wtorek, 30 lipca 2013

fotografie duszy?

Czy można zrobić zdjęcie tak, żeby można było dostrzec na nim więcej?
Więcej niż widać normalnie gołym okiem? Więcej, niż widzi ktokolwiek inny, patrzący w ten sam punkt? Pewnie się nie da, ale spójrzcie co mi wyszło na moich fotografiach. Dodam, że nie są podrasowane w żadnym fotoshopie.

wybrzeże Maroka

Sierra Nevada

Ośnieżone Alpy

Tęczowe fotografie niesamowitego świata....pełnego pierzastych olbrzymów. Przeróżnych stworów o których można by wypisywać niekończące się opowieści.


A może te kolorowe fotografie pokazuję cząstkę mnie....niepoprawnej optymistki?
Może jak zawsze podkolorowałam rzeczywistość? 
A może......
może to tylko opary paliwa z silników samolotowych, które spowodowały takie tęczowe załamanie światła. To jedyne rozsądne wytłumaczenie ;)

Co by to nie było.....wiecie jaką miałam radochę kiedy zobaczyłam w aparacie co mi wyszło? Cieszyłam się jak dzieciak z prezentu-niespodzianki, jeszcze tam w samolocie.

Może się to komuś wydać głupie....no bo z czego tu się cieszyć.  Z tęczowych zdjęć?
To taka moja mała radość. I choćby miała być ulotna, niewidzialna i niezrozumiała dla innych....ale jest......moja :)))

poniedziałek, 29 lipca 2013

coś, nie wiem co

Dzień mam dziś tak jakby nieco gorszy
może opadają wczorajsze emocje
a może to burza, która pewnie czai się w pobliżu
coś wisi w powietrzu....jeszcze nie wiem co
ale wiem, że dzień mam dziś gorszy
włożyłam białą zwiewną sukienkę, z nadzieją że może ona  pomoże
może nada memu dniu lekkości
na razie nie pomaga.
nie działa

ale dziś
nawet jaskółki nisko latają

trudno, przeczekam....
nie zawsze przecież musi być pięknie



niedziela, 28 lipca 2013

nostalgiczna niedziela

        Przyjechały do mnie z wizytą dwie ciocie, z daleka. Siostry mojej mamy. Dziś rano zorganizowałam im spotkanie. 
       Dawno się nie widziały. Usiadły obok siebie na kanapie. Trzy siostry :) Trzy wciąż piękne, choć już niemłode kobiety. Wzruszający widok i wzruszające chwile. Łzy kręciły się w oczach, ich i w moich. Snuły się opowieści i wspomnienia. Z czasów wojny i powojnia. Były jeszcze wtedy małymi dziewczynkami ale pamiętają wiele. Na te kilka godzin zapomniałam o upale za oknem. Zapomniałam o tym, że nie pojechałam na upragnione kajaki. Przeniosłam się w inny czas, w lata czterdzieste ubiegłego stulecia, do malej wsi, położonej na wschodzie. To była magiczna podróż. Dowiedziałam się, że moja mama była ulubioną córką ojca, nazywaną przez niego "złotym jabłuszkiem" z powodu jej pracowitości i radości jaką miała, i wciąż ma w sobie. Jedna z sióstr jest moją matką chrzestną. Opowiadała o tym, jak to nigdy nie mogła usiedzieć w domu, ciągle ją gdzieś nosiło. Już wiem po kim to mam :))) Opowiadały o chlebie z mlekiem, tym codziennym. I o tym z masłem, jedzonym tylko od święta. O małych i wielkich tęsknotach. O wszystkim.
        Nie da się, w tym jednym krótkim wpisie, opowiedzieć wszystkiego co dziś usłyszałam. Ale ciągle jestem jeszcze pod wpływem tych opowieści. Jeszcze do końca nie wróciłam do naszych czasów. I wiecie.....dobrze mi z tym uczuciem. 
     Poza tym....moje ciocie są urocze. Zawsze mnie skomplementują, docenią coś co zrobiłam, zauważą....no niesamowicie podbudowują. Taki gość to skarb :) Poczęstowałam więc moje skarby sernikiem z malinami i plackiem drożdżowym. 


Stół udekorowałam naprędce zrobionym stroikiem z kamieni, ziół i kwiatów....tych które na trawniku i w skrzynkach. Czyli z tego co było pod ręką. Orzeźwiał zapachem mięty.


Ciocie zachwyciły się nim :) kochane są :)))
Dzięki nim uśmiecham się od rana....takim ciepłym uśmiechem. Owszem łzy też się kręcą w oczach...ale to łzy wzruszenia. Widząc ich szczęśliwe twarze nie sposób się nie wzruszać. Teraz leżę pod gruszą patrzę w niebo i myślę o tym wszystkim, co usłyszałam. Jakiś mały ptak przyleciał i wcina gruszkę :) Niech wcina, podzielimy się, starczy dla wszystkich. To była piękna i jasna niedziela. 


sobota, 27 lipca 2013

wyprawa na północ - przygotowania

Przede mną wielka wyprawa na północ, którą próbuję ogarnąć. Zaplanowałam podróż do Norwegii. Jako miłośniczka natury, gór, pięknych widoków i morza, cieszę się niezmiernie, bo tam będę miała to wszystko w jednym miejscu.
Dom już wynajęłam....cudnie położony. Już widzę siebie, tam na tym tarasie, jedzącą śniadanie, albo wyczekującą zachodu słońca....doczekać się nie mogę


Zostało logistycznie rozpracować codzienne wyprawy. Zmierzyć odległości i jakoś rozsądnie wkomponować to, w poszczególne dni. Mniej więcej już wiem, dokąd chce jechać i co zobaczyć.
Nie do końca mam rozpracowany dojazd na miejsce. Co prawda loty do Bergen są wyjątkowo tanie, ale co dalej? Wynajęcie auta, to jakieś koszmarne sumy rzędu 400 zł za dzień. No i wiadomo jakie są auta z wypożyczalni, przeważnie dobite. Więc może by promem. Ale jest tyle możliwych połączeń promowych, że zupełnie tego nie ogarniam. A może potrzebuję tylko więcej czasu poświęci temu tematowi.
Ale może.....tak sobie pomyślałam....że może ktoś już tam był i opracował najlepszą drogę z możliwych
Był ktoś?
może?
Albo słyszał coś?
może?

Ps. Oni tez są z Norwegii :)





zaspałam

Zaspałam...normalnie zaspałam.
Ja, która do niedawna budziłam się o 4 rano z głową pełną czarnych myśli wstałam o 8.30 !!!!!
Mało tego. Wyszłam na balkon stanęłam wśród moich kwitnących skrzynek, spojrzałam w niebo i pomyślałam......matko jak pięknie!!!!!.
Miałam to szczęście z jeszcze było cicho, jeszcze ludzie nie powychodzili ze swoimi kosiarkami, wiertarkami, samochodami..... Błoga cudna cisza. Powietrze takie miękkie i przytulne, a czas....jakby stanął w miejscu. Kocham takie poranki.
Ale widzę że już powoli zaczyna się ruch. Ruszę i ja do codziennych obowiązków. Jeszcze tylko kawa i muzyka  już biegnę :)
I upiekę dziś drożdżówkę ze śliwkami i kruszonką. Uwielbiam zapach placka drożdżowego snujący się po domu.
Miłego dnia kochani :**


piątek, 26 lipca 2013

miejsce do którego chciałabym wrócić

            Barcelona.....miasto, które kocham i do którego na pewno kiedyś wrócę.  Za co je kocham? Za różnorodność :) za wąskie uliczki, za bliskość morza, za słońce, za uśmiech ludzi, którzy tam mieszkają. To była miłość od pierwszego wejrzenia....i trwa do dziś.
          Będąc w Barcelonie mieszkałam w kamienicy, na jednej z tych wąskich uliczek, biegnących w kierunku morza. 
         Lubię, w miejscach które odwiedzam, mieszkać blisko ludzi, blisko zwyczajnego codziennego życia. Nie w strzelistych, pięknych hotelach, w których nie sposób poczuć magię miasta. W nich zawsze jest się tak jakby "obok".
               Mój balkon wychodził wprost na ulicę, na której w małych kafejkach i sklepikach co rano budziło się życie. Lubiłam wcześnie rano stawać na tymże balkonie i oparta ramionami o balustradę, obserwować poranne ożywienie. Chłonąć te wszystkie obrazy, dźwięki i zapachy. Widziałam ludzi spieszących się do pracy. Młodego chłopaka w białym długim fartuchu i czapce, pchającego wózek z jakimś towarem, radośnie pośpiewując. Czy u nas ktokolwiek zaczyna prace od śpiewu? (poza oczywiście śpiewakami operowymi i piosenkarzami :) ) Czułam zapach świeżo parzonej kawy, który jak w reklamie kawy jacobs, kusił żeby pójść jego śladem. Szybka decyzja....i już wychodzimy zaprzyjaźnić się z okolicą. Nie znam....uwierzcie mi....nie znam, drugiego takiego miasta, które by mnie tak oczarowało. Na każdej ulicy za każdym rogiem czekało jakiś architektoniczne cacuszko. Można było tak bez końca chodzić i się zachwycać :)
               Trochę już zmęczeni postanowiliśmy usiąść na kawę, na jakimś małym placyku, pod ogromnym drzewem. Za chwilę do kawiarni przyszło dwóch chłopaków. Zaczęli śpiewać. Było w tym śpiewie tyle spontaniczności i energii, że ta ich muzyka zaraziła mnie. Kupiłam nawet płytę :). Co prawda tu w Polsce nie brzmi to już tak, jak tam, ale wspomnienie i pamiątka zostaną.
           Z kawiarni ruszyliśmy w kierunku portu. Tam znów muzyka....muzyka i taniec. Zwyczajni ludzie, normalnie ubrani, po prostu tańczyli merengue na ulicy :))  Miałam ochotę dołączyć i sama nie wiem co mnie powstrzymało.


Film co prawda nie mój....ale wyglądało to bardzo podobnie 
Kocham Hiszpanów za ich swobodę, nieskrępowanie, 
żywiołowość i miłość do muzyki, śpiewu i tańca.

           Stamtąd bliziutko było już na plażę. Był 1 listopada a ja z podwiniętymi nogawkami dżinsów brodziłam w morzu.....cudownie :) Czy ja mówiłam już że kocham ten klimat? Chyba nie :)  Chwilę posiedzieliśmy na plaży, wygrzewając się, w jeszcze ciepłym, choć jesiennym już słońcu i ruszyliśmy w kierunku ulicy La Rambla na targ  La Boqueria. W życiu nie widziałam tylu ryb i owoców morza, różnych mięs, serów szynek, owoców, słodyczy. Feeria barw, niesamowite doznania wzrokowe, eksplozja kolorów i smaków :) Kupiliśmy coś na kolację, którą postanowiliśmy przyrządzić tego wieczoru w domu. Jeszcze tylko butelka wina i można było rozpocząć wieczór :)
        Dzień był naprawdę cudowny, byłam nim oszołomiona, a przecież to był dopiero początek smakowania Barcelony. Było co oglądać i czym się cieszyć. Wszędzie nie byłam, zostawiłam sobie co nieco na następna wizytę, przecież wiem, że tam jeszcze wrócę.....do Barcelony - mojej wielkiej miłości.
Też macie takie miejsca, które kochacie i co do których macie pewność że tam  wrócicie?  

I jeszcze krótki filmik :) Barcelona w pigułce. 




czwartek, 25 lipca 2013

El Camino

El Camino.....siedzi w mojej głowie od jakiegoś czasu.
Pierwsze ziarno zasiał film "Droga życia"


Potem przeczytałam RELACJĘ Marcisena o jego wędrówce. Na mojej drodze zaczęli się pojawiać ludzie którzy tam byli, którzy przeszli ten szlak. 
Spotkałam Piotra który mi wiele o El Camino opowiedział. Obejrzałam jego Impresje z drogi.
Ziarno zaczęło kiełkować i wypuszczać korzenie. Myśl zaczęła się umacniać.
Chciałabym....
Chciałabym spróbować przejść tę drogę. Może nie całą, może tylko kawałek, może tylko po ziemi hiszpańskiej. Chociaż sama nie wiem, czy dam radę. Trochę się obawiam, a jednocześnie coś mnie tam ciągnie. Mam w sumie całą jesień i zimę żeby to przemyśleć i podjąć decyzję. Ale pragnienie we mnie coraz większe. W sumie nie ma chyba dnia, żebym o tym nie myslała.
I jeszcze dziś ta tragedia, która wbiła mnie w fotel. Straszny wypadek kolejowy i to właśnie tam....w Santiago de Compostela.....przededniu święta Św. Jakuba Apostoła

wtorek, 23 lipca 2013

kolorowe sny

Dlaczego moje sny są takie ześwirowane? Nie mają pięknego scenariusza, nie stanowią jakiejś całości (za wyjątkiem tego ze słoniem).  Moje sny są zlepkiem kolorów, uczuć, emocji.
Podobno sny są odzwierciedleniem naszych lęków i pragnień. Czego w takim razie pragnę?
Dziś śniła mi się fioletowa maskotka. Wyglądała trochę jak Elmo :)



tylko była cała fioletowa. Na brzuszku miała naszyte serduszko, kiedy się na nie naciskało piszczała. No fajna była, ale skąd, dlaczego akurat taka maskotka?
Kolejna scena ludzie polewający się wodą. Wszyscy radośni i uśmiechnięci. Woda wylewana na ciało zamieniała się w kolorowy lukier, taki jak na tortach.....w pastelowych ślicznych kolorach.
Czy memu życiu brakuje barw?
A może to tylko ta pełnia :) nie mogłam długo zasnąć....księżyc ma na mnie ogromny wpływ.



poniedziałek, 22 lipca 2013

przeciwstawne bieguny

Zaczęłam się dziś zastanawiać na tym, czego szukamy w naszym przyszłym partnerze. Czego ja zawsze szukałam? Podobieństw czy raczej przeciwieństw? Czegoś bliskiego i znanego, czy raczej wręcz przeciwnie czegoś zupełnie nieznanego, czegoś co mnie przyciągnie, zaciekawi?
Myślę że jednego i drugiego.
Dobrze jest kiedy trafimy na kogoś, kto wydaje się nam znajomy, bezpieczny. Znalezienie w drugim człowieku podobieństw podobno zwiększa poczucie własnej wartości. Ale jeśli ten ktoś nie będzie miał nam nic nowego do pokazania, jeśli nie będzie potrafił nas niczym zaskoczyć, prędzej czy później przestanie nas intrygować. Taki ktoś, bardzo podobny do nas, nadaje się na przyjaciela, ale czy na partnera życiowego też?
No może i czasem też, nie będę tu uogólniać. Bo każdy przecież jest inny, ma inne wymagania i oczekiwania. Ale wydaje mi się, że jeśli chcemy, żeby nasz związek żył, żeby iskrzyło muszą być między nami jakieś różnice, przeciwieństwa, które będą przyciągać jak przeciwstawne bieguny magnesu. Bo jeśli będziemy dokładnie tacy sami, będziemy w stanie przewidzieć każdy następny ruch naszego partnera, każde słowo, gest, to prędzej czy później zaczniemy się zwyczajnie nudzić.

Dobrze jest kiedy nasz partner się od nas różni, kiedy ma swój własny mały świat, do którego niekoniecznie musi nas wpuszczać. I ja to potrafię zrozumieć i uszanować. Niech ma swoje tajemnice, pasje, cokolwiek swojego.....nie wszystko trzeba przecież robić razem. Czasem dobrze jest na chwilę oddalić się po to, żeby z tym większą radością i tęsknotą wrócić i na nowo się sobą zachwycić.
Ale to moja wizja świata :)))) i nie każdy musi się z nią zgadzać.

Znam też pary, które spędzają ze sobą każdą minutę.....nie potrafiłabym tak, udusiłabym się.
Kocham te piękne wspólnie spędzane chwile, ale potrzebuję czasem oddechu i samotności....jestem dzikim ptakiem :)



niedziela, 21 lipca 2013

200-setny dzień roku

Będąc wczoraj u mamy w jej czarodziejskim, pięknie pachnącym latem ogrodzie, usłyszałam dźwięk sms-a.
Sms był od jednego z przyjaciół z naszej paczki i brzmiał jak niżej

"Ze względu na 200-setny dzień roku i zachód słońca już o 20.46 oraz pragnienie organizacji dzisiejszej imprezy w ogródku zapraszamy na godzinę 17.00. Da to szansę każdemu na cieszenie się kontaktem z przyrodą i obserwację zachodu słońca nad bajecznymi rozlewiskami rzeki Supraśl w Nowym Aleksandrowie. Gwarantuję dodatnie temperatury i brak śniegu. Ponadto zgromadziliśmy dużo drewna na ognisko indiańskie. Serdecznie zapraszamy. I proszę nie zapomnieć o stosownym stroju (z odkrytymi plecami)"

No kto by się nie skusił na takie zaproszenie :))
Rozumiem, że te odkryte plecy, miałyby stanowić większą powierzchnię żywieniową dla komarów ;)))....tak wiec nie uległam pokusie pokazania swojej opalenizny. Z zakrytymi plecami ruszyłam po ten zachód słońca....i powiem Wam warto było. Zdjęcia mam tylko z komórki i nie oddają w pełni tego co widziałam na żywo....pięknie było




sobota, 20 lipca 2013

uliczka w Weronie

W Weronie byłam w zeszłym roku. Zatrzymałam się tam na chwilę, w drodze do Toskanii. 
To miasto mnie urzekło. Ma w sobie jakąś tajemnicę. Jest w nim coś szczególnego, nie potrafię tego opisać. Zaskoczyło mnie i zaintrygowało. Chciałabym kiedyś jeszcze raz tam pojechać.


I nie chodzi tu osławiony balkon Julii, bo tam jest nijak. Popisane, brudne, obdarte ściany. Wyznania miłosne przyklejone do ściany gumą do żucia. Dziedziniec mały, duszny.....tam nie poczułam nic.


Ale tu w tej wąskiej uliczce serce mocniej mi zabiło.....

 
Ech........jakby tak tu zamieszkać. W tym mieszkaniu z balkonem i białą firanką...a naprzeciwko niechby zamieszkał on....
Każdy mógłby tu teraz dopisać swoją własną historię.
Taka uliczka to dobre miejsce do marzeń. Tam, przy balkonie Julii, ilość tych wyznań przytłaczała. Chciałam jak najszybciej odejść i nie patrzeć na to. Tam było mi dziwnie smutno.
Ale tu.....tu w tej ciszy.....moje marzenia znalazły swoje małe mieszkanko na drugim piętrze :)
 
O i tu Was zabiorę dziś na spacer. Spacer "uliczką miłości"
Pójdzie z nami Paolo Conte....będzie nam umilać wędrówkę małą wąską uliczką naszych marzeń.


 


czwartek, 18 lipca 2013

drzewo wiedzy


Czyli moja poczciwa stara jabłonka, pod którą to wylegując się na kocyku, próbuję podciągnąć moją umiejętność poruszania się w języku hiszpańskim. Nie mogę sobie przecież zrobić wakacji, bo wszystko zapomnę. 
Wracając od Dżej poznałam w pociągu sympatycznego chłopaka, z którym przegadałam kawał drogi. Rozmawialiśmy o podróżach i związanej z nimi znajomości języków. Okazało się, że on też uczy się hiszpańskiego. Podpowiedział mi, że najwięcej dała mu praca z fiszkami. Pełna zapału i wiary w siebie, zakupiłam owe fiszki i próbuję opanować zawarte w nich słownictwo. 1000 słów ;) będę miała co robić.
Chcę trochę podkręcić tempo nauki. Nie wiem, czy mi się uda, czy starczy mi sił i czy będę miała w sobie dość wytrwałości. Ale chcę....to chyba najważniejsze prawda?
Dodatkowo zakupiłam książkę....również w języku hiszpańskim. Ostatnia bitwa Templariusza (La piel del tambor) Arturo Pérez-Reverte.


To z kolei doradziła mi koleżanka z Teneryfy.
Ona w ten sposób poszerzała swoją znajomość języka.
Spróbuję i tego, ale najpierw fiszki :))))
Jest cel, są narzędzia zostało tylko wziąć się do pracy :)

rozdaję

Uwaga!!
Rozdaję pozytywną energię :) jest jej dziś we mnie niespodziewanie dużo. 
Nie wiem skąd się wzięła, może to wczorajsze milczenie i zamyślenie pomogło. Może życzenia spokojnej nocy, jakie mi tu zostawiliście. Nie wiem....ale obudziłam się dziś z uczuciem lekkości niezmiernej.
Czułam to od pierwszej chwili po przebudzeniu. Spojrzałam w lustro, a tam znajoma twarz. Uśmiechnęłam się do niej....lubię te dziewczynę z lustra fajna jest :))
Potem w TV zobaczyłam parę staruszków skaczących ze spadochronem :)) spełniali swoje wielkie marzenie. Ileż w nich było radości. 
Na drodze zielona fala, w radiu Ayo z mega energetyczną piosenką Fire, uśmiechy kolegów i koleżanek wchodzących do biura. Słońce przeciskające się między chmurami.....no pięknie jest.
Czuję że mogłabym dziś obdarować pozytywną energią cały świat....no dobra nie cały, ale parę osób tak. Więc zapraszam....przychodźcie i się częstujcie.
Miłego dnia :)



środa, 17 lipca 2013

czasem tak jest

W ten wieczór pomilczę. Za oknem dziś wyjątkowo cicho, więc i ja nie będę nadużywać słów.
Ale to, że milczę, nie oznacza, że nie mam nic do powiedzenia. Mam i to bardzo dużo....ale nie dziś nie teraz.
Czasem tak właśnie jest... Czasem milczeniem można przekazać więcej, niż można byłoby wyrazić słowami.
Czasem słowa zagłuszają myśli, nie pozwalając im się swobodnie wydostać z zakamarków naszej głowy.
Dam im dziś szansę.....niech wypłyną ze mnie
zanim zasnę.

Dziś tylko posłucham z Wami muzyki.....









niedziela, 14 lipca 2013

sentymentalna wyprawa

Wróciłam z wyprawy rowerowej, zmoknięta i pieruńsko zmęczona......ale pełna dobrych myśli.

Wyruszyłam, jak zawsze, w kierunku Supraśla. Po jakimś czasie, w lesie zauważyłam drogowskaz z napisem PÓLKO. Coś mi to przypominało, nazwa znajoma......już wiem, na pólko jeździliśmy zawsze z ojcem. Na dziką plażę, nad rzeką. 
Pochodzę z niezbyt majętnej rodziny i kiedy byłam mała nie mieliśmy samochodu, a nad rzekę jakoś trzeba było się dostać. Samochodu nie było, ale był za to motor. Tyle, że motor jeden, a córki dwie :) 
Mój ojciec...pomysłowy Dobromir....znalazł rozwiązanie. Umocował do motoru dwie liny, po czym przywiązał je do kierownicy rowerów i ruszyliśmy. Ale była jazda!!!! Zwłaszcza kiedy wypadło się z drogi i zjechało na zaorane pole. Ujeżdżanie byka to przy tym pikuś. Spróbujcie utrzymać się na skaczącym po skibach rowerze i jeszcze jakoś wrócić na drogę :))) 

Pełna tychże wspomnień i ciekawa jak teraz wygląda to miejsce, skręciłam w lewo. Droga wiodąca przez Puszczę Knyszyńską....przepiękna. Powietrze czyste i cudowna cisza.

 Najpierw przez las brzozowy


Potem mój ulubiony z wielkimi świerkami


Aż wreszcie dojechałam do rzeki


Zupełnie nie pamiętałam tego miejsca, albo aż tak się zmieniło. Ale fajnie było wrócić wspomnieniem do dawnych czasów. Nie znalazłam tam niczego znajomego, bliskiego, niczego co bym pamiętała. Ale znalazłam ślicznego pomarańczowego motylka :)
Aparat miałam ze sobą mały i marny, ale udało mi się zrobić mu zdjęcie. Piękny prawda?
I rudy :)) jak ja. 


Ps. Jestem zmachana, zmoknięta, ale mi dobrze. Na tyle dobrze, że nie chce mi się wychodzić z domu. Deszcz stuka o szyby, w radiu młody Kydryński puszcza świetną muzykę, popijam barraquito i na tę chwilę nic więcej mi nie trzeba......


przez płot

Wróciłam ze spaceru z psem.
A właściwie, to chyba nie był spacer, tylko dziwne pląsy, miedzy pełzającymi wszędzie ślimakami. Ktoś, patrząc z boku, mógłby mieć ubaw, widząc mnie skaczącą po łące. Ale jestem z siebie dumna, ani razu nie chrupnęło mi nic pod stopą :))) Nie zmiażdżyłam ani jednego ślimaka, a było ich tam kilkadziesiąt.
Powietrze po nocnym deszczu niesamowite. Słonko zaczyna się przeciskać przez chmury.......cudnie jest. Oj czuję, że rower znów pójdzie w ruch :)

A wczoraj.....
Wczoraj przed południem wyciągnęłam kosiarkę żeby skosić mój maleńki trawnik. Na płocie z tyłu ogrodu zawisł sąsiad Jaruś.
- cześć sąsiadeczko :)
- witam sąsiada
- napijemy się piwa?
- Jaruś jeszcze południa nie ma, a ja mam trochę pracy, może później
- oj tam Juleczko, jedno piwko :)
- Jaruś nie chcę, po prostu nie mam ochoty. A poza tym po piwie będę senna.
- Ale jedno piwko?
No kurczę myślę, nie odczepi się, będzie tak mi tu gadać do śmierci
- no dobra Jaruś na pół możemy wypić więcej nie chcę.
- tak? to super.....to weź przynieś.....
Ten to się umie ustawić co? :))) rozbroił mnie. Podarowałam mu to piwo :))


sobota, 13 lipca 2013

paper doll

Zastanawiam się, jak bardzo pozwalamy innym ludziom ingerować w nasze życie, sterować naszymi zachowaniami, naszymi decyzjami. 

Tu pewnie każdy powie: Ja? Ja nigdy. Ja na to nie pozwalam.
Czasem możemy tego nawet nie czuć, prawda? Wydaje nam się, że wszystko ok.,
że panujemy i ogarniamy. Ale niektórzy potrafią być naprawdę doskonałymi manipulatorami. Powoli i cierpliwie urabiają nas, jak modelinę. A kiedy jesteśmy już dość "zmiękczeni" lepią 
z nas, co chcą. To tylko kwestia ich uporu i cierpliwości, oraz naszej słabości i braku pewności siebie. Każdego można w pewnym stopniu zmiękczyć. Na jednego działają pochlebstwa i połechtanie jego próżności, innego można wziąć na litość, na miłość.... Sposobów jest wiele.
Najgorsze jest to, że raz zmiękczeni  i ukształtowani zapamiętujemy to. W naszej podświadomości odciska się swego rodzaju szablon.  I nawet po jakimś czasie, kiedy już jesteśmy daleko od naszego "lalkarza" wciąż wykonujemy zaprogramowane przez niego ruchy. Reagujemy tak, jak on by chciał. W końcu pracował nad tym bardzo długo.....utrwalił. 
Bo jeśli znów zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze, czy nie powinnam zmienić mojej decyzji, choć milion razy upewniłam się, że tak, że to była dobra droga....to znaczy że "czar" wciąż działa. 

Jak się przed tym bronić? Starać za wszelką cenę być sobą....to chyba jedyna droga. 
Za każdym razem zadawać sobie pytanie, czy naprawdę tego chcę, czy robię to bo on, czy ona sobie tego życzą. To moje życie i to ja powinnam w nim podejmować decyzję, nikt inny. 
Czym prędzej odcinajmy sznurki, które bezszelestnie owijają się wokół naszych stóp, czy dłoni. 

Wiecie jaki sposób mają tancerki na to, żeby przy obrotach nie zakręciło im się w głowie?
Wybierają sobie jakiś punkt i wirując wpatrują się tylko w niego. Nie biegną wzrokiem po całej sali, tylko patrzą w to jedno wybrane przez siebie miejsce. Dzięki temu nie zachwieją się i nie upadną. Wirują dokładnie tam gdzie chcą.


piątek, 12 lipca 2013

pada


Pada, leje całym niebem.....ale jest super :) 
Wszyscy od rana narzekają na pogodę, zupełnie nie rozumiem dlaczego. Patrzą na mnie jak na świra, kiedy radośnie mówię im, że fajnie jest. Deszcz przecież jest fajny, zwłaszcza taki letni deszcz. 
Owszem pięknie jest, kiedy świeci słońce, a niebo błękitne. Tyle tylko, że słońce wyzwala we mnie ogromną energię. Czuję, że powinnam gdzieś pójść, pojechać, coś zrobić. Czuję coś 
w rodzaju presji. No bo jak to...piękna pogoda, a ja nie na kajakach? Słoneczne popołudnie, a ja nie na rowerze? 
A przecież czasem trzeba też odpocząć, usiąść na chwile i się zadumać. Deszcz szemrząc 
i stukając o szybę mówi mi....nie spiesz się, dziś możesz zwolnić, dziś nic nie musisz...
Tak, nic nie muszę :) W radiu świetna muzyka. No i lubię poranne trójkowe wydurnianie się Wojciecha Manna. I te jego prognozy pogody :)))) 
Kolega z parteru przyniósł mi trufelka, mego ulubionego z Wawelu. Do szczęścia, na tę chwilę, brakuje mi aromatycznej kawy.....idę zaparzyć....komuś jeszcze może? 

Ach i zapomniałabym.....muza :) ta dzisiejsza z radia....strasznie mi się spodobała


czwartek, 11 lipca 2013

drzewo

Drzewo....piękny wielki świerk.....rósł na parkingu przy naszej firmie. 
Rósł.
Używam czasu przeszłego, bo już go nie ma. Wczoraj został wycięty. Dlaczego? Bo koleżanka przydzwoniła parkując? Bo szyszki spadały na samochód? Bo igły? No i co z tego?

Nie widziałam go z mego okna, rósł nieco dalej. Ale zawsze kiedy wychodziłam na klatkę schodową, żeby tam spokojnie porozmawiać przez telefon....patrzyłam właśnie na niego. 
Ileż ciepłych słów usłyszałam właśnie w jego towarzystwie. Ile łez widział na mojej twarzy. Kurczę, był jak taki przyjaciel, tylko niemy. Czy można płakać po ściętym drzewie...widać tak skoro płaczę. 
Zimą uginał się pod czapami śniegu, latem dawał fajny cień. Odwiedzały go ptaki, wiewiórki i pewnie jakieś inne małe żyjątka. Ja go odwiedzałam. 
Moich ciepłych rozmów już nie ma, drzewa też. Wszystko po kolei umiera. Smutne to. Matko jak tam teraz jest pusto. Staram się nie patrzeć w tamtą stronę....może z czasem przywyknę.

Zapytałam kolegi z pracy.....dlaczego? 
Bo miał słabe korzenie - odpowiedział - i mógł stanowić zagrożenie
Posadzicie tam jakieś inne drzewo? - zapytałam
Nie.....zyskaliśmy jedno miejsce parkingowe.

Wysoka cena jak za jedno miejsce parkingowe.




środa, 10 lipca 2013

dzień jak co dzień...a jednak

Niby nic złego się nie wydarzyło. Dzień jak co dzień. Pracy nie za wiele, tak w sam raz. Kilka miłych słów, parę komplementów, zniżka u fotografa (dla rudych) Powinnam być zadowolona. A jednak czuję jakiś ciężar. Zastanawiałam się skąd...dlaczego. I chyba wiem.
Współodczuwanie
Też tak macie, kiedy ktoś bliski Wam ma zmartwienia? I nie ważne, czy mieszka blisko, czy daleko stąd. Nie ważne, że nie widzę jej/jego smutnej twarzy, nie widzę łez. Czuję...po prostu czuję ten smutek. Gdzieś w głowie trwają nieustanne poszukiwania rozwiązania. Wyłuskuję kolejne słowa pocieszenia, choć wiem, że pewnie niewiele dają. Czuję się bezsilna....
Ech żebym tak mogła cokolwiek zrobić.....działanie zawsze przynosi ulgę. Ale wiem, że nie mogę. Mogę tylko być i wspierać. Wysłuchać i przytulić. No i jestem....ale łzy same napływają do oczu. Jeszcze pamiętam mój ból.....może nawet czuję go na nowo.....to było takie podobne....

Jest taki duet, którego muzyka działa na mnie kojąco....uspokaja i otula.....jak kołysanka
Posłuchacie ze mną?
Spokojnej nocy.......wszystkim :****


wtorek, 9 lipca 2013

kiedy jesteś za blisko, możesz nie wszystko zobaczyć

Byłam w kinie na filmie "Iluzja". Ubawiłam się przednio. Rozrywka w czystej postaci, wielkie show. Wartka akcja, nieprzewidywalne zakończenie :) Film naprawdę dobrze odpręża. Jeśli czujecie się ospali, przepracowani, jeśli nie chce się Wam myśleć zupełnie o niczym idźcie do kina na "Iluzję". To nic, że jest trochę nierealny...w końcu to iluzja. Ktoś powie, że to bajka, że te wszystkie magiczne sztuczki są zbyt naciągane. Ale powiem Wam, że prędzej uwierzę w możliwość latania w mydlanej bajce niż w obietnice niektórych facetów ;)

Z filmu zapamiętałam jedno zdanie
"kiedy jesteś za blisko możesz nie wszystko zobaczyć"
I kurcze to prawda....dlaczego potrafimy spojrzeć obiektywnie na koleżankę, która pakuje się w kłopoty. Potrafimy dobrze jej doradzić, ostrzec przed niebezpieczeństwem. A sami nie widzimy swoich błędów i zagrożeń.
Jesteśmy po prostu za blisko i przestajemy cokolwiek widzieć, dochodzą emocje, uczucia. Pierwotny instynkt samozachowawczy przestaje działać. Czyjeś słowa potrafią uśpić naszą czujność. I nawet jeśli nasza intuicja na początku podpowiadała nam żeby uciekać.....teraz dziwnie milczy. A może nie milczy, tylko została zagłuszona. 
Dobrze, że mamy przyjaciół, którzy stojąc trochę dalej, potrafią zobaczyć więcej i mogą nas ostrzec, kiedy  coś ich zaniepokoi. Wystarczy tylko spróbować ich posłuchać :)))

Film kończy się sceną na moście Pont des Arts w Paryżu, zwanym Mostem Zakochanych. Do tej pory myślałam, że kłódki wieszają tam tylko zakochani, na znak, że ich miłość jest wieczna. Zamykają kłódkę i klucz wyrzucają do wody. 
Ponoć zapięta na moście kłódka oznacza też tajemnicę. Ale, czy trwałość każdego z tych związków, nie jest tak naprawdę wielką tajemnicą i zagadką :)
Będąc w tym roku w Paryżu, też byłam na tym moście. On się kiedyś od tej miłości zawali! Ciekawe ile z tych par, które tu były, nadal jest ze sobą? I ciekawe, czy kiedy się rozstają, to przychodzą zdjąć kłódkę, czy tylko wieszają następną, z kolejną "wieczną" miłością?



raj na ziemi

Koleżanka z pracy oznajmiła mi przed chwilą:
- Jadę do Chorwacji :))))
- Cudownie!!! - odpowiedziałam - Chorwacja jest piękna, musisz zobaczyć Trogir, to moje ulubione miasto, no i Split, a i te organy wodne  w Zadarze. I koniecznie po drodze jeziora Plitvickie. To raj na ziemi.
Koleżanka czym prędzej zajrzała do programu wycieczki.
- Trogir jest, Split jest, Dubrovnik jest, ale Plitvic nie ma. 
- Jak to nie ma??? Autokarowa wycieczka mija Plitvice????
Zerkam jej przez ramię....no tak.....pielgrzymka.....
Postanowiłam jej pokazać kilka zdjęć z moich wypraw.
Oczy się jej zaświeciły
- dobrze że jeszcze nie zapłaciłam zaliczki.
Szuka teraz prawdziwej wycieczki :)
Spójrzcie sami....czy można to miejsce pominąć? Darować sobie? Przejechać obok? 


 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Jak być kobietą - książka z Poznania



Dostałam ją od Dżej. Idealna do pociągu. Idealna dla kogoś kto nie ma czasu na czytanie i czyta "z doskoku" Tu wątku się nie zgubi. Książka lekka i zabawna.
Doskonała na gorszy nastrój, zawód miłosny, małe smutki, dwa przystanki tramwajem, na krótkie chwile oczekiwania na cokolwiek.
Książka pełna humoru, ale czasem dość......szczególnego. Momentami dość odważna. No nie każdemu może się spodobać i nie każdy ją pewnie polubi. Nie jest szczególnie ambitna, nie ma pięknych opisów przyrody ;)). Ale jest "z jajem". Dla ludzi z poczuciem humoru. Choć pewnie nie dla wszystkich.
Może więc mała próbka, żebyście się mogli przekonać, czy dla Was też :)
Dodam, że fragment wybrany przeze mnie należy do najbardziej "przyzwoitych" 



niedziela, 7 lipca 2013

nie zgubić się

Czytałam kiedyś artykuł, w jakimś czasopiśmie, nie pamiętam już jakim. A właściwie była to opowieść z życia wzięta. Mówiła o miłości, wielkiej miłości chłopaka do pewnej dziewczyny. Dziewczyna była osobą niezwykle oryginalną, ciekawą, pełną życia, energii i radości. Miała wiele pasji, była duszą towarzystwa. Poznali się, pokochali, było cudownie. Chłopak jednak z czasem zaczął być zazdrosny o jej spotkania ze znajomymi. Dziewczyna kochała go, zrezygnowała więc ze spotkań z przyjaciółmi. Miała przecież jego, był jej całym światem.
Chłopak "na raty" zaczął ograbiać dziewczynę z jej życia. Chciał żeby była skoncentrowana tylko na nim, żeby była cała dla niego. I w końcu tak się stało.....tyle tylko, że wtedy przestała już być tak atrakcyjna jak kiedyś. Pewnego dnia chłopak powiedział jej: spójrz na siebie, zobacz kim jesteś? Nikim. Nie masz żadnych zainteresowań, przyjaciół, koleżanek. Siedzisz tylko w tym domu i czekasz na mnie. Czuję że mnie to dusi i przytłacza....musimy się rozstać.
Poplasterkował ją, wybrał najlepsze kawałki, pożarł i resztę wyrzucił.

Pamiętam że strasznie mnie ten artykuł wzburzył. A jednocześnie wiem, że wiele kobiet daje się tak "przerobić". Zamiast pozostać sobą zmieniają się w maszynkę, do spełniania jego oczekiwań. Słuchają tylko jego muzyki, mówią jego językiem, zachwycają się tymi samymi filmami, lubią tylko jego przyjaciół. Stają się kimś bardzo podobnym do niego. Szukając miłości, gubią po drodze samą siebie. A co gorsza na końcu drogi nie znajdują nic.

Tak się dzieje, kiedy na naszej drodze staje facet-egoista. Bo jeśli trafimy na tego wartościowego....uszanuje naszą indywidualność. Nie pozwoli na to, żebyśmy się zagubiły :)

Tak więc jak już mamy się zagubić, to chyba najlepiej w tańcu :)))))  
a egoistów odstawiajmy od razu na bocznicę ;)





sobota, 6 lipca 2013

czereśniowe zawody

Wróciłam z kajaków, było bosko!!!!
Pogoda przepiękna, nie za gorąco. Na niebie mnóstwo obłoków, które co jakiś czas dawały wytchnienie od słońca. Odpoczęłam i zregenerowałam się :))


Mistrzostwa rozgrywane są na farmie owocowej Tree-mendous Fruit w miejscowości Eau Claire. Dziś odbędą się już po raz 40-sty.

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/ciekawostki/news-w-michigan-mistrzostwa-w-pluciu-pestkami,nId,992264?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Jadąc do Bryzgla usłyszałam w radiu, że dziś w amerykańskim stanie Michigan odbędą się nietypowe zawody w pluciu pestkami wiśni na odległość :)
Podczas rywalizacji zawodnik wkłada do ust wiśnię, połyka miąższ a pestkę wypluwa tak daleko jak tylko potrafi.Uczestnicy mają do dyspozycji po trzy wiśnie, które sami sobie wybierają. 
Faworytem dzisiejszych zawodów jest wielokrotny mistrz świata Brian Krause, który kilka lat temu plunął pestką na odległość 28,5 metra. Rekord świata w tej konkurencji - według Księgi Rekordów Guinessa - wynosi 29 metrów i 12 centymetrów!!!!!
Wiśni co prawda nie miałam ale miałam.......

 czereśnie :)

Dlaczego by nie spróbować. Pierwsza czereśnia, pierwsza próba.... i porażka. Efekt, jakieś półtora metra, no może dwa. Po krótkim treningu podciągnęłam wynik do trzech metrów. 
Innym szło trochę lepiej. Jeden znajomy plunął w górę.....i cisza....nic do wody nie wpada. Już myślałam, że pestka trafiła na orbitę okołoziemską i będzie tam już krążyć, jak satelita. Ale na szczęście jednak spadła, jakieś 7 metrów od kajaka. :))
I to był rekord. Więcej się nie dało wycisnąć. Może to dlatego, że to czereśnie, a nie wiśnie. Może pestki wiśniowe są bardziej lotne :))))
Myślicie, że nasza Bronka z "Daleko od szosy" mogłaby mieć jakieś osiągnięcia w tej dyscyplinie?

Ps. Ciekawa jestem jakie Wy mielibyście wyniki ;))))



piątek, 5 lipca 2013

gorąco

Dżej zapytała mnie wczoraj czy u nas też tak gorąco...
Więc małpując  Mirabelkę strzeliłam fotkę :))))


No raczej :) Gorąco jak cholera. mogłabym się tym gorącem podzielić.Wiem, że na zachodzie dziś jakby chłodniej, to może tam ktoś by chciał???? Choć z 10 stopni???
Pies, rozpłaszczony na zimnej posadzce w kuchni, ani drgnie. Niewiele go rusza. No, może balon, nisko przelatujący nad domem, wzbudził jego niepokój do tego stopnia, że mało co mi na ręce nie wskoczył z nadmiaru emocji. Może ześwirował ;)
Ja chyba też zeświruję, jesli w najbliższym czasie nie ruszę nad jezioro. Ale mam nadzieję że już jutro. Mam takie swoje ulubione miejsce, nad Wigrami w Bryzglu. Przepięknie tam jest i cicho.....to najważniejsze. Wypożyczę kajak i popłynę w te wszystkie zatoczki schowane za trzcinami...będzie fajnie :)
Ale to jutro.

A dziś....skoro znów jest tak koszmarnie gorąco, to może by posłuchać muzyki, z tego najgorętszego kontynentu :) może będzie lżej? 



czwartek, 4 lipca 2013

mysleć żeby zapomnieć?

Zasłyszane w radiu kilka dni temu: 

żeby o czymś zapomnieć, trzeba o tym myśleć

przywoływać myśli świadomie, nie dać dojść do głosu tym "niekontrolowanym"
Próba ucieczki w zapomnienie kończy się przeważnie fiaskiem.
Im bardziej chcemy uciec od przykrych wspomnień, tym bardziej one nas gonią. 
Myśli te nie chciane spadają na nas gradem w najmniej oczekiwanym momencie. Po takiej  "nawałnicy" czasem trudno się pozbierać.
Więc może faktycznie warto poświęcić temu, o czym chcę zapomnieć, te dwie minuty dziennie....i mieć to z głowy?





środa, 3 lipca 2013

Motyl...książka do Poznania


Abi prosiła mnie żebym napisała parę słów o tej książce, więc spełniam obietnicę :)
"Motyl" to historia Alice Howald, wykładowcy na Harvardzie, pięćdziesięcioletniej niezwykle inteligentnej, aktywnej zawodowo kobiety, która pewnego dnia dowiaduje się, że ma Alzheimera. Chorobę przerażającą, dewastującą mózg i w konsekwencji życie. Odbierającą bez litości człowiekowi samego siebie, po kawałku.
Powieść napisana z punktu widzenia chorego, pokazuje zupełnie inne spojrzenie na tę chorobę.
Możemy się dowiedzieć jak czuje się ktoś skazany na tę dolegliwość, jak postrzega siebie i otoczenie. Jak traci osobowość, wspomnienia, powoli umiera....wciąż jednak żyjąc.
Powieść ta, to nie tylko opowieść o zmaganiach z ciężką chorobą, ale także piękny obraz o miłości i wsparciu ze strony najbliższych. O zrozumieniu i pomocy, której tak bardzo potrzebują chore osoby. Bez wsparcia najbliższych chorzy są zupełnie bezbronni. To choroba która dotyczy całej rodziny, a  nie tylko tych którzy są nią dotknięci.
Alzheimer nie daje żadnej nadziei. Jak mówi sama Alice, główna bohaterka, w każdej chwili zamieniłaby tę chorobę na raka. Mając raka mogłaby z nim walczyć, mogłaby poddać sie operacji, chemii, naświetlaniom.....miałaby nadzieję, szansę na zwyciestwo z chorobą. Tu nadziei nie ma.
"Motyl" nie jest lekką i przyjemna lekturą. Ale jest to książka, którą warto, a może nawet trzeba przeczytać. Nie można przejść obok niej obojętnie.
Na koniec cytat, który mnie bardzo wzruszył. Słowa które Alice kieruje do męża:
"- Tak bardzo mi przykro, że zachorowałam. Nie mogę znieść myśli, że będzie jeszcze gorzej. Nie mogę znieść myśli, że któregoś dnia spojrzę na ciebie, na twarz, którą kocham, i cię nie rozpoznam.
Palcami dłoni dotykała konturu jego szczęki, policzka oraz linii wyżłobionej przez dawno niegoszczący na jego twarzy uśmiech. Wytarła pot z jego czoła i łzy z jego oczu
- Na samą myśl o tym nie mogę złapać oddechu. Jednak musimy o tym mysleć. Nie wiem jak długo jeszcze będę Cię rozpoznawać. Musimy porozmawiać o tym co będzie."

wtorek, 2 lipca 2013

Przed północą....bardzo krótko

Wyganiam wszystkich tu obecnych do kina na film "Przed północą"

Film świetny!!
I te dialogi...takie prawdziwe. Chwilami czułam się jakbym siedziała z Jesse i Celine przy stole, czy też spacerowała z nimi greckimi uliczkami, przysłuchując się ich rozmowom. Nie siedziałam w kinie, tylko przeniosłam się do ich świata. Śmiałam się, wzruszałam, zamyślałam....uczestniczyłam niemalże w tych rozmowach :)
Nie mam pojęcia kiedy minęły te dwie godziny. Całe napięcie jakie miałam w sobie zeszło ze mnie. Jestem pełna pozytywnych myśli i chyba inaczej trochę patrzę na życie.
Nie jest może idealne (to moje życie)....ale jest prawdziwe :)))
Idźcie :)))
Jeszcze tylko muzyka, która wprowadzi was w klimat :))