sobota, 31 sierpnia 2013

Magik z Brooklynu


Daniel Wurtzel – magik z Brooklynu. 
Magik potrafi powietrzem i muzyką zaczarować dwa kawałki lekkiej tkaniny. A raczej może zaczarować nas tym z pozoru banalnym zjawiskiem, jakim jest unoszenie się tkaniny na wietrze. Chusty tańczą subtelny taniec, jak para kochanków, zbliżając się do siebie i oddalając. Czasem delikatnie muskając, lub splatając w objęciach. 
Nie wiem jak Wy to odbieracie, na mnie ta magia działa.....

piątek, 30 sierpnia 2013

pajęczyna

Przy wejściu do mego domu, między balustradą a daszkiem, pająk rozpiął ogromną sieć. Jakiś czas temu pewnie zrobiłabym z tym porządek, bo cholernie boję się pająków. Teraz nie....teraz wierzę, że to na szczęście :))) że to dobra wróżba.

Ja pajęczyny nie niszczę, niszczy ją ktoś inny. Nie wiem, duże owady, ptaki, może wiatr? Czasem wieczorem dostrzegam w niej ogromną dziurę, moim zdaniem nie do naprawienia. Rano ze zdziwieniem stwierdzam, że pajęczyna wygląda jak nowa, jakby zupełnie nic złego się z nią nie działo. Niesamowita, misterna, koronkowa robota. Dziś rano znów powitałam z podziwem i uśmiechem dzielnego pajączka i moją pajęczynę szczęścia :)))
Zapowiada się kolejny piękny dzień. I takiego właśnie dnia życzę Wam wszystkim :))))
Patrzyliście dziś w niebo? Jaki ma cudnie błękitny kolor......

Przy okazji, zupełnie nie wiem dlaczego, a może i wiem,  przypomniał mi się pewien cytat Márqueza
"Nig­dy nie przes­ta­waj się uśmie­chać, na­wet jeśli jes­teś smut­ny, po­nieważ nig­dy nie wiesz, kto może się za­kochać w twoim uśmie­chu" 



czwartek, 29 sierpnia 2013

kończąc temat Norwegii

Ten wpis nie będzie przegadany. Kończąc temat Norwegii wstawię tu jeszcze tylko kilka zdjęć, dosłownie kilka miejsc, które mnie zachwyciły, a których przy wcześniejszych wpisach nie miałam jak pokazać, bo zupełnie nie w temacie były :) 
Od najbardziej chłodnych po zupełnie sielskie i swojskie klimaty :)))
 
Lodowiec Jostedalsbreen - największy lodowiec w kontynentalnej Europie
Widzicie jego kolor w promieniach słońca.....cudownie błękitny......

 
W 2006 roku jedno z ramion lodowca - Briksdalsbreen, w ciągu kilku miesięcy straciło 50 metrów lodu.  W tym samym roku lodowiec zmniejszył się tam aż o 146 m. 
Poniżej zdjęcie lodowca z 2006 r., widać znaczną różnicę



Chciałabym jeszcze pokazać mewę która leciała nad naszym promem w czasie wycieczki po fiordach. Pięknie wyglądała w locie. Z szeroko rozpostartymi skrzydłami szybowała, poruszając tylko łepkiem to na prawo to na lewo. Zastanawiałam się, czy sie rozgląda, czy w ten sposób steruje swoim lotem :)  Przez pierwszy kwadrans gapiłam się na nią, nie na fiordy....może stąd mój późniejszy sen o skrzydłach?


Do moich "zachwytów" powinnam dodać wodospady w drodze na lodowiec



i rwący potok, który swój początek miał właśnie tam na górze


I słońce które tam zupełnie inaczej świeci
oślepia jak gigantyczny reflektor na jakimś koncercie :)



No i koniecznie śliczną krowę......jak z reklamy :)



   I pola porośnięte zbożem, w rożnych odcieniach zieleni i złota...



The End






środa, 28 sierpnia 2013

Kolejne Charaktery, kolejny ciekawy artykuł



Usłyszałam kiedyś takie słowa - "to dzięki Tobie jestem tym kim jestem i zaszedłem tak daleko" - to było bardzo miłe

Artykuł jest właśnie o tym.
".....to kim jesteśmy, zależy od tego z kim jesteśmy. Nasz partner niczym rzeźbiarz wydobywa z nas lepszą wersję nas samych."
Przeglądając się w oczach ukochanej osoby rozkwitamy. Jeśli to spojrzenie mówi podziwiam Twoją mądrość i urodę, tacy właśnie się czujemy. Piękni i mądrzy. Każda kobieta jest muzą dla swego mężczyzny. To dla niej on chce być silny, mądry, zaradny. Chce coś osiągnąć, czymś się pochwalić. 
Artykuł mnoży przykłady znanych i wielkich, za sukcesem których stały kobiety. Salvador Dali, który po śmierci Gali namalował już tylko jeden obraz. Alfred Hitchcock, który bez Almy być może byłby zagubionym szaleńcem :) bełkotliwym artystą.
W artykule jest takie fajne porównanie człowieka do bryły marmuru. I tak jak Michał Anioł uważał, że bloki marmuru ukrywają w sobie piękno, idealne figury, a zadanie rzeźbiarza polega na usunięciu kamienia, który je zasłania. Tak w każdym z nas są ukryte idealne wizje nas samych. Tkwią tam w potencjalnej formie i mogą się ujawnić w zachwytach naszego partnera. On je w nas odkrywa i pobudza do urealnienia. Piękna taka wizja rzeźbienia siebie nawzajem.....
To tyle tytułem zachęty do lektury i refleksji. Całego artykułu nie będę streszczać, bo ma aż 3 strony. Jeśli ktoś będzie miał ochotę sięgnie i doczyta :)

A tak na marginesie, dzień mi się dziś cudnie rozpoczął i mam zamiar utrzymać ten stan, co najmniej do zmroku :))





wtorek, 27 sierpnia 2013

uciekinierka


     Książka która towarzyszyła mi w ostatnich dniach. Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach które doświadczają nieprzewidywalności życia. Sięgnęłam po nią ze względu na tytuł....zaintrygował. 
     Już na początku lektury olśniło mnie. Tak....jestem jak ta uciekinierka z pierwszego opowiadania. Niby dokądś gnam, czegoś szukam, ale kiedy jestem o krok od ważnej decyzji tchórzę, wycofuję się. Boję się skoku w nieznane. Mimo tego, że włożę w to co chcę osiągnąć wiele zapału i energii, gdzieś pod koniec zaczyna mi jej brakować. Być może gdyby ktoś w tym czasie wyciągnął do mnie dłoń i powiedział nie bój się, to się uda, może wtedy nie uciekałabym.....może czułabym się pewniej. 

Czasem wydaje mi się, że zbudowana jestem z samych lęków.....ale tylko czasem...

Ps. Przedtem miałam w planie inną muzykę do tego wpisu, ale dostałam tę piosenkę i urzekła mnie :)




poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Norweskie fiordy

Co prawda fiordy mi z ręki nie jadły, ale ja im na pewno tak. Kupiły mnie od razu. Nawet widziane z drogi, z daleka robią ogromne wrażenie. Kiedy oglądałam je z perspektywy lądowej, wydawało mi się że nic piękniejszego nie zobaczę.....myliłam się.

Wybrałam się na wycieczkę promem po najpiękniejszym norweskim fiordzie Nærøyfjord. Znalazłam się wewnątrz tego cudu natury, przepływając tak blisko skał, że mogłam je niemalże dotknąćW najwęższym miejscu Nærøyfjord ma tylko 250 metrów szerokości. Tym większe wrażenie robią ogromne góry, które go otaczają. Ośnieżone szczyty o wysokości do 1800 m n.p.m kontrastują z małymi gospodarstwami, przylegającymi do boków stromych gór, które zanurzają się w fiordzie. Widok niezapomniany. I wcale się nie dziwię że był tematem obrazów wielu norweskich malarzy. 
Tak fiordy widział i malował Adelsteen Normann



a tak widziałam i zapamiętałam je ja










niedziela, 25 sierpnia 2013

wieczory w mieście

Mam tak intensywny weekend że nie mam kiedy usiąść do bloga. A jak już mam kiedy, nie mam siły na poważniejszy wpis :)))
Staramy się z przyjaciółmi łapać ostatnie letnie wieczory, w kawiarnianych ogródkach na rynku. Może już za tydzień, dwa, będzie tak zimno, że nie da się tam wysiedzieć.....wiec dlaczego nie :) Staramy się spotykać jeszcze przed zachodem, łapiąc ostatnie promienie słońca, które cudownie ciepłym światłem oświetla i katedrę i ratusz. 


Byliśmy tu przedwczoraj i wczoraj, dziś już chyba nie będziemy, bo ile można.
Wczoraj grała tu fajna kapela. Kilku młodych chłopaków. Grali fajne jazzowe kawałki, naprawdę na poziomie. Było wielu patrzących i bijących brawo, niewielu za to wrzucało pieniądze do rozłożonego futerału. A przecież to też forma docenienia chłopaków. 
Jeden z moich znajomych podszedł do nich, zagadał. Za chwilę cały zespół podszedł do naszych stolików, grając happy bitrthday dla naszego kumpla, który właśnie wczoraj miał urodziny :)))) Pewnie nigdy nie miał takich urodzin, żeby mu pół miasta śpiewało i biło brawa. Fajnie było zobaczyć radość i zmieszanie na jego twarzy :)

Wieczór trwał jeszcze bardzo długo....właśnie próbuję się obudzić......dlatego może piszę nieskładnie. W głowie dźwięczy mi piosenka z wczorajszej nocy. Maleńczuk potrafi wgryźć się w pamięć...trzyma i nie puszcza. Może i was tym kawałkiem zarażę :))))
Ach....i właśnie przypomniało mi się coś jeszcze z wczorajszego wieczoru......znajomy masażysta obiecał mi masaż twarzy po którym odlecę :)))  To tak można???? Ciekawe dokąd i na jak długo :)))



piątek, 23 sierpnia 2013

never

          No i dopadły mnie smutki. Wiedziałam że prędzej czy później to nastąpi....że nie ma tak fajnie, że sobie wyjadę na dwa tygodnie i uleczę się z wszystkiego. Sanatorium (te dla duszy też) w zasadzie chyba tylko podregulowuje organizm, a nie cudownie uzdrawia. 
         Nie wiem...może to zbliżająca się jesień, może brak słońca, może próby wpasowania się znów w ten nudny rytm.....coś sprawiło, że wczoraj wieczorem przygasłam. Dopadły mnie myśli o przemijaniu i o tym, że to co najpiękniejsze już poza mną i że nic fajnego już mnie nie spotka.... 
       Jedno moje ja mówi że pierniczę jak zwykle, że przecież jeszcze tyle się może zdarzyć. To drugie siedzi w kącie z podkulonymi nogami i chlipie. Wczoraj byłam z tym drugim. Dziś próbuję wsłuchać się w to pierwsze.

I jeszcze ta piosenka dnia w trójce.....jakby dla mnie....Korn "Never Never"



czwartek, 22 sierpnia 2013

a w młodym brzeźniaku...

Czy ja wam już mówiłam o norweskich lasach? Chyba nie. 
Są przepiękne, z wysokimi świerkami i miękkim jak perski dywan mchem. Stąpanie po nim daje dziwne uczucie takiego wręcz sprężynowania podłoża. Uwielbiam takie lasy i nazywam je krasnoludkowym lasem. Po prostu aż się prosi, żeby spod tego pnia wyjrzał jakiś krasnal idący na jagody :)


Parę zakrętów od mego domu zaczynał się właśnie taki las. To w nim pasły się owce, które niejednokrotnie zganiałam z drogi.
W pewnym momencie, las przechodzi w brzozowy młodniak. I tam właśnie, któregoś dnia, jadąc na codzienną wycieczkę, wypatrzyłam zjawiskowego konia. Wyskoczyłam z auta, żeby zrobić mu jakieś zdjęcie. 



Niesamowity koń. W życiu tak pięknego nie widziałam. Śliczna dwubarwna przystrzyżona grzywa i ogon sięgający samej ziemi. Kiedy tak stał między tymi brzozami wyglądał jak koń z baśni, albo jak jednorożec. Stałam tam jak zaczarowana.... 
Za chwilę jednak właściciele zawołali konie i zapakowali do specjalnych wozów i gdzieś powieźli. Pomyślałam, że może to miejsce ich wypasu i jak przyjadę tu jutro, znów będę mogła je zobaczyć i zrobić więcej zdjeć.
Przyjechałam następnego dnia i jeszcze następnego.....koni nie było.....
Postanowiłam przetrzepać okolicę i znaleźć je, o niczym innym nie myślałam, tylko o tym, żeby je znów zobaczyć. I udało się....znalazłam je :) Kilkanaście kilometrów dalej pasły się na łące.
Śliczne prawda?




Próbowałam jej jakoś zawołać żeby podeszły bliżej. Nie miałam pojęcia jakich słów, czy dźwięków użyć, żeby zareagowały. W końcu zagwizdałam :))) i ten z bujną grzywą podszedł do ogrodzenia i pozwolił się nakarmić :)
Czy mogę już teraz mówić, że fiordy to mi z ręki jadły?  ;))




środa, 21 sierpnia 2013

skrzydła


Miałam dziś dziwny sen....śniło mi się że miałam skrzydła
Pamiętam jakie były....białe jak u łabędzia....
Pamiętam jak powoli wyrastały.
Najpierw były bardzo małe, przebijały się przez skórę na łopatkach
A kiedy już osiągnęły właściwą wielkość...zmokły i zszarzały
Potem je utraciłam, nie pamiętałam tylko kiedy i dlaczego
We śnie oglądałam odbicie swoich ramion w lustrze,
dotykałam skóry w nadziei, że poczuję jak znów mi odrastają
byłam pewna że odrosną....że znów będę je miała.....
I jeśli tak będzie...jeśli mi odrosną...będę dbała o to, żeby ich nie utracić
już nigdy.......


Bergen

Ponoć pada tu przez 275 dni w roku. Widać trafiłam na jeden z 90 kiedy można zwiedzić to miasto nie przemakając do suchej nitki :) 
Pierwsze wrażenie kiedy wjechałam do miasteczka i wysiadłam z samochodu było takie sobie. Przyjechałam z mojej głuszy nad jeziorem, gdzie było cudownie cicho i spokojnie, a tu osaczył mnie tłum turystów. 


Pierwsze kroki skierowałam oczywiście na rybny targ, gdzie można kupić wszystko o czym się marzy  (w temacie ryb i owoców morza)  za pieniądze o jakich się nie śniło :))) 






Nawet mała kanapka z łososiem albo krewetkami kosztowała tu ponad 50 koron. Zrobiłam sobie w domu swoją wersję tej kanapki, posypując ją grubo mielonym pieprzem cytrynowym. Pychota. Pod krewetki oczywiście majonez :))


Z targu rybnego ruszyłam w kierunku tych kolorowych domków. To stare hanzeatyckie nadbrzeże, mające ponad 900 letnią historię.


Bryggen, czyli grupa drewnianych zabudowań kupieckich, od wieków było tętniącą życiem, ważną częścią miasta. W tym szczególnym miejscu, które wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, znajdują się pozostałości starej zabudowy portowej. Jest to jedna z najbardziej znanych osad średniowiecznych Norwegii. Przez cztery wieki w Bryggen dominowali hanzeatyccy kupcy. Kilka razy osadę nawiedzały pożary i tylko cześć zabudowań jest oryginalna. Ale i tak, kiedy się wejdzie w wąskie uliczki Bryggen, między stare drewniane domki, ma się uczucie podróży w czasie. 
I wystarczy się tylko obrócić o 180 stopni żeby zobaczyć zupełnie inny, już nowoczesny widok :) Błyskawiczna podróż w tę i z powrotem, za każdym obróceniem głowy :)

A to co zobaczyłam kawałeczek dalej zszokowało mnie jeszcze bardziej. Nie to nie Wiedeń, nie pomieszałam zdjęć. To nadal Norwegia i ukwiecona altana :))))


To bardzo specyficzne miasto, bo im dłużej po nim chodziłam tym wydawało mi się ciekawsze i bardziej przyjemne. Można by to nazwać moim oswajaniem się z Bergen. Bo dopiero kiedy znalazłam w jednej z bocznych uliczek Chillout Travel Centre 
niepozorną kawiarnię, wyglądającą bardziej jak sklep z odzieżą i sprzętem turystycznym, i wypiłam tam latte poczułam że jestem tam gdzie być powinnam :)  Opadłam na miękkie fioletowe sofy z rozkoszą. 
Obejrzałam Bergen dość pobieżnie, z uwagi na brak czasu i strach przed powrotem do domu krętymi górskimi uliczkami w ciemnościach. Ale myślę, że jeszcze tam kiedyś wrócę, tyle że samolotem i tylko do Bergen, tak na kilka dni. Odwiedzę wtedy wszystkie muzea, na które zabrakło mi teraz czasu. Przede wszystkim muzeum sztuki z kolekcją obrazów Edvarda Muncha.

A i może przy tej okazji pokażę wam jeszcze jak fajnie wyglądają norweskie korony :) Zastanawiałam sie nawet jak by z nich wyglądała bransoletka....jakby tak ozdobnie powiązać monety rzemieniem......


wtorek, 20 sierpnia 2013

Trzy odsłony norweskiego lata

Miałam to szczęście, że Norwegia pokazała mi swoje wszystkie letnie oblicza. I to z niebem pełnym pękatych jak domowe pączki chmur, porozwieszanych nisko tuż nad samą ziemią


I to zachmurzone, zamglone, rozmyte, jakby trochę nierealne...


I to z krystalicznie czystym, wręcz nie pasującym zupełnie do mego wyobrażenia o Norwegii, niebem.




Które jej oblicze lubię najbardziej....sama nie wiem. Chyba każde :) W każdej odsłonie ta królowa północy wygląda pięknie, choć za każdym razem zupełnie inaczej. Nie lubię tylko jej zapłakanej twarzy, kiedy siąpi nieustannie i mam wrażenie, że nigdy już nie przestanie.Na szczęście dane mi było przeżyć tylko jeden taki dzień.

Po takim właśnie deszczowym poranku, kiedy to opisywałam Wam jak wygląda mój dom, szczęśliwie dla mnie po południu szloch norweskiego nieba ustał. Co prawda dookoła było szaro i istniało ryzyko, że znów zacznie padać, ale trudno z tego powodu cały czas siedzieć w chacie. Wyruszyłam w góry. Trasa oznakowana jako czerwona, wcale nie była jakąś szczególnie trudną trasą. Może początkowy odcinek, kiedy było dość stromo, mokro, ślisko i błotniście. Ale po godzinie wspięłam się na szczyt skąd rozciągał się przepiękny widok na wszystkie strony świata. A tam.....wystarczyło już tylko iść, wręcz spacerować, przysiadając tylko czasem na kamieniach. Chłonąć to piękno, zasilać swoje puste baterie nową życiodajną energią.
W oddali wysokie góry, z resztkami śniegu. Dookoła małe jeziorka utworzone w zagłębieniach skalnych....można byłoby tam zostać na dłużej i iść przed siebie, bo za każdym szczytem wyłaniał się nowy piękny widok. Tylko ten czas....nieubłagany strażnik....trzeba było przecież jeszcze za dnia wrócić...







poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wróciłam z krainy trolli i wikingów

Norwegia zaczęła czarować mnie już od pierwszego jej ujrzenia. Samo wpłynięcie do portu dawało delikatny przedsmak tego, co mnie czeka. Zachmurzone niebo, skaliste, porośnięte świerkami wybrzeże po i małe czerwone domki. 


No właśnie.......dlaczego czerwone? Zaczęło mnie to pytanie dręczyć, więc jak tylko dorwałam net próbowałam to ustalić. Teorie są różne. Jedna z nich mówi, że ta farba była najbardziej dostępna. Ochra i czerwień, to były najtańsze barwniki, możliwe do wyprodukowania na miejscu (z miejscowych składników). Białą farbę produkowana na bazie bieli ołowiowej, która była drogim barwnikiem. Dlatego też białe lub jasne farby z dużą domieszka bieli używano do malowania małych detali, jak okna lub drzwi. Inna teoria mówi o konserwującym działaniu żelaza, które było głównym składnikiem farb tego koloru. Fajnie, że ten zwyczaj, który powstał XVIII wieku nadal się utrzymuje. 

Innym zwyczajem, który przetrwał, są dachy pokryte murawą. Gresstak, część typowo norweskiej estetyki i tradycji. Zalety praktyczne takiego dachu to doskonała izolacja cieplna (energooszczędność) i dźwiękowa.  W niektórych okolicach istnieje wymóg krycia nowo wybudowanych domów takimi dachami, ze względów ekologicznych. Chodzi o współgranie z otaczającą przyroda.
Takim dachem były też pokryte zabudowania wokół mego domu. Tu rosły nawet maliny :)




Na tych ostatnich domkach poszycie dachu było tak podobne do podłoża, że podejrzewam, iż z lotu ptaka domy były zupełnie niewidoczne.

W krajobraz Norwegii należałoby też chyba wpisać wszechobecne owce. Drepczące po krętych i wąskich drogach, wyłaniające się nagle zza zakrętu. Albo po prostu wyłożone na środku asfaltu i spokojnie przeżuwające trawę, co zdarzyło mi się kiedyś widzieć nocą. 




Maszerujące szosą krowy, to też zupełnie normalny widok. A na dodatek zwierzęta niczego się nie bały. Wręcz podbiegały kiedy się wysiadało z samochodu :)

Dziś chciałam Wam tylko taką "zajawkę" o Norwegii wrzucić. Wprowadzić w klimat,  a potem dopiero pokazać wszystko to, co zobaczyłam. Jeszcze tylko może parę słów o podróży i wyborze miejsca do zamieszkania. Na pewno stanowczo warto mieć tam auto. Nie wyobrażam sobie jak inaczej mogłabym się przemieszczać. Dziennie robiłam ok 500 km. Żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba tyle pokonać. Kręte drogi zwielokrotniają dystans. Tu 100 km nie jedzie się godzinę, tylko dwie. Plusem posiadania auta jest tez możliwość przywiezienia własnego jedzenia. Ceny w sklepach i restauracjach (zwłaszcza) zabójcze. Obiad to ok 170 koron (85 zł) więc lepiej mieć coś swojego. Na pewno warto popłynąć promem, bo to też jest fajne. Można wyłożyć się z książką na pokładzie i poopalać, pójść do kawiarni, posłuchać dźwięków fortepianu i zapatrzeć w dal. To fajna przerwa w podróży i moment na odetchnięcie. Mój czterogodzinny rejs był akurat w sam raz :)
Tam na miejscu, koniecznie zamieszkać w takiej właśnie chacie, w jakiej ja mieszkałam. Czy nad jeziorem, czy w górach, to nie istotne, co kto woli. Hotele po pierwsze są drogie, a po drugie często położone w mało ciekawych miejscach. A poza tym.....nic nie zastąpi takiego widoku o wschodzie, kiedy w oddali słychać tylko dzwonki pasących się owiec i szum pobliskiego strumienia....