zmianie. Całą drogę do domu jechałam niemalże wystając przez boczne okno auta. Niebo było przecudne. Wiatr porozciągał chmury we wszystkich kierunkach. Wyglądało to tak, jakby nadworny malarz Królestwa Niebieskiego wziął szeroki pędzel i z fantazją rozmazał obłoki.

Szybka kawa w domu (obiad zjem wieczorem).  Aparat w dłoń, kierunek Supraśl
Supraśl to pobliskie urocze miasteczko, położone nad rzeką o tej samej nazwie. To miejsce do którego lubię jeździć, bo nawet kiedy wpadam tam, choćby na godzinkę, czuję się tak, jakbym wyjechała na krótkie wakacje. Zaparkowałam auto obok klasztoru i strzeliłam pierwszą fotę wieżyczkom i niebu, po czym ochoczo ruszyłam nad rzekę.



A tam.......przepięknie. Klony gubią już kolorowe liście, cały brzeg okryty jest barwnym kobiercem. Ustawiam aparat, przykucam i co? I duppa (za przeproszeniem). Zero reakcji. Kurcze pierwszy raz, przed wyjściem z domu, nie sprawdziłam stanu baterii. Pośpiech? Roztargnienie?
Aparat zdechł....no trudno. Nawet się nie wkurzyłam za bardzo, no bo i po co? Przecież było tam tak pięknie. Czy zdjęcia są aż tak ważne? No niby po to tam pojechałam, ale co tam.... 
Wyjęłam komórkę i nią dokończyłam dzieła :) Przecież natura nie potrzebuje jakiegoś szczególnego sprzętu, żeby wydobyć jej piękno. Ono po prostu jest.....bezdyskusyjne.....





 















poniedziałek, 23 września 2013

dar to czy przekleństwo?

Ludzie lubią ze mną rozmawiać. Być może dlatego, że lubię ich słuchać. Tylko czasami.....czasami to wszystko jest już ponad moje siły. 

Rano koleżanka z pokoju opowiada swoje smutki i kłopoty. Czasem, kiedy nie znajduje zmartwień w dniu wczorajszym czy dzisiejszym, sięga i 20 lat wstecz, żeby znaleźć powód do narzekania. 
Ale rano....rano jeszcze mam siły. Jeszcze mnie nie rusza.

Potem telefon od kolegi z innego piętra. Nie układa mu się z dziewczyną. Słucham....bo wiem, że o to chodzi, o to żeby ktoś zwyczajnie wysłuchał. Moje dobre rady i tak na nic, więc po co ;)

Koło południa dzwoni dobry znajomy, nie może się pozbierać po tragicznej śmierci żony. Nie chce mu się żyć. Tu już działam...tłumaczę, prostuję, ustawiam do pionu.....pomaga.....na jakiś czas. Czuję jak ze mnie uchodzi powietrze. Tego ustawienia starcza mu na dzień, dwa. Potem kolejny telefon, znów łzy, mocne słowa, znów ustawianie. Mówię - idź do psychologa, ja nie dam rady nie udźwignę tego. Ale tylko rozmowa z Tobą mi pomaga...proszę znajdź dla mnie chwilę....znajduję...

I to nie jest tak, że chodzi tylko o czas, o znalezienie chwili. Choć z tym też nie najlepiej, bo się z życiem nie wyrabiam. Chodzi o to, że te wszystkie kłopoty, smutki, zmartwienia zostają we mnie. Jestem osobą, która w obliczu problemów nie rozkłada bezradnie rąk, tylko zaczyna działać. Kiedy słyszę o cudzych problemach, uruchamia się ten sam mechanizm.....czuję, że powinnam coś zrobić. Szukam rozwiązań, myślę jak pomóc. I czasem zwyczajnie czuję się wykończona.....
Nie to że się skarżę, tak tylko mówię....żeby mi było lżej :)

Za oknem piękne słońce.....po pracy będę sadzić tulipany, szafirki, krokusy. Na wiosnę będą cieszyć moje oczy. Tam w ogrodzie może odpocznę...trochę....naładuję baterie :)

A winogrona już dojrzałe :) 


niedziela, 22 września 2013

jesień o zapachu cytryn

Wczoraj wieczorem, jak zawsze w sobotę, spotkałam się z przyjaciółmi. 

Towarzystwo wyraźnie podzielone: 
na kaszlących - to ci co chorują już od ponad tygodnia
tych ze szklistymi oczami - to ci których właśnie rozkłada
i tych z przerażeniem w oczach - no bo, jak nic, zaraz oni się rozchorują.

Zwyczajowe buziaczki na powitanie, zamienione na "misiaczki", bo kto spamięta które z nich w jakiej fazie choroby i czy przypadkiem nie zaraża. Na stoliku w kawiarni herbatka z cytryną, ewentualnie grzane piwo. Główny temat to przepisy na cudownie uzdrawiające mikstury (nie muszę chyba dodawać, że głównie na alkoholu ;) Około 22 grzecznie wszyscy wstali i poszli do domów. Tak, to jeszcze nigdy nie było !!!

Kochani przyszła jesień.....jestem już tego pewna. Ja wiem że pierwszy dzień jesieni dopiero jutro. Ale widać u nas na wschodzie zaczyna się ciut wcześniej ;)
Tak więc dziś wyprawy do lasu nie będzie i nie będzie też relacji z grzybobrania. 
To będzie domowa niedziela.

Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę dobrego dnia i wspaniałych jesiennych spacerów. Ja też pójdę.......wyciskać sok z cytryn....na cudowną miksturę :)


Ps. Dodam jeszcze dwie piosenki przesłane przez Dark-a
Ależ nastrojowo się zrobiło.....






piątek, 20 września 2013

piąty dzień leje

Dodam jeszcze, że jest zaledwie 13 stopni. Jakby tego było mało rozkłada mnie choroba. Walczę, i owszem, wszelkimi dostępnymi środkami. Jak do tej pory stwierdzam, że najlepiej rozgrzewa mały kieliszek metaxy i dużo ciepłych myśli (ważne proporcje, bo nie wiem czy odwrotne przyniosą podobny skutek). 
No i co można robić w takich warunkach? No co? Wleźć pod kołdrę i czytać :)



Kolejna książka Alice Munro, kolejne dziesięć opowiadań zebranych pod intrygującym tytułem "Zbyt wiele szczęścia" 
I tu pojawia się pierwsze pytanie. Dlaczego taki tytuł. Czy może zaistnieć stan w którym stwierdzimy że szczęścia jest zbyt wiele? 

Tak naprawdę w swoich opowiadaniach Alice Munro pisze o namiastce szczęścia, a nie o jego nadmiarze. O jednej ze swoich bohaterek mówi na przykład "nadal nie odczuwała szczęścia w sposób żywiołowy, ale przynajmniej uzmysławiała sobie jak było kiedyś." Klimat, który wypływa z jej opowiadań, to nie klimat radości i beztroski. Wszystko jest jakby lekko wyciszone, z półuśmiechem, bez patosu i ekstazy. Nawet jeśli mówi o namiętności, to o takiej która i tak nie prowadzi do szczęścia. 

Każde z opowiadań jest poszukiwaniem jakiejś prawdy, odkrywaniem tajemnicy. Ale do końca ta tajemnica nie jest odkryta, zostaje znak zapytania i miejsce na nasze przemyślenia. Sama Alice porównuje swoje opowiadania do domu do którego się wchodzi, jest się w nim przez jakiś czas ogląda wnętrze, rozkład pokoi, spogląda przez okno, patrzy na świat za nim. Każdy z nas inaczej tę rzeczywistość widzi, każdy zauważa inne detale, na inne szczegóły zwraca większa uwagę. Munro nie stawia kropki nad "i", zostawia miejsce na naszą własną interpretację....własne zakończenie historii.

Wejdźcie i rozejrzyjcie się :)







czwartek, 19 września 2013

lęk oswojony

Kiedyś panicznie bałam się cmentarzy. Miałam wrażenie, że widzę te wszystkie ciała, złożone w grobowcach, zupełnie tak jakbym widziała przekrój cmentarza. W myślach ożywały wszystkie straszne filmy zapamiętane z dzieciństwa. Może działo się tak dlatego, że nie dane mi było zetknąć się ze śmiercią kogoś bliskiego. Moich dziadków praktycznie nie znałam. Gdzieś w domu rodzinnym jest jedno pożółkłe zdjęcie z babcią, miałam na nim może trzy lata. Bardzo mgliste wspomnienie. Nie pamiętam dnia jej smierci, nie pamiętam pogrzebu byłam zbyt mała. 

Potem, kolejne odejścia bliskich mi osób, oswoiły mnie z tym, że taka kolej rzeczy, że to podróż w jednym kierunku i każdego z nas spotka to samo....nieuniknione.
Najpierw zginęła w wypadku samochodowym moja bliska znajoma, rak zabrał inną, równie bliską. Kiedy odchodził mój wujek (alkoholik) pierwszy raz przyjęłam to spokojnie. Nawet poczułam ulgę, ogromną ulgę, że on już się nie męczy. Że już jest w lepszym piękniejszym świecie. Że jest tam wolny od bólu i zmartwień. Patrzyłam na jego spokojną twarz i szeptałam mu w myślach.....wiem, że Ci tam dobrze, byleś tak naprawdę dobrym człowiekiem, tylko się trochę pogubiłeś....

Kilka dni temu poszłam na pobliski cmentarz. 
 
Spojrzałam w górę


Potem w dół


w lewo


i w prawo


I pomyślałam sobie.....czego ty się dziewczyno całe życie bałaś????
Przecież tu jest tak pięknie, zielono, cicho. Tu nie ma nic strasznego, tu jest spokój i pogodzenie. I kiedy usłyszałam wczoraj w trójce tę piosenkę.....pomyślałam, że napiszę Wam o tym wszystkim.



Jestem tego pewny ,
w głębi duszy o tym wiem ,
że gdzieś na szczycie góry,
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata który (który)
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry (szczycie góry)
wszyscy razem spotkamy się.

środa, 18 września 2013

kiedy pada uciekam w marzenia

Kiedy pada, a od kilku dni pada bez przerwy, uciekam w krainę marzeń. Tam jest zawsze pięknie.  Nie marzę już o tym co mam :) tym się zachwycam i delektuję. O tym marzyłam przecież "wczoraj". Nie spodziewając się nawet, że może się spełnić. Wydawało mi się to zbyt nierealne....a jednak :) Nie można odpuszczać, ani tracić nadziei....nigdy!

Takim marzeniem.....też nierealnym trochę.....jest myśl o własnym małym drewnianym domu, gdzieś za miastem. Na tyle daleko od miasta, żeby nie słyszeć jego gwaru. I na tyle blisko, żeby móc w każdej chwili tam dojechać, kiedy za gwarem miasta zatęsknię. I nawet już wiem jak miałby wyglądać :)

Jeśli bym miała mieć kiedyś dom, ten wymarzony.....nie chciałabym wiele.
Byłby drewniany, zupełnie prosty z okiennicami, koniecznie gankiem, takim odkrytym. 
Stałby na wzgórzu, na skraju lasu.
Las zimą chroniłby go od wiatru, a latem, w upały, zapraszał chłodem.

Miałabym sad, taki nieduży, a w nim jabłonie, wiśnie i grusze.
Krzaki porzeczek i trochę malin.
Mały warzywniak, pachnące zioła, rządek truskawek
To z tyłu domu

A z przodu
niechby się kręta ścieżka w dół wiła, wokół niej kwiaty...takie zwyczajne.
Takie, co to sąsiadka daje sąsiadce, niewyszukane, normalne, wiejskie.
Feeria kolorów, tak jak na łące....

Na końcu ścieżki drewniana furtka, a za nią przestrzeń, las, łąki, pola
A przy mym ganku, niech rośnie maciejka, niech kusi w wieczory słodkim zapachem.
I jeszcze malwy...ciemnoróżowe....przed domem.....koniecznie!

To nierealne ?  No może trochę :) 
Ale czy nie jest pięknie tak właśnie marzyć ?  :)))
 
 

wtorek, 17 września 2013

"uszczęśliwiono" mnie


 "Uszczęśliwiono" mnie koszyczkiem grzybów. Wiem "darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda". 
Ale przecież - ja - najbardziej - właśnie - lubię  - zbierać grzyby, w tym jest cała frajda. A nie w gotowaniu i pakowaniu do słoików. A to właśnie tylko pozostało zrobić. No miło, że mnie obdarowano, ale obdarowując pozbawiono jednego (najważniejszego) elementu przyjemności, radości ze znalezienia grzyba. No i oczywiście frajdy z chodzenia po lesie, który przecież tak kocham.


No właśnie....tak przy okazji, przypomniało mi się coś z przeszłości. Znałam kiedyś (bardzo dawno temu) pewnego niezwykle romantycznego chłopaka. Ten typ, co to kwiaty polne jeszcze z poranną rosą, o świcie zrywa, żeby dziewczynę nimi przywitać na dzień dobry. No to akurat fajne i ciepłe. Ale pamiętam taką sytuację. Jest noc, płonie ognisko, my wszyscy przy nim, tu muszę dodać (bo to istotne) że uwielbiam dokładać drwa do ognia.  Widzę, że ogień przygasa, drewna już brak. Więc po omacku, w mokrej już trawie, wyszukuję pojedyncze patyczki, żeby dołożyć i przedłużyć żywot ogniska. I co mój romantyczny kolega robi? Wyjmuje mi te gałązki z rąk, i mówiąc "daj pomogę ci" wrzuca to wszystko do ognia. Szlag!!! Szlag mnie wtedy mało co nie trafił. Tu akurat zasada odwrotna, niż w przypadku grzybów. Tu wolę dokładać, niż zbierać.  A on, wrzucając te gałęzie do ognia odebrał mi całą frajdę....


Wiem....on też chciał dobrze :)

poniedziałek, 16 września 2013

szepty parkowej ławeczki


Za namową Sebastiana poszłam do parku, żeby usiąść na jednej z pustych ławeczek i wsłuchać się w jej szepty. Tak jak przewidywałam, opowieść, a może raczej rozmowa, którą usłyszałam, była smutna....choć prawdziwa

-  Boję się  -  powiedział mężczyzna  -  boję się, że kiedyś odejdziesz
-  Ale.....jak to odejdę?  -  zapytała zaniepokojona  -  o jakim odejściu mówisz, przecież cię kocham. Chyba że mówisz o śmierci  -  dodała smutnym głosem, mimowolnie ściszając  go aż do szeptu
-  A co to za różnica  -  odpowiedział patrząc w jakiś odległy punkt  -  i tego, i tego bym nie zniósł, bolałoby tak samo
-  Przecież nie odchodzę, jestem i będę. Będę przy tobie tak długo, jak tylko ty będziesz chciał. Jestem i będę  -  jej oczy były już pełne łez. Przecież dla niego.....dla niego była gotowa na wszystko....
-  Tak? To cudownie  -  już uspokojony objął ją i mocno przytulił  -  bądź, bardzo Cię kocham

Była z nim tyle, ile on chciał. Ale kiedy nadszedł ten moment, kiedy poczuła, że to już, że już czas, że on jej już nie potrzebuje, odeszła w milczeniu......nie poszedł za nią.....



Puste parkowe ławeczki wywołują we mnie uczucie smutku.....niezmiennie.
 


niedziela, 15 września 2013

wrześniowy poranek

Zapraszam Was w ten wrześniowy poranek na spacer, do parku. 
Jest cicho, pusto, jesiennie i cudnie :)


wejdziemy od mojej ulubionej strony 


od strony stawu z "Praczkami"


czy ona nie jest piękna..........


 miniemy dość cienistą i dziką część parku


aż dojdziemy do stawu nad którym rosną płaczące wierzby


i pływają kaczki


pozbieramy żołędzie


stamtąd przejdziemy.....ale tylko na chwilę do bardziej uczęszczanej części parku


tam gdzie są piękne, ogromne fontanny
wieczorem podświetlane kolorowymi reflektorami


i trochę inną drogą wrócimy do domu
dziś nie pójdziemy do Pałacu Branickich
dziś chcemy tylko sprawdzić czy jesień już przyszła

 

wygląda że tak.....że to już....




piątek, 13 września 2013

Nazgule

Pewnego pięknego letniego poranka obudził mnie dziwny odgłos. To było coś pomiędzy jękiem, gwizdem i piskiem panien, uciekających przed kawalerami w lany poniedziałek. 

Zdziwienie, skupienie, zasłuchanie, wreszcie przestrach. Przeszłam przez te wszystkie stany po kolei, z osobna i razem wzięte. Myślę kurcze co się dzieje? Coś zaatakowało mój dom? Tylko co??
Pierwsza myśl, jeszcze w połśnie..........to Nazgule! (widoczny wpływ wielokrotnie oglądanego "Władcy Pierścieni")

Kiedy jednak pojawiły się pierwsze przebłyski świadomości i odzyskałam zdolność w miarę rozsądnego myślenia, wpadłam na inny pomysł. Może ktoś założył hodowlę jakiegoś dziwnego ptactwa i drze się toto z rana, bo zwyczajnie głodne.

Wstałam.....podeszłam do okna.....nic nie widzę. Ani Nazguli ani innych obcych. 




No cóż....szlafroczek, buciory na nogi i rekonesans. Ciekawość silniejsza od lęku ;)  
Idę za głosem i co widzę. Głośniczek u sąsiada w oknie. To z niego wydobywają się te dziwne dźwięki. Zamontował tzw. straszaka na szpaki, emitującego odgłosy różnych drapieżnych ptaków, sokołów, orłów, jastrzębi. I tenże straszak "przyciął się" akurat na odgłosie jastrzębia. A co śmieszniejsze szpaki i tak siedziały na drzewie i robiły swoje, widać mają gdzieś takie podrabiane jastrzębie. Straszak zadziałał....ale na mnie ;)))

I co tu się dziwić że miewam odjechane sny. No w takich warunkach, to ja nie potrafię śnić o czymś banalnym ;)))


czwartek, 12 września 2013

układ



Dlaczego zawsze czuję dziwny dreszcz kiedy słyszę tę piosenkę? 
Pomijając już linię melodyczną i głos Stinga, który na pewno w znacznym stopniu przyczynia się do tego, co odczuwam, źródłem mego zamyślenia są jednak słowa tej piosenki. Wsłuchiwaliście się kiedyś? Jest strasznie smutna. Jest prośbą o miłość. Propozycją zawarcia pewnego rodzaju układu. W sumie uczciwą propozycją. On da jej dach nad głową, i opiekę nad nią i synem, w zamian za miłość którą ona być może kiedyś w przyszłości mu ofiaruje. I choć może nie wygląda to na najlepszy układ, ale on ma nadzieję, że kiedyś takim się stanie.

With one roof above our heads
A warm house to return to
We could start with separate beds
I could sleep alone or learn to

Na jakie poświęcenia człowiek jest gotów w imię miłości? Ile z siebie jest w stanie dać, żeby tę miłość otrzymać i zatrzymać? Jak długo może czekać? Czy taki układ ma jakiś sens? Czy nie będzie tylko bólem i tęsknotą. No bo jak....mieszkać razem z kimś kogo kocham....a jednak osobno? A może właśnie lepsze to niż nic? Za każdym razem kiedy słyszę tę piosenkę dopadają mnie te myśli.....smutne pytania bez odpowiedzi.....

It may not be the romance
that you had in mind
But you could learn to love me
Given time

Pewnie nie taką miłość
wymarzyłaś sobie w snach
Lecz może z czasem mnie pokochasz
Kiedyś tam


Czy to w ogóle jest możliwe?


środa, 11 września 2013

nie pamiętam

Ludzie pojawiają się w naszym życiu i odchodzą. Niektórzy goszczą w nim na dłużej, stając się naszymi przyjaciółmi. Inni pojawiają się tylko na chwilę...dłuższą lub krótszą.

Każdy człowiek, jaki zjawia się w naszym życiu, zjawia się po coś.....każdy ma jakąś misję do spełnienia, jakiś cel. Ktoś kształtuje nas i ubogaca, inny przed czymś ostrzega, czegoś nowego uczy. Ale pomijając rolę każdego z nich, po każdej takiej znajomości coś w nas powinno zostać......jakiś ślad, cokolwiek.
Niektórzy zostawiają w nas ciepłe wspomnienia, inni bolesne i przykre, jeszcze inni pustkę.
I to jest chyba najgorsze. Najgorzej jest, kiedy ktoś zjawia się w naszym życiu, sieje zamęt i nie pozostawi po sobie nic, co mogłabym nazwać choćby niespełnionym marzeniem. Bo to już jest coś! Coś, do czego można wrócić myślą.
Ludzie, którzy tworzą taką pustkę, nie zdążyli w naszym życiu "zamieszkać". Nieustannie kręcąc się, zmieniając swoje zachowanie i swój stosunek do nas, nie pozwolili na umieszczenie ich w naszej głowie w jakimkolwiek miejscu. Nie wiemy już czy byli dobrzy, czy źli, lubili nas czy tylko udawali. Czy może to wszystko tylko nam sie śniło? Z czasem ich obraz sie zaciera. Zostają po nich może wyblakłe fotografie, może jakiś list....ale jeśli nie zostawią nic trwałego w naszym sercu i w naszej duszy, nie będziemy wkrótce pamiętać jak mają na imię. Ich twarze, w naszych wspomnieniach, wyblakną jeszcze szybciej niż te na zdjęciach. Jak mamy ich pamiętać.....skoro niby byli, a jednak chyba nie?

Czy był ktoś taki w moim życiu?
hmmmm........nie wiem, po prostu nie pamiętam....


wtorek, 10 września 2013

ufność

- Na pewno! Słyszysz? Na pewno! - powiedział Niedźwiadek. Jeżyk skinął głową.
- Na pewno przyjdę do ciebie, żeby nie wiem co się zdarzyło. Zawsze będę przy tobie.
Jeżyk spojrzał na Niedźwiadka cichymi oczami i milczał.

- Dlaczego nic nie mówisz?
- Wierzę - powiedział Jeżyk.




poniedziałek, 9 września 2013

Niedziela 11.38

 
Godziny przedpołudniowe stoję na peronie patrzę na zegar. 
Już za trzy minuty przyjeżdża pociąg z Warszawy, o dziwo o czasie.
Niebo cudnie błękitne....pogoda wymarzona 
Wjeżdża pociąg....w drugim wagonie widzę...jest błękitna koszula....zupełnie nie wiem dlaczego ubzdurałam sobie, że ma być błękitna :) ale od razu wiem, że to ta. Uśmiech, radość, powitanie.
 Kawa na rynku pod uśmiechniętym ratuszem. Potem zwiedzanie miasta (aż do otarcia stóp) 
Rynek, katedra, pałac i staw w parku i ławeczka pod dębem.

Miałam wczoraj gościa z baaaaaardzo daleka. To człowiek szalenie miły, ciepły, roztaczający wokół siebie taką aurę, że aż chce się przebywać w jego towarzystwie. 
Przyjaciel....taki, co to wesprze, kiedy ciężko. Ale i potrafi cieszyć się moją radością. 
Mówią, że nie ma przyjaźni między kobietą i mężczyzną? 
Jak nie ma, jak jest :))

A jak Wam minął weekend? Też łapaliście uciekające lato za rąbek kwiecistej sukienki? :)))




czwartek, 5 września 2013

nie zawsze

Nie zawsze zrobienie kroku w tył, tuż po zrobieniu kroku w przód, oznacza porażkę. 
Czasem jest to po prostu SALSA :))

Co prawda skończyły się wakacje (żal), ale wróciły za to moje salsowe wieczory. W czasie wakacyjnej przerwy zdążyłam bardzo za nimi zatęsknić. Za muzyka, tańcem, no i za ludźmi z którymi tam się spotykam. 
Uwielbiam ten moment, kiedy jeszcze z daleka, jeszcze na schodach prowadzących do naszego klubu, słyszę muzykę. Bezwiednie przyspieszam kroku i uśmiecham się. Ożywam przy pierwszych taktach, jak wąż zahipnotyzowany melodią fletu. Moje ciało łączy się z dźwiękiem. Nie ma już muzyki którą słyszę i mnie wchodzącej po schodach. Od pierwszych chwil stanowimy już jedno. Moje ciało odruchowo prostuje się i ruch nabiera płynności.....uwielbiam ten stan.
To już dziś, dziś pierwsze powakacyjne spotkanie :))

 "Nietzsche powiedział, że czasem dochodzimy do momentu, w którym robi się tak źle, że można uczynić tylko jedno z dwojga - śmiać się albo oszaleć. Dzisiaj trzecią możliwością jest taniec."

Jonathan Carroll 

Korzystam z tej trzeciej możliwości kiedy tylko mogę :))))




środa, 4 września 2013

dylematy dnia wczorajszego

Czasem staję przed trudnym dylematem. Który? Który będzie najlepszy? Który wybrać, jak wybrać, czym się kierować. W końcu będzie moim towarzyszem przez czas jakiś. Takiego wyboru nie można dokonywać zbyt pochopnie. Będę go przecież trzymać za rączkę i spacerować z nim alejkami.  Powinien prowadzić się lekko i płynnie, no i najważniejsze nie zbaczać z trasy.....
 
Oceniam poziom korozji, zerkam na kółka. Ok. dziś ten ze środkowego rządka. Wsuwam monetę, energicznie pociągam.....jest nieźle. Idę w kierunku sklepu....hmmm...nie stawia oporu, trzyma kurs. Ha! Tym razem się udało :))))
Nagle.....zaczyna się.....prawe przednie kółeczko wpada w ruch rotacyjny. Wiruje jak mój mikser. No może nie ruchem orbitalnym, a jednak wiruje. To utrudnia sterowanie wózkiem jak nie wiem co. Staję. Jestem w połowie drogi, w sumie może dam radę. No jak, ja nie dam rady???? 

Pcham. Jadę....a raczej może nie jadę, tylko walczę z wózkiem. Kółko wiruje, wkurzając niezmiernie. Do cholery przecież to sklepowy wózek, a nie pralka frania!!! Tu nie ma prawa nic wirować!!! 
Co by tu zrobić, żeby się nie "zajeździć"?  W końcu wpadam na genialny pomysł......dociążyć prawą stronę, to musi pomóc. Wrzucam arbuz na prawą burtę i......udało się, sytuacja opanowana. Już na luzie śmigam między regałami, zadziałało. Nie na darmo ojciec mnie na chłopaka wychowywał. Byłam w końcu długo wyczekiwanym synem, czyli drugą córką :)))

Morał: nawet najbardziej oporne "jednostki" da się wyregulować (przy odrobinie sprytu i dobrych chęci) tak żeby prowadziły się zgodnie z naszymi oczekiwaniami.


poniedziałek, 2 września 2013

drink z palemką

Wpis lajtowy, poweekendowy :)
Przypomniało mi się jak to któregoś wieczoru konwersowałyśmy z Dżej o drinkach, i w ogóle o napojach przeróżnych.
A jako że rozmawiamy zawsze wielowątkowo, drugi wątek (wiadomo) był o facetach.
Nie wiedzieć kiedy, obydwa wątki się połączyły i przyszły mi do głowy takie dość zabawne porównania. Potraktujcie to oczywiście  z przymrużeniem oka ;)))

kompocik z truskawkami
facet ciepły, słodki, dobry....niby nie ma się do czego przyczepić, no ale do głowy nie uderza

kolorowy drink z palemką
przesłodzony, przekoloryzowany....pierwsze wrażenie wow, a potem wielkie rozczarowanie, żadnej mocy, smak niespecjalny, do głowy nie uderza również. Mdły.

szampan
uderza do głowy, oszałamia nagle i gwałtownie. Smakuje bosko, ale na dzień następny kac nieziemski. No i otwarta butelka nie może być długo przechowywana. Na drugi dzień, już odgazowany, smakuje tak sobie.

wściekły pies 
mocny, piekący, ostry....i rozgrzewa, i do głowy uderza, ale podejrzewam, że nieźle rani żołądek....dla mocnych i wytrwałych kobiet.

I na koniec mój ulubiony typ.....

whisky :) 
cudownie pachnie. Ma intrygujący mocny smak, miło rozpływa się w ustach. Powoli spływa wzdłuż całego ciała ciepłą, rozkoszną falą. Zbyt mocno nie uderza do głowy, jeśli się oczywiście nie przesadzi i umiejętnie dawkuje. Starcza na długo. No po prostu ideał :)))
A Wy? Macie swoje ulubione drinki? :)

I jeszcze piosenka.....nie w temacie, ale za to w ślicznej zwiewnej sukience :)

niedziela, 1 września 2013

słońce w sercu

Wróciłam właśnie ze spaceru z moim merdatym szczęściem. Zdążyliśmy tuż przed deszczem. Teraz leży na balkonie zadumany, ciekawe o czym myśli.....


Jest cudny, cichy poranek. Mam wrażenie, że cały świat zaspał.....uwielbiam to. 
Nawet mój pajączek chyba też nie bardzo w formie, bo pajęczyna z lekka sfatygowana. No ale nie wymagam.....przecież wczoraj była sobota. Każdemu mogło się zdarzyć zabalować, jemu też ;) 
Co prawda niebo zasnute chmurami i zapowiada się naprawdę deszczowy dzień, to i tak powiem Wam - jest pięknie :)
Bo kiedy człowiek uśmiecha się od rana, do wszystkiego co się rusza i nie tylko (no bo laptop się nie rusza) no to przecież pięknie jest prawda?

Ktoś kiedyś powiedział -  "słońce? coś tam świeci. Słońce to ja mam w sercu, mam Ciebie"
I takiego słońca życzę wszystkim w tę ostatnią niedzielę wakacji. Buziaki :*