piątek, 28 czerwca 2013

piosenka o znikaniu

Usłyszałam przed chwilą w radiu i strasznie mi się spodobała :)))
Uwielbiam audycje Marka Niedźwieckiego. Siedzę z uchem przy radiu, zła na każdy szum aut za oknem i stukot obcasów na korytarzu. 
Ale mimo tych hałasów....odlatuję.... 
Muzyka Niedźwieckiego sprawia że przez ten czas, kiedy on jest w eterze,  jestem lekko nieobecna :)



Zniknę stąd
Kochanie
Pusty kąt
Zostanie
Zniknę stąd
Jak zorza
W przestworzach
Zniknę stąd

Moje miejsce jest w pustelni,

Swe pomysły rodzę tu,
Im dozgonnie jestem wierny,
Rozumiemy się bez słów

wędrujący uśmiech

Tak ja to nazywam :)
Ktoś tylko musi zacząć, ktoś musi uśmiechnąć się pierwszy.
Dziś będę to ja....choć nie do końca ja, bo ktoś kiedyś to zaczął......no dobrze...może trochę za długo przytrzymałam ten uśmiech dla siebie. Ale dziś, jeszcze przed wyjazdem chcę go wam przekazać.

Tamtego ponurego, szarego przedpołudnia, lało całym niebem, zupełnie tak jak dziś.  Weszłam do kawiarni żeby schować się przed deszczem. Byłam już przemoknięta niemalże doszczętnie. W nie najlepszym nastroju, strzepując krople wody z włosów, zamówiłam kawę.


I taką właśnie dostałam. Buzia od razu mi się uśmiechnęła :) I jeszcze długo potem, kiedy już wyszłam na zewnątrz, kiedy spacerowałam ulicami miasta, uśmiech na mojej twarzy wciąż trwał, nie znikał :)  Przekazałam go pewnie innym mijającym mnie ludziom, oni być może innym....i tak dalej i tak dalej.....

Wyobrażam sobie świat jako konstelację małych lusterek w których odbija się to, co ludzie sobie nawzajem przekazują. Możemy odbijać niezadowolenie, smutek, grymas złości....albo uśmiech.
Ja wybieram to ostatnie i uśmiecham się dziś do Was życząc miłego weekendu :)))

Ps. A tak poza tym.....z uśmiechem wyglądamy piękniej...zawsze :)

czwartek, 27 czerwca 2013

a w sobotę...

W sobotę, wcześnie rano, jadę do Poznania.....do Dżej :)
Już dłużej nie mogę zwlekać, muszę zobaczyć (na żywo) tę moja iskierkę :)
Dżej poznałam tu na blogach.
Zjawiłam się u niej na blogu w listopadzie ubiegłego roku. Miałam wtedy jeszcze inny profil, jeszcze sama nie pisałam. Byłam w tym czasie potwornie rozbita emocjonalnie. Szukałam chyba kogoś takiego jak ja. Kogoś kto czuje podobnie. Szukałam bratniej duszy. I znalazłam :)))
Kiedy przeczytałam TEN wpis poczułam, że to właśnie ta osoba której szukam, że przezywa chyba coś podobnego do tego, co ja przeżywałam. Najpierw komentowałam u niej bardzo nieśmiało. Czułam się jeszcze bardzo niepewnie w tym blogowym świecie, byłam tam od niedawna. Potem pisałam coraz odważniej, zbliżyłyśmy się. Aż w końcu, gdzieś w połowie marca, po "kumulacji" na blogu Dżej zaprzyjaźniłyśmy się pozablogowo :)
Teraz paplamy ze sobą od rana do wieczora. Razem dzień rozpoczynamy i razem kończymy mówiąc sobie dzień dobry i dobranoc. Z Dżej mam pewność, że jutro będzie taka sama jak wczoraj....jest sobą i nie zmienia się. Jest prawdziwa :)
Dajemy chyba sobie to, co najlepsze. Zrozumienie, siłę i wiarę w to, że będzie dobrze :)

Do tej pory kawę i wino piłyśmy razem tylko wirtualnie. Czas na prawdziwe spotkanie. 
Nałożymy nasze najlepsze kiecki (tak Dżej Ty też) i popłyniemy w miasto....uczcić dzień w którym się poznałyśmy :)))
Przede mną ok 498 kilometrów, czyli jakieś 6-7 godzin jazdy pociągiem. Ktoś powie może, że to bez sensu, że mi odbiło. Jechać tak na jeden wieczór? Ale ja lubię podróżować, mnie to nie przestrasza. Wiem, że warto...dla tej dziewczyny i naszej przyjaźni warto.....choćby na parę godzin :)



Ps. W sobotę w Poznaniu Czesław Śpiewa....co prawda na koncercie już byłam, u nas w Supraślu, ale kto wie.... :)




środa, 26 czerwca 2013

14.30 majowe popołudnie

14:30 majowe popołudnie. Jak zawsze jestem w pracy (za wyjątkiem tych dni, kiedy nie jestem). Dzwoni telefon:
- chcesz polecieć balonem?
- kiedy?
- za dwie godziny
Głupie pytanie :) pewnie że chcę marzę o tym, od nie wiem jakiego czasu. Do tej pory tylko we śnie latałam (samolotu nie liczę) i  z tęsknotą zawsze patrzę w niebo. Zobaczyć cały świat z lotu ptaka, czując jednocześnie wiatr we włosach.....bajka :))
Spod dworca PKP zabrał mnie samochód, terenówka. Pojechaliśmy na miejsce startu. Najpierw trzeba było balon przygotować.....co trwa około godziny. Ale to też frajda, bo pasażerowie czynnie uczestniczą w tym zajęciu. Poza tym patrzenie na rosnącego przed oczami giganta....to robi wrażenie. Kiedy już wszystko było gotowe, wskoczyliśmy do kosza (nie myślałam że tam jest tak mało miejsca). Chłopak odczepił linę i zaczęliśmy się unosić. Miękko i płynnie, coraz wyżej i wyżej. 

 


Te małe białe ptaszki, to łabędzie, startujące do lotu wprost z rzeki.
Potem, kiedy byliśmy jeszcze wyżej, kiedy już leciały, wyglądały jak małe kawałeczki pociętych, białych karteczek....było ich całe mnóstwo.

Szachownica pól.....we wszystkich odcieniach zieleni i szarości


Z góry meandry rzeki wyglądały jak porozrzucane robaczki :)

Ale najfajniej było kiedy balon zaczął się obniżać i zbliżać się do lasu. Z zagajnika wybiegło stadko dzików, potem sarna. W oddali w wysokich trawach wypatrzyłam łosia. Tego się nie da opisać, to jest coś niesamowitego, magicznego. Sama nie wiedziałam czy robić zdjęcia, czy tylko chłonąć i cieszyć się. Czasem się zapominałam...zapatrzona w to, co działo się dookoła. Wiedziałam, że dane jest mi to na chwilę....tę krótką chwilę. Czy lepiej utrwalić to w pamięci czy na zdjęciach.



Już nad rozlewiskami, kiedy kosz balonu zaczął przesuwać się niemalże nad samiutką taflą wody, było najpiękniej. Ileż tam mieszka ptactwa. Gwar jak w przedszkolu. Nie wiedziałam, że wieczorami ptaki też potrafią być takie głośne.
W zachodzącym słońcu....krajobraz wypełnił się ciepłym światłem.
I wiecie co.....właśnie tam, w tym momencie, poczułam się naprawdę szczęśliwa :))))


wtorek, 25 czerwca 2013

szufladki pamięci

Gdybym chciała całe moje życie spisać na karteczkach, każdy dzień z osobna, nazbierałoby się tych karteczek tysiące. Gdybym chciała rozpisać dni na godziny, byłoby ich jeszcze więcej. Moją pamięć wyobrażam sobie jako ogromny pokój z wieloma szufladkami. Zupełnie jak w bibliotece.

Zdjęcie ze strony Biblioteki Uniwersyteckiej KUL w Lublinie 

Każda z szufladek ma swoją nazwę.
Na jednej z nich widać napis "moi przyjaciele". Do tej lubię często zaglądać. Z moimi przyjaciółmi przeżyłam wiele pięknych chwil.
Jest też szufladka z napisem "moje miłości". Kiedy ją wysuwam zawsze serce mocno mi wali.
W tych dwóch uchwyty są najbardziej wytarte i zniszczone od częstego zaglądania :)
Ale mam też i mniej miłe przegródki. Na dole, w samym rogu, są dwie nielubiane przeze mnie szuflady. Widnieją na nich napisy "ból" i "upokorzenie". Takie chwile przecież też były. Czasem uchylam je na kilka centymetrów, sama nie wiem po co, przecież nie chcę tego pamiętać. Więc zaraz czym prędzej domykam jednym silnym kopniakiem. Nie powinnam do nich wracać, bo i tak już nic nie zmienię.
Jest też w mojej pamięci jeszcze wiele pustych szufladek, czekających na kolejne dni z mego życia. I to ode mnie zależy, jakie karteczki w nich się znajdą i jakimi napisami będą opatrzone ich fronty. Nie chcę już widzieć napisów ból, wstyd, upokorzenie. Nauczona doświadczeniami z przeszłości postaram się uniknąć wielu takich sytuacji. Ale pewnie jakieś się jeszcze zdarzą.....jestem zbyt ufna i wciąż wierzę że świat nie jest taki zły :))
Póki co rośnie mi ilość karteczek w szufladce z napisem "mili i życzliwi ludzie"....to dzięki Wam Kochani :)
Dziękuję i życzę pięknego dnia :*****

niebieskie piórko...edit. Eloise




Obudziły mnie wrzaski, a może skrzeczenie....nie wiem jak to określić.
Darło się toto wprost pod moim oknem. Nie było wyjścia musiałam wcześniej wstać.
Wyjrzałam i aż się uśmiechnęłam....znalazłam wreszcie właścicielkę niebieskiego piórka które kiedyś leżało w ogrodzie pod jabłonką :) Piórko to ciągle mam....trzymam je (na szczęście) w takiej drewnianej szkatułce razem z zielonym kamykiem, muszelką z Hiszpanii, brokatowym mieniącym się piaskiem z jednej z greckich plaż....i jeszcze paroma innymi ważnymi drobiazgami :))

Dlaczego te sójki tak się darły pod moim oknem, nie mam pojęcia. Przyszły mnie obudzić? Zrobić mi awanturę? Tylko o co? Było ich kilka. Fruwały z drzewa na drzewo...strasznie podekscytowane. Może jednak chciały mi coś ważnego przekazać? Szkoda, że nie rozumiem mowy ptaków.
Ponoć sójki umieją naśladować głosy innych ptaków a nawet i zwierząt. (Sebastian pewnie coś wie na ten temat :))
Może, jeśli będą do mnie często przylatywać, nauczą się ludzkiej mowy i będziemy mogły kiedyś pogadać o poranku? Do tej pory myślałam, że tylko papugi tak potrafią.

Póki co....sójki natchnęły mnie chęcią wycieczki do lasu :) 
Czyli jednak coś przekazały :)

Wiem, że wpis zupełnie nie pasuje do muzyki, którą chce dołączyć...ale usłyszałam tę piosenkę tydzień temu i tak się do mnie uczepiła, że muszę ją Wam pokazać, bo to mi dziś w duszy gra :))






poniedziałek, 24 czerwca 2013

wieża radosci

To moje nieszczęsne uczucie "nie dość" dopada mnie co jakiś czas.
W ten weekend właśnie zaczęło się nade mną pastwić. Przygoniło myśli o tym, że przecież nie potrafię pisać i może nie powinnam zawracać ludziom głowy swoim blogiem. Nie piszę wierszy, nie umiem pięknie ubierać w słowa tego co chcę opowiedzieć.....może faktycznie mój blog jest przesłodzony, nijaki i lepki....
Ogarnął mnie dziwny niepokój. To uczucie nasiliło sie szczególnie dziś.....myślałam nawet o tym czy by nie zaprzestać pisania. I wtedy na moim blogu zjawił się Piotr :) Przeczytał jednym haustem kilkanaście moich wpisów, wszędzie zostawiając ślad, ciepłe słowa. Przywrócił mi wiarę w siebie i rozjaśnił dzień. Znów chcę pisać znów chcę się dzielić z Wami tym co we mnie i u mnie.
I nawet muza jakby bardziej pozytywna przychodzi mi do głowy :)))
Dobrej nocy wszystkim :****

Pina - trust

Miłość jest pięk­na tyl­ko wte­dy, 
gdy obie stro­ny mają do siebie zaufa­nie 
i są w sta­nie dać so­bie nawza­jem poczu­cie bezpieczeństwa.  

Margit Sandemo


Zaufanie....
Pina Bausch pięknie to oddała w tej choreografi
Zaufanie to świadomość tego, że jest obok mnie ktoś
na kim mogę polegać, 
ktoś kto mnie nigdy nie zawiedzie.
Miłość bez obaw, zazdrości, nieufności.....piękna, idealna
w taką właśnie wierzę....inna nie może być
a jeśli jest inna
niech nie nazywa się miłością

niedziela, 23 czerwca 2013

błękit, biała sukienka i motyle

Byłam dziś na chrzcinach mego bratanka. Nie lubię tego typu uroczystości. Nie lubię chrzcin ani komunii. Każde z nich zaczyna nieziemsko długą mszą, a kończy siedzeniem za stołem, czego nie cierpię.
Czy nie można by czegoś zmienić? Odejść od szablonu?

Rok temu będąc na Gran Canarii widziałam piękny chrzest. Nie wiem w jakim obrządku był odprawiany. To był chrzest w oceanie. Dziecko, rodzice i rodzice chrzestni ubrani na biało stali w wodzie. Co chwilę ktoś coś mówił, to były takie kilkuminutowe przemowy. Nie wiem, może to jakieś życzenia dla malucha. Może jakieś formułki. Stałam dość daleko nie słyszałam na tyle dobrze, żeby zrozumieć.






Potem dziecku zdjęto białe szaty i zanurzono je w oceanie.  Wszyscy uczestnicy uroczystości byli radośni, promienieli, bili brawa. Oni naprawdę cieszyli się tym wydarzeniem. Tylko maluchowi nie bardzo się podobało :)
Na koniec matka chrzestna otworzyła białe pudełko-szkatułkę. Z pudełka wyleciały kolorowe motyle. Wzbiły się wysoko w górę i odleciały w błękit.
Poczułam wzruszenie :) choć to nie moje dziecko, nawet nie mojej rodziny. Ale to było takie piękne, niesamowite! Stałam tam jak zaczarowana, nie mogąc się ruszyć.
A wszystko to działo się na tej plaży, w przepięknej scenerii....
Prawda że cudne miejsce na chrzest?


Ja natomiast musiałam spędzić ponad godzinę w dusznym kościele, choć przyznam że kazanie było bardzo mądre.
Potem spędziłam kolejna godzinę na poszukiwaniu klucza do domu rodziców. Dom trzeba było zamknąć, bo przyjęcie po chrzcie odbywało się w wynajętej sali. Że też akurat dziś musieli zgubić ten klucz!   Rozważaliśmy nawet taką ewentualność, że zamknę dom od środka i wyjdę przez okno :)
W mojej białej zwiewnej sukience w pastelowe kwiaty i sandałkach na szpilce wyglądałabym pewnie komicznie wychodząc przez okno po drabinie :)))) Pojawił się na szczęście inny pomysł na tymczasowe zamknięcie domu.
Chociaż.....może byłoby fajnie przypomnieć sobie, jak się darło sukienki na płotach, a potem w ukryciu przed mamą zaszywało mając nadzieję, że mama nic nie zauważy ;))

A case of You

Dziś tylko muzyka. W końcu jest niedziela, kto tam będzie chciał cokolwiek czytać.
Ale wypić ze mną poranną kawe i posłuchać muzyki....dlaczego nie?
Możemy nawet zatańczyć boso na trawie, wczoraj skoszona :)
Miłej niedzieli....wszystkim :****


Ps. A tak w ogóle to tęsknię za deszczem.....chyba mam dziś taki trochę deszczowy nastrój, a pogoda za oknem zupełnie ze mną nie współgra

sobota, 22 czerwca 2013

to co się nigdy nie zdarzyło

"Wspominamy tylko to co nigdy się nie wydarzyło"

C.R. Zafon "Marina"

Może nie aż tak.....może wspominamy nie tylko to, co istniało jedynie w naszej wyobraźni. Ale na pewno dużą część naszej pamięci wypełniają marzenia, a raczej może wizualizacje tego, co by mogło się zdarzyć gdyby......
No właśnie.....gdyby.....ale się nie zdarzyło.....
Wiec może lepiej o tym, co się nie wydarzyło zapomnieć i zacząć żyć....tu i teraz.
Nie patrzeć wstecz, bo i po co. Odczepić się wreszcie od tego, co moglibyśmy mieć, a czego nie dostaliśmy od losu.

"This is the life we've been given
So open your mind and start living"

To będzie moje motto na dziś.....a co będzie jutro....nie wiem :)
Może znów zacznę żyć wspomnieniem tego, co się nigdy nie zdarzyło......


piątek, 21 czerwca 2013

harley mój

Tak go nazywam....a chodzi o mój rower. :)))
Miałam już różne rowery. Niektóre nawet z jakimiś bajerami, przerzutkami, rogami, ale ciągle to było nie to. Czułam się na nich......no jak w nie swoim ubranku.
Aż wreszcie odnalazłam moją miłość :)


Czyż nie wygląda pięknie?
Zwróćcie uwagę na tę osłonę na tylnym kole. Mogę nim jeździć w sukience!!!! 
Bo ja strasznie nie lubię tych rowerowych majtasów z pieluchą i przeważnie jeżdżę w sukienkach.
I mam koszyk, do którego mogę włożyć koc, lemoniadę i jagodzianki (jakbym chciała sobie zrobić piknik w lesie :) )
I ma tylko trzy opcje zmiany biegów. Nic mi się w nim nie przycina i nie psuje. A z góry pędzi jak szalony. Bez trudu wyprzedzam wszystkich!
A ta kierownica....jak fajnie wygięta :) jak w starym rowerze.



Mogę jechać na nim wyprostowana.....zupełnie jak na harleyu :))))
Wiecie co.....idę się przejechać. Trzeba przecież sprawdzić co się zmieniło w okolicy przez ten tydzień kiedy mnie nie było :)))


czwartek, 20 czerwca 2013

uffff

Nareszcie wróciłam....dotarłam do domu
Jadąc samochodem krajową ósemką, usłyszałam tę piosenkę w trójce


Super!
I świetne słowa.
"być jak w kieszeni i nie jak na dłoni"
chciałabym właśnie tak.......poczuć się bezpiecznie......jak w kieszeni
nie chcę wiele...prawda?

A kiedy usłyszałam to
"gdy serce walczy, mózg się broni"
wiedziałam że to o mnie.....
właśnie to mi jest...odwieczna walka we mnie
serca z rozsądkiem


środa, 19 czerwca 2013

migawki z wakacji

W czwartek rano kończą się moje wakacje. Będę musiała opuścić ten raj.
Z każdego miejsca w jakim byłam przywożę kilka "obrazów"....zapamiętuję kilka, dosłownie kilka rzeczy, które w jakiś sposób mnie zachwyciły, czy urzekły.
Z takich "migawek" buduję moje wspomnienie, mój album z wakacji.
Wszystkiego nie byłabym w stanie spamiętać...ale te obrazki zapamiętują się same.

Pierwszy to wulkan Teide kąpiący się w pianie z chmur....zdjęcie nie oddaje tej miękkości


Drugi to fale oceanu roztrzaskujace się o posągi Guanczów w Candelarii


Trzeci to czarne plaże, jakich nie spotka się nigdzie indziej



Czwarty to surferzy...podziwiam ich siłę, zręczność i odwagę



I jeszcze.....na koniec....chłód oceanu i mokra sukienka :))) z powodu niespodziewanej fali, jaka "dopadła" mnie w czasie wieczornej wyprawy po zachód słońca :)




wtorek, 18 czerwca 2013

moje kanaryjskie poranki

Codziennie rano, kiedy się budzę, lubię chwilę poleżeć, pomyśleć, poukładać sobie wszystko jeszcze raz w swojej głowie....tylko na wakacjach mam na to czas. Tak normalnie wyskakuję z łóżka w parę sekund i pędzę. Wpadam w kołowrót zajęć, obowiązków i przyjemności. Ale tu, mogę sobie pozwolić na chwilę zatrzymania. A jeszcze mając przed sobą tak piękny widok i to nie ruszając się z łóżka.......
Okno w moim pokoju jest ogromne. Właściwie to to nie okno tylko szklana ściana. Za szklaną ścianą wysoka góra zza której co ranek wyłania się słońce. Efekt jest podobny do tego, jaki widzi się jadąc nocą krętą drogą. Jakby za chwilę zza zakrętu miało się wyłonić jakieś auto. Najpierw widzę wyraźny snop światła, jakby gigantyczne reflektory. Zbliżają się, rozświetlając okolicę, coraz bardziej i bardziej.Aż wreszcie zza góry wyłania się słońce, wdziera się do pokoju i oślepia....to znak, że czas wstać i zacząć nowy dzień. Za każdym razem witam go z uśmiechem i nadzieją, że będzie piękny :)
Kocham wschody słońca tak jak i zachody....a może jeszcze bardziej?
Wschód oznacza przecież początek czegoś nowego....chyba wolę kiedy coś się zaczyna, daje nadzieję, niż kiedy się kończy.
Chociaż.....każdy koniec jest ponoć początkiem czegoś nowego :) kto wie czy nie lepszego?

Popatrzycie ze mną na dzisiejszy wschód.... minuta po minucie.....
Zacznijcie dziś ze mną dzień...z uśmiechem :))))
Miłego dnia :*





poniedziałek, 17 czerwca 2013

brzoskwiniowa kula

Uwielbiam zachody słońca i codziennie idę po nowy......nad ocean.
Idę siadam i czekam....
Dzień w dzień tak samo. I wcale mi się to nie nudzi :)
Są tam ze mną i inni ludzie. Przychodzą w tym samym celu co ja. Siadają w różnych miejscach....jak widzowie w teatrze. Jedni na piasku na plaży, inni na skale wysoko, tak jakby chcieli widzieć więcej, jakby chcieli patrzeć dłużej na to cudne widowisko.
Wszyscy patrzą w jednym kierunku......obserwując brzoskwiniową kulę która zanurza się w oceanie,  próbując ogrzać jego chłodny błękit.

To widowisko....choć każdego dnia podobne...wciąż jednak zachwyca.
Czy można mieć dość zachodów słońca? Czy można się nimi znudzić?Chyba nie :)
Podobno zachody słońca lubią zakochani....
Hmmmmm....
No przecież jestem zakochana........
kocham Cię.........życie :))))


niedziela, 16 czerwca 2013

turkusowa zatoczka

Obiecana wczoraj turkusowa zatoczka :)



Prawda że pięknie tu? 
 
 

Wypatrzyłam na plaży ślady stóp. Ktoś wyszedł wprost z oceanu...tylko skąd się tam wziął?
Ślady prowadzą tylko w jedna stronę. Nie widać łodzi ani pomostu.....
To ślady kobiecych stóp.
Już wiem....może to jakaś syrena, zrzuciła swój rybi ogon, bo pokochała człowieka ....jak w tej baśni Andersena...pamiętacie ją?  Bardzo smutna baśń o nieszczęśliwej miłości.....






czuję

Czuję że to będzie szalony dzień :)
Jeśli z samego rana woda mineralna strzela jak szampan :D to nie może być zwyczajny dzień.
Ludzie siedzący w okolicy zamarli i spojrzeli na mnie pytająco, zastanawiając się zapewne co mam w tej butelce.
Pewnie nie uwierzyli że to tylko woda :D bo huk był jak trzeba.
Trudno :)
To była taka szczególna forma zwrócenia na siebie uwagi :P

Wieczorem idę na "dachówkę". Czyli imprezę u znajomych na dachu ich mieszkania. Z tego miejsca rozciąga się piękny widok na ocean i góry.
Znajomi przenieśli się tu kilka lat temu. To była nagła i spontaniczna decyzja. I na dodatek dobra. Są tu szczęśliwi :) Choć pracę ma tylko ona, choć nie mają własnego domu a jednak jest im dobrze. Nie słyszałam od nich nigdy narzekań, nie slyszalam o smutku. Są niesamowicie pogodni, życzliwi i otwarci.
Może to słońce tak działa na ludzi.
Pójdę dziś wykraść im trochę tej pozytywnej energii.

Piszę do Was z komórki, z leżaka :D nie dołączam więc ani zdjęcia ani muzyki
Zrobię to później
Wspaniałej i pogodnej niedzieli :)))))

sobota, 15 czerwca 2013

trzy lokalne żyjątka :)

Zgodnie z prośbą Sebastiana, oprócz ganiania za błękitem, ruszyłam na bezkrwawe łowy, w poszukiwaniu lokalnych żyjątek.

Zaczęłam tu :) od porannego barraquito.



Żyjątko lokalne przyfrunęło samo :)
Pomyślałam jednak, że może to nie w porządku, że ono przyszło do mnie. 
Że może jednak powinnam się wysilić i poszukać czegoś w okolicy.
No i wyruszyłam.

Znalazłam jeszcze pięknego motyla



i brzydkie jaszczury


Chyba wystarczy, prawda? :))) nabiegałam się za nim. Zwłaszcza motyla tak trudno "złapać"

Odkryłam dziś jeszcze śliczną zatoczkę, ale światło było zbyt ostre na robienie zdjęć.
Pójdę tam po kolacji. A zdjęcia pokaże wam jutro :)
Buziaki :**

piątek, 14 czerwca 2013

goniąc błekit

Spędziłam dzisiejszy dzień na "nicnierobieniu", błogim lenistwie.
Zupełnie to do mnie nie podobne, ale czasem widać trzeba się zatrzymać i popatrzeć w niebo.
Na moim niebie (cudnie błękitnym)  była wielka palma....tym ciekawszy widok :)


Na palmę co rusz przylatywały różne ptaki, których nazw niestety nie umiałabym podać.
Czyli jak nie patrzeć w sumie coś robiłam :)
Dzień zaczął się miło od kieliszka wina musującego cava. Taki tu zwyczaj, a zwyczaje miejscowe trzeba szanować :) I powiem Wam że zwyczaj jest dobry, bo pobudza i rozbudza. Chyba bąbelki z "szampana" unoszą nieco do góry :) Potem wypiłam barraquito gapiąc się na ocean....też niebieski.
Zatańczyłam zumbę, zjadłam ośmiornicę, popiłam białym chłodnym winem.
No i musiałam to co wchłonęłam spalić....więc pływałam. Też w błękicie :)


I wiecie co? Cudne jest to ganianie za błękitem. Zwiedzać będę jutro......może :)
Przepraszam że dziś tak lakonicznie i byle jak, ale spieszę się.....chcę zdążyć na zachód słońca......nad oceanem 
Buziaki :***




czwartek, 13 czerwca 2013

cztery żywioły

Nie było mnie tu chwilę, miało nie być dłużej....ale stęskniłam się za Wami. Nie umiem się oprzeć pokusie, żeby na Wasze blogi nie pozaglądać :)
Pomyślałam sobie, że skoro juz mam tu internet, to dlaczego by paru słów nie napisać? Nie mówię że codziennie, bo mam wakacje, ale chociaż dziś. Nie lubię, kiedy ktoś znika mi bez słowa, więc i ja postanowiłam tego nie robić :)
Wyruszyłam Kochani w wielki świat, i jak się okazało (zupełnie przypadkiem) w towarzystwie "wielkiego świata show businessu" :) a dokładnie w towarzystwie Conrado :)
Nie.....nie leciał ze mną, tylko obok mnie :) I tu mały wtręcik dla pań......Conrado w rzeczywistości jest równie śliczny jak w telewizji :) I ma szalenie ujmujący usmiech.
Conrado towarzyszył jakiejś grupie wycieczkowej z pewnej firmy uezpieczeniowej. Wiecie....taki typowy wyjazd integracyjny pod hasłem "Teneryfa czterech żywiołów"
Pierwszym żywiołem była na pewno pewna pani. Na oko po pięćdziesiatce, no może przed sześćdziesiątką, trudno to czasem określić. Typ.......sanatoryjna uwodzicielka i królowa parkietu. Brokatowe szpileczki, czarna koronkowa lśniąca sukienka, czerwone bolerko i blond fryzurka wprost spod szczotki fryzjera. Pani owa była szalenia "rozchodzona" i niemalże tańczyła na lotnisku bratając sie z wszystkimi z grupy i spoza niej :)
Drugi żywioł, to jak nic panowie w sklepie wolnocłowym. Dumnie wyszli stamtąd dzierżąc w dłoniach butelki whisky, wódki i innych specjałów, które to nie wiadomo kiedy i gdzie dostały się do ich krwioobiegów. Jakie to skutki przyniosło, możecie sie domyslić. :)
Pozostałe dwa żywioły są już chyba łatwe do odgadnięcia.
Na 100% chodzi o ocean i wulkan.
Z oceanem już się przywitałam. Wulkan zostawię sobie na kolejne dni.
A na dziś w planie butelka czerwonego wina na plaży i gapienie się.....w kanaryjskie niebo :)
Będę gapić się w gwiazdy i marzyć......bo to lubię robić najbardziej :)
A więcej o Teneryfie innym razem, jak znajdę chwilę.....tymczasem lecę na plażę.
Pogapicie się ze mną  w niebo?
Buziaki :***






środa, 12 czerwca 2013

Bajkopisarz, jego bajki i ich zgubne skutki

Dawno, dawno temu....tak zaczynają się wszystkie bajki :) nawet te, które słodko się nie kończą.
A więc dawno, dawno temu poznałam pewnego bajkopisarza. Pisał śliczne bajki, takie tylko dla mnie. Przenosił mnie nimi do cudownej krainy. Niestety otulana co wieczór pięknym, choć wymyślonym światem zaczęłam weń wierzyć. Bo te bajki nie były takie do końca oderwane od rzeczywistości, było w nich dużo faktów z mego otoczenia. Miejsca, osoby, zdarzenia, nawet okruchy moich marzeń....wiele bliskich mi rzeczy.
Pewnego dnia ów bajkopisarz, jednym zgrabnym zdaniem "nie powinnaś mi wierzyć, mężczyźni kłamią" sprowadził mnie na ziemię. Gruchnęłam o nią z łoskotem, bo latałam już dość wysoko.  Podniosłam się jednak, otrzepałam z brudu ubranie i postanowiłam napisać jedyną szczególną bajkę....tylko dla niego. Tamte jego bajki były miłymi fantazjami pełnymi ciepłych słów. Moja....jest trochę smutna, ale z morałem. Jeszcze ją mam....zachowałam na pamiątkę. Chcecie posłuchać?

Bajka o smutnym mężczyźnie i dzikim ptaku

Był sobie mężczyzna który kochał ptaki. Mieszkał w uroczym domu w lesie, nad jeziorem. Razem z nim mieszkała piękna papuga. Rozpieszczał ją jak tylko umiał. Całymi dniami ją podziwiał, chwalił się nią, opowiadał o niej wszystkim, nawet zupełnie przypadkowo spotkanym ludziom. Niby wszystko było idealnie. Mieszkał w pięknym domu, otoczonym lasami i jeziorami. Ukochany ptak był cały czas z nim, a jednak wciąż czegoś mu brakowało. Często siadał smutny i zamyślony przed swoim domem i patrzył tęsknie w niebo, tak jakby czegoś wyczekiwał.
Pewnego dnia, z tego zamyślenia wyrwał go ptak, który nagle pojawił się na tarasie. Ptaszek przekrzywił łepek i z zainteresowaniem przyglądał się smutnemu mężczyźnie. Nie był taki kolorowy i piękny jak papuga, miał zniszczone wyskubane piórka.....widać było, że musiał mieć jakieś nieprzyjemne przygody. Ptakowi spodobał się ten smutny mężczyzna. Budził jego zaufanie swoim spokojem i siłą. Ptak pomyślał że można tu gdzieś w kątku, pod sufitem ulepi sobie małe gniazdko i będzie mógł się czuć wreszcie bezpieczny. Nie chciał wlatywać do domu, nie chciał żeby ktoś go karmił...był dzikim ptakiem umiał znaleźć sobie pożywienie, chciał tylko bezpiecznego kąta w którym będzie mógł nabrać sił i wyzdrowieć. Wiedział że nie zamieszka tu na zawsze....ale nawet chwila była dobra, choć te parę miesięcy. Ptak zaczął budować swoje małe gniazdko w najciemniejszym kącie tarasu, nie chcąc nikomu przeszkadzać. Mężczyzna obserwował mozolną pracę ptaka, a w kącikach jego ust zaczął pojawiać się delikatny uśmiech. Czasem podkładał mu małe gałązki, patyczki, żeby pomóc ptakowi stworzyć nowy dom. Polubił go. Ptak poczuł się szczęśliwy miał swój bezpieczny kąt i nowego przyjaciela. Witali i żegnali razem dzień. Byli niemalże nierozłączni. I było im dobrze. Mężczyzna  nie czuł się już taki samotny, już się uśmiechał, już nie patrzył tęsknie w niebo. Ich wieź się zacieśniała, a jednocześnie nikt nikomu nie zabierał wolności. Ptak codziennie po porannej rozmowie z mężczyzną wylatywał  w niebo, jak najwyżej. Miał w sobie radość odzyskał siły, czuł się znów jak dawniej. Mężczyznę zaczął za to dręczyć dziwny niepokój. A co będzie jak papuga dowie się o tym małym ptaszku, który tu zamieszkał? Może być niezadowolona. Przeszył go strach. Strach silniejszy od sympatii jaką darzył ptaka. I kiedy ten, jak zawsze, poleciał na swoją wyprawę w przestworza, mężczyzna wziął wielkiego drąga i zniszczył gniazdo. Rozbił je na drobne kawałki powtarzając przy tym "nie będzie mi tu żaden dzikus zbliżać się do mojej pięknej papugi,  niech sobie buduje gniazdo gdzie indziej, dalej. Może tu przylatywać ale niech nie przekracza ogrodzenia i tak go będę widzieć nawet z daleka, to mi wystarczy"
Kiedy ptak jak zawsze radośnie podfrunął pod dom......zastygł niemalże w powietrzu. Gniazdo zniszczone....dlaczego....dlaczego znów ktoś zniszczył to, co on z takim mozołem tworzył? Ptak usiadł na pobliskiej ławce, pod sosnami, nie wiedział co ze sobą zrobić, gdzie się podziać. Odleciał w końcu na pobliskie drzewa. Tę noc spędził bez domu, nie mógł usnąć....znów się bał. Bał się już budować cokolwiek i gdziekolwiek.
A mężczyzna....mężczyzna usiadł wieczorem na tarasie i usłyszał dawno niesłyszaną ciszę. Tylko jakby czegoś mu brakowało. Może świergotu? Może wieczornych rozmów z ptakiem? Może poranków z jego radością? Znów poczuł się samotny. Chociaż przecież nie był sam. Miał swoją cudną papugę. Wszedł do domu i z dumą popatrzył na nią. Muszę jutro znów komuś o niej opowiedzieć, jest taka piękna i tylko moja, pomyślał mężczyzna i usnął....

wtorek, 11 czerwca 2013

la libertad

Wolność. Czym jest? Chodzi mi akurat o wolność w związku....nad tą chciałam się zatrzymać.
Każdy zdefiniowałby ją pewnie w inny sposób. Dla jednego byłaby to możliwość wyrwania się z kumplami na piwo. Dla drugiego możliwość ucieczki się od codziennej rutyny i obowiązków. Dla kogoś innego jeszcze niezależność finansowa. Nie wiem.....strzelam teraz takie przykłady, może i głupie. Ale czasem słyszy się takie zdania....."dałam mu wolność może robić co chce".
Jak to dałam? Wolności nie można dać, tak jak i nie można jej odebrać. Przecież wolność jest w nas, w naszych głowach. Możemy komuś pomóc, stworzyć warunki do tego, żeby poczuł się wolny, dając mu swoje zaufanie, szczerość, poczucie bezpieczeństwa. Ale nie możemy dać samej wolności...to nie bilet na pociąg relacji niewola-wolność.

"Być wolnym to móc nie kłamać" (Albert Camus)

To jedno zdanie najlepiej chyba oddaje istotę wolności w związku....tak mi się wydaje. Bo jeśli jestem z kimś, przed kim nie muszę udawać, nie muszę nic ukrywać, ani kłamać....to jestem wolna. Z taką wolnością zawsze będzie się wiązać szacunek, poczucie bezpieczeństwa, zaufanie....czyli wszystko to co tworzy udany związek.
Wolność to też jak śpiewa Yasmin Levy "prawo wyboru"
A czym dla Was jest wolność?


libertad por el derecho a elegir
de que manera vivir tu vida

wolność przez prawo wyboru
w jaki sposób przeżyć swoje życie

poniedziałek, 10 czerwca 2013

runaway

W pracy towarzyszyło mi zawsze dwoje przyjaciół byczek i małpka....stali sobie właśnie tu pod monitorem, patrzyli na mnie, rozmawiali ze  mną, stawiali do pionu kiedy trzeba, wspierali mnie w najtrudniejszych chwilach. Zawsze miałam ich blisko siebie :)


Byczek....duży i silny. Czułam,  że mam w nim oparcie, że jakby co nastawi swoje rogi i rozniesie wszystkich moich wrogów. Z jego oczu biło ciepło i spokój. Z takim przyjacielem mogłam czuć się bezpiecznie.
Małpka jak to małpka wesoła, psotna, iskierka, przy tym bardzo mądra. Rozweselała mnie jak umiała, przytulała, była takim promykiem. I nawet kiedy dzień paskudnie się zaczął pomagała mi skończyć go uśmiechem.
No jak z taką dwójką nie poradzić sobie z problemami? Siła i radość, bezpieczeństwo i lekkość każdego dnia. Mieszanka idealna. Ale w pewnym momencie zaczęłam zauważać coś dziwnego. Kiedy przychodziłam rano do pracy byczek stał jakby trochę dalej, ukrywał się za monitorem, albo po prostu odwracał tyłem do mnie. Jakby się przed kimś chował, albo gdzieś wybierał. Nie wiem może to panie sprzątające go przestawiały. Delikatnie brałam go w dłonie, głaskałam, przytulałam i stawiałam na poprzednie miejsce, tuż obok małpki, a on uśmiechał się do mnie :)
Któregoś ranka, tuż przed moim wyjazdem do Madrytu, kiedy przyszłam do pracy zobaczyłam, że go nie ma. Nie było go za monitorem, ani obok biurka, ani za drukarką. Zniknął, zapadł się pod ziemię. Pomyślałam że może poszedł na łąki, szukać jałówek i hasa tam z kwiatkiem w zębach ;)
A może zagubił się!? To by było okropne!!! Może wyruszył na nocną wyprawę po biurowych korytarzach i coś mu się stało? Przez cały pobyt w Madrycie martwiłam się, tęskniłam za nim.
Na szczęście kiedy wróciłam okazało się że się odnalazł.....stał na biurku obok drukarki trochę dalej niż zwykle :) patrzył ma mnie pytająco. Poczochrałam mu czuprynę, dałam buziaka i postawiłam obok małpki. Nie pytałam gdzie był i co robił...bo i po co ;)
Zupełnie nie wiem dlaczego tak się bałam....pewnie gdzieś w tyle głowy mam zakodowane, że ludzie czasem bez słowa znikają. Ludzie tak......ale nie przyjaciele przecież :) prawda?

Ps. Chociaż.....nie wiem....nie wiem co się dzieje, bo znów nie mogę go znaleźć....zniknął. Co też mogło się wydarzyć????


niedziela, 9 czerwca 2013

podsumowanie dnia

Powiększyła się kolekcja moich tatuaży. Z samego rana przybył nowy....wyjątkowo paskudny.
(a mówią że dobro do nas wraca.....coś mi tu nie gra)
Potem drogę przebiegł mi czarny kot, z dzwoneczkiem na szyi. Dzwoniący pech ;)
Ten dzwoneczek pewnie po to, żebym go zauważyła.  Biegł i wydzwaniał: "i tak nie spotka Cię szczęscie, już ja tego dopilnuję"
Ale czy ja muszę cieszyć się swoim szczęściem? Mogę przecież Waszym. Każdy Wasz pozytywny wpis, każde fajne zdarzenie już mi sprawiają radość. A suma tych wszystkich radości uniesie mnie znów do góry :)
Zajrzałam na blog marcisena
A jego cudnie klimatyczne zdjęcia z wyprawy rowerowej natchnęły mnie, żeby wyruszyć na swoją i przy okazji przemyśleć sobie parę rzeczy.


Powietrze po deszczu rześkie. Chmury już się chyba wypłakały, bo wyszło słońce. Nad głową tańczące stada wróbli. Aż chce się żyć!
I wiecie  co wymyśliłam?
Chrzanić czarne koty i tatuaże!!!
Jest we mnie tyle ciepła i pozytywnych myśli, że żaden tatuaż, nawet najbardziej kiepski, nie zniszczy wewnętrznego spokoju jaki z trudem w sobie zbudowałam :)

A łąka już kwitnie wszystkimi kolorami. Pięknie jest :)






sobota, 8 czerwca 2013

na pięciolinii



Przed moim domem ktoś rozpiął pięciolinię.
Każdego ranka wychodzę na balkon, patrzę w niebo, sycę oczy kolorami kwiatów i słucham muzyki jaką grają mi ptaki siadające na drutach.
Mieszkam blisko lasu i moje poranki pełne są świergotu ptaków.
Dziś przyleciało kilka maluchów. Usiadły na mojej pięciolinii, co chwilę zmieniając miejsca.
Nie nadążałam z czytaniem nut. Nie wiem co mi grały, wszystko działo się tak szybko....
Ale ja zagram Wam to, co dziś gra w mojej głowie....piękny kawałek Daft Punk. Kiedyś grałam Wam Get Lucky a dziś to.
Słonecznego dnia :*



piątek, 7 czerwca 2013

trzy życzenia



Zawsze kiedy obserwuję wędkarzy stojących na pomoście, kiedy przyglądam się jak zdejmują rybę z haczyka, przypomina mi się bajka o złotej rybce.
Nieraz już się nad tą bajką zastanawiałam. Trzy życzenia......to nie jest łatwe....mam ich przecież mnóstwo. Może nie życzeń, tylko marzeń. Nie umiałabym wybrać tych trzech najważniejszych. Bo takie w rodzaju "chcę mieć piękny dom i dużo pieniędzy" mnie nie satysfakcjonują.
Mam jednak takie jedno szczególne życzenie. Szczególne, bo strasznie trudne do spełnienia. Chciałabym poczuć szczęście, ale takie trwałe szczęście, nie chwilowe, bo te jest mi już znane. Te które znam jest jak pośpieszny pociąg. Długo oczekiwane i wypatrywane pojawia się na mojej stacji, gości na niej tylko chwilę, po czym z gwizdem odjeżdża. A ja chciałabym poczuć to na dłużej.....taki błogostan. Kolejny dzień witany i żegnany z uśmiechem i pewnością, że jutro też będzie pięknie......ech......
Czasem kiedy uda mi się przeżyć bez kłopotów i z lekkością pół dnia zaczynam się bać. Czuję, że coś jest nie tak. Że to niemożliwe. Zaczynam się z niepokojem rozglądać z której strony tym razem los da mi kopniaka. Bo to, że da, mam zagwarantowane....lata doświadczeń ;)
Kurczę, a może chcę zbyt wiele?  Bo kto to widział? Szczęście, nie na chwilę, nie na dzień....tylko na dłużej? Skandal! Może to zbyt trudne zadanie, nawet dla złotej rybki.
A z resztą.......nie potrzebuję jej. 
Poradzę sobie sama!
Bo dopóki w nie wierzę, w to że może się spełnić, dopóki mam nadzieję, mam i szansę.....prawda?


 


czwartek, 6 czerwca 2013

w czeluściach damskiej torebki

Damska torebka.....nasze królestwo i wielka zagadka dla facetów.
Po pierwsze po co taka duża? Po drugie co w niej jest?
Wysypałam zawartość mojej na stół.
Cóż my tu mamy.....oprócz rzeczy typowych, czyli kalendarza, dokumentów, kluczy do domu, kluczyków do auta z przyczepioną do nich uśmiechniętą małpą  i portfela z "niebieskiego pytona" ;) mam na przykład notes. Z widokiem na Park Güell i moją ukochaną Barcelonę na okładce. Zapisuję w nim moje "genialne" myśli jakie mi akurat przychodzą do głowy. Słowa które pojawiają się nagle i równie szybko znikają. Jeśli ich nie zapiszę......umkną.


Co tam jeszcze leży. Okulary słoneczne.....mam je zawsze, niezależnie od tego czy świeci słońce czy pada deszcz. Kiedyś przecież może przestać padać :)
Hmmmm właśnie przyszło mi do głowy że parasola nie zabieram z domu, jeśli akurat nie leje.
A przez analogię powinnam go też zawsze mieć przy sobie, bo może zacząć padać ;)
Co jeszcze.....stara karta parkingowa.....Po co? Mam tam zapisany tytuł piosenki, którą usłyszałam jadąc autem. Zapisek koślawy bo na kierownicy robiony, w czasie jazdy.....nawet nie wiem czy odczytam, ale spróbuję.
O......jest coś jeszcze :))))) zielony kamyk.



Znalazłam go nad morzem. Kiedy jest suchy nie wygląda już tak pięknie jak wtedy, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam. Leżał na brzegu, na mokrym piasku, w słońcu lśnił i wydawał się być bardziej zielony niż teraz. Ale jego zielona, morska moc, być może po prostu nie chce się tu na stałym lądzie ujawniać :)

Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małą kobietką, wręcz podlotkiem, ojciec mówił mi że każda dziewczyna powinna mieć w torebce scyzoryk, bo to nigdy nic nie wiadomo. Sam też mi taki podarował. Niezbyt skomplikowany, czarny, prosty dwa wysuwane ostrza, jedno większe drugie mniejsze. Jakiś czas królował w mojej torebce, aż zamieniłam go na błyszczyk do ust i buteleczkę perfum.
Myślę, że tak jest lepiej, bardziej kobieco niż ze scyzorykiem ;)
Chociaż.......ostatnio widziałam taki fajny w sklepie w Austrii. Miał wiele ostrzy i nawet takie różne śrubokręty, mówię Wam świetny......
STOP!!!!
po cholerę mi scyzoryk :)
niech go nosi facet :) jeśli oczywiście chce. Mi wystarczy błyszczyk i zielony kamyk :)))))

A teraz piosenka......ta zapisana na karcie parkingowej. Jednak udało mi się odczytać.
fajna nie? :)






środa, 5 czerwca 2013

La Prima Vez - pierwszy raz

Wszystko co dzieje się w naszym życiu po raz pierwszy, ma szczególny smak.
Smak niespodzianki, zaskoczenia, wielkich emocji, odkrywania czegoś nowego.
To niepowtarzalne i nieporównywalne z niczym uczucie :)
Pierwszy dotyk dłoni chłopaka, pierwszy pocałunek, pierwsze spojrzenie na morze, pierwszy lot samolotem, pierwszy........można by tak bez końca prawda?
Mam nadzieję, że nie odkryłam jeszcze wszystkich "pierwszych razów", że jeszcze dużo takich emocji i niespodzianek przede mną.
Bo jeśli nie......to co by to za życie było, to które mnie czeka?


Pina Bausch, której choreografie kocham :)

wtorek, 4 czerwca 2013

niskie stany nastroju na rzece życia

Odnotowuję niskie stany nastroju na rzece życia
czasem tak bywa
dzień zaczął się pogodnie, choć niebo zasnute było chmurami
kończy się za to........tak jak sie kończy
choć świat jest pełen słońca
życie bywa przewrotne
czasem tak bywa.....


komórka w kąpieli

Zakupiłam nową komórkę, Nokia Lumia 620. Próbuję się z nią zapoznać i oswoić.
Przechodzę ze zwykłego Sony Ericsson Elm...więc to duży przeskok. Do tej pory wierna byłam klawiszowcom :) twierdząc że telefon ma mi służyć do dzwonienia i pisania sms-ów,
a do korzystania z internetu komputer. 
No dobra wymiękłam i uległam.....spróbuję żyć z telefonem dotykowym :)
Jako że dbam o sprzęt z którym obcuję, postanowiłam zakupić folię ochronną na wyświetlacz. Nie lubię kiedy jest brzydko porysowany. Udałam się do najbliższego sklepu z akcesoriami
i wyłożyłam panu o co mi chodzi, pytając czy aby taką folię posiada. 
- na pewno :) bo to ostatnio bardzo popularny telefon wśród młodych 
Cholera kpi ze mnie czy jak? no ale nic....uśmiechnęłam się tylko, a sprzedawca nie ustawał w poszukiwaniu właściwego modelu. Szukał, szukał, szukał.....już myślałam że nie znajdzie, ale nagle wyciąga i mówi:
 - jest :) a wie pani jak ja założyć?
- ależ oczywiście
- a jak? 
- normalnie, przecieram szmatką ekran, przykładam z jednej strony, dociskam i przesuwam
 do następnej krawędzi.
- hmmmm no nie do końca.
- ?????
- powinna pani pójść pod prysznic, albo do wanny....
- z komórką?
- tak, ja zawsze tak robię, włączam jakiegoś youtooba (no tak.....tylko dokąd ten pan swoją
 opowieścią zmierza?)
- i co dalej?
- powinna pani wziąć bardzo długą i gorącą kąpiel
- ????????
- a kiedy pomieszczenie będzie już pełne pary, proszę przetrzeć wyświetlacz i przykleić folię. Para unosząca się w powietrzu sprawi, że żadna pyłki nie będą fruwać, a co za tym idzie nie dostaną się między folię a ekran.

No i co słyszeliście o takich metodach????
Teraz nie mam jak, ale wieczorem pójdę do wanny :))))
z komórką :))))



poniedziałek, 3 czerwca 2013

tuż przed południem

W Pałandze....jest taki centralny deptak.....coś jak ulica Bohaterów Monte Cassino w Sopocie.
Deptak prowadzący wprost do plaży. Właśnie tam wieczorami można spotkać mnóstwo ludzi idących obejrzeć przepiękny zachód słońca na molo. Miejsce to ma swój niepowtarzalny klimat i urok.


Nie tylko wieczorami jest tam tłoczno. W ciągu dnia też tętni tam życie. Przewijają się tłumy spacerowiczów. Tam jest wata cukrowa, tam siedzi chiromanta, facet z papugą i ogromnym wężem, z którym można (za opłatą) zrobić sobie zdjęcie. Wahałam się, czy go nie dotknąć ale strach zwyciężył. Nie dotknęłam ;)
Na tej ulicy też stoją wszyscy, którzy umieją na czymś grać i chcą trochę tym graniem zarobić. Umieją czy nie umieją (raczej to drugie) ale nie oceniam, tylko doceniam to, że się starają, że im się chce.
A jeśli hałas i gwar zmęczą, jeśli chce się odrobiny ciszy, wystarczy tylko zejść z tego głównego deptaka, parę kroków w bok. Kawałek dalej zaczyna się inny świat, jakby zapomniany przez wszystkich, opuszczony i zaniedbany. Są tam jakieś zaplecza hoteli, jakieś szczątki fundamentów niedokończonych budowli. Nawet liliowa barierka nad kanałem w tym miejscu jest bardziej obdarta i pordzewiała niż gdzie indziej.
Lubiłam chadzać tamtą ścieżką,  "na zapleczu", z dala od gwaru, hałasu, tłumów.
Kiedy się tam wchodziło, czuło się coś w rodzaju ulgi, jaką się czuje kiedy człowiek wychodzi ze sklepu, ze zbyt głośną, nachalną muzyką. Zamykają się za nami drzwi sklepu i pojawia się myśl "nareszcie cisza".
To miejsce upodobał sobie też jeden z ulicznych grajków. Starszy mężczyzna, grający często na bulwarze. Wyglądał trochę jak bezdomny, choć nie wiem czy nim był. Może tylko był bardzo zaniedbany i ubogi. Siedział na trawie nad brzegiem kanału, coś jadł. Obok niego leżała gitara "ubrana" w pokrowiec. I ten właśnie pokrowiec mnie urzekł :)  Uszyty był ze starej skórzanej kurtki. Guziki biegły akurat wzdłuż gryfu, na końcu był kołnierz, lekko postawiony. Gitara wyglądała jak opatulona ciepłą kurtką. Wyglądała jak towarzysz grajka, jego dobry przyjaciel, któremu oddał swoją starą kurtkę. Jak kumpel z którym przysiadł na trawie, żeby zjeść razem śniadanie.....kto wie.....może to był jego jedyny kumpel....


niedziela, 2 czerwca 2013

co było prawdą a co snem

Wróciłam :)
Wszystko było super :) Odpoczęłam, opaliłam się, wyciszyłam. Czego chcieć więcej?
Pogoda mieszana.....wszystkiego tyle ile trzeba, w odpowiednich proporcjach :) Przecież nie może być cały czas słonecznie, to by było nudne.
Tak jak zamierzałam....kiedy tylko przyjechałam poszłam przywitać się z morzem. Daleko iść nie musiałam, bo to tylko 200 metrów przez pachnący żywicą sosnowy las. Na dodatek alejka prowadząca do morza obsadzona była liliowymi bzami. Na końcu tej alejki znajdował się uroczy niebieski mostek :) widok jak z bajki.


Za mostkiem drewniana kładka. Jeszcze tylko parę kroków i już można było zobaczyć morze :))))
To właśnie ten moment który uwielbiam....pierwsze spojrzenie i ten dreszcz emocji, ten długo wyczekiwany widok, wyłaniający się zza wydmy.


Na plaży było naprawdę niewielu ludzi, pojedyncze osoby, gdzieś tam w oddali.
Tak więc kocyk, ręczniczek i kładę się....zamykam oczy, słońce cudnie grzeje morze szumi......ech.....żyć nie umierać.
Kiedy tak leżę, słucham szumu fal, świergotu ptaków.....zaczynam zatracać granicę między jawą a snem. Nie wiem co dzieje się naprawdę, a co mi się tylko wydaje. Cudowny stan. Uwielbiam to falowanie na granicy świadomości.
W pewnym momencie miałam wrażenie że ktoś przesłonił mi słońce. Stanął nade mną jakiś wysoki, przystojny mężczyzna. Z zarostem i nieco dłuższymi, rozwianymi przez wiatr włosami. Wydawało mi się że skądś go znam. Charakterystycznym ruchem przeczesał włosy, odgarniając je do tyłu. Już miałam się odezwać, już miałam się dowiedzieć kim jest, skąd się tu wziął?......kiedy obudził mnie krzyk mewy przelatującej tuż nad głową.


Mężczyzna nagle zniknął. A może mi się tylko wydawało ze tam stał? Może ten cień który na mnie padł rzuciła ta czarna chmura, która akurat nadpłynęła z północy?
Tak bardzo wypatrywałam mego marynarza, że aż przyszedł do mnie.....tyle że we śnie :)
A może to ta chmura mi się przyśniła...a marynarz był prawdziwy?
Kto wie........
Kiedy nocą wracałam do domu w radiu na fortepianie grał Adrian Gaspar. Pięknie grał.....a moje myśli znów powędrowały na plażę, do tego dziwnego snu.....
Co jest prawdą, a co snem?......kto wie......