środa, 29 maja 2013

morska bryza

Jutro jadę nad morze. Tak dawno go nie widziałam, tak bardzo tęskniłam za jego szumem i zapachem.....
Jadę nad Bałtyk. Ale nie nasz polski, bo za daleko. Bliżej mi na Litwę do Pałangi. Ceny niższe, ludzi mniej, a plaże jeszcze piękniejsze.
Tuż po przyjeździe, kiedy tylko wrzucę tobołki do pokoju, pójdę się przywitać z morzem.
Lubię iść w jego kierunku, słuchając narastającego szumu. Potem pojawia się ten charakterystyczny zapach przywiany morską bryzą, a wreszcie wyłania się bezkres...i aż zapiera dech w piersi z zachwytu. Tego uczucia się nie da z niczym porównać...
Jeśli będzie słonecznie i ciepło będę się opalać.
Jeśli będzie chłodniej, pojadę na Półwysep Kuroński powłóczyć się po wydmach i pozwolę wiatrowi wytargać mnie za włosy.
Będę robić zdjęcia.....dużo zdjęć
Będę kopać fosy, budować zamki i tamy.
Będę spacerować brzegiem morza, bo to uwielbiam.
Jeśli będzie zbyt mocno wiało zaparawanię się, okopię i będę sobie wyobrażać, że mieszkam w małym drewnianym domku na klifie. Będę tęsknie patrzeć w morze i wypatrywać marynarza z moich marzeń....

Poczekajcie tu na mnie....za cztery dni wracam :* :* :*




wtorek, 28 maja 2013

jeszcze kręci mi sie w głowie

Byłam dziś w kinie na "Wielkim Gatsby"
Film mnie uwiódł. Oczarował obrazami, określanymi przez niektórych jako kiczowate. Dla jednych kiczowate dla mnie bajkowe. Podobało mi się połączenie klimatu lat dwudziestych ze współczesną muzyką, wyszła z tego niesamowita mieszanka. W ogóle cała ścieżka dźwiękowa do filmu jest genialna. Nie chcę się rozpisywać i tworzyć tu czegoś w rodzaju recenzji, bo chyba nawet nie potrafię.
Jestem po prostu pod wrażeniem tego kolorowego i oszałamiającego widowiska, ale i jestem (po raz któryś już) wzruszona opowieścią o niesamowitej miłości. Miłości dla której Gatsby gotów był zrobić wszystko. Gotów był zrobić wszystko, aby odzyskać uczucie Daisy, ażeby spełnił się jego piękny sen. Gonił za marzeniem, i kiedy wydawało mu się że jest już tak blisko, że wystarczy po nie siegnąć ręką....minęło go......zostawiając samego na pomoście z bezradnie wyciągniętą dłonią.
Mam w głowie milion myśli, o miłości, szczęściu, przeznaczeniu, marzeniach....to dobrze to znaczy, że film spełnił swoją rolę. Poruszył mnie i pozostał we mnie. Ale jeszcze dziś nie potrafię tych wszystkich myśli poukładać. Piszę chaotycznie, bo jeszcze we mnie to wszystko się dzieje, jeszcze kręci się w głowie, jeszcze gra ta muzyka......

Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?
Will you still love me when I got nothing but my aching soul?
I know you will, I know you will
I know that you will
Will you still love me when I'm no longer beautiful?

tęczowe bańki

Kto ich nie puszczał? Kto ich nie lubi? Ja uwielbiam :)
Kiedyś używałam do tego zwykłej słomki porozdzielanej na końcach i kubeczka z rozpuszczonym mydłem. Pamiętam zachlapaną podłogę w kuchni i spojrzenie mamy pełne dezaprobaty. Wyganiała mnie na podwórko. Ale tam, tam było tudniej, tam wiatr zbyt szybko je porywał i niszczył.
Teraz w sklepach mamy wręcz profesjonalny sprzęt i specjalne płyny do robienia baniek. Teraz nietrudno wyhodować takiego giganta :)



Co takiego jest w bańkach, że tak mi się podobają, budzą mój zachwyt?
Chociaż żyją tylko krótką chwilę.....ale jakże niesamowita jest ta chwila. Tęczowe balony szybując w górę, mienią się feerią barw, zmieniają kształty, zachwycają. To nic, że za chwilę prysną i ich nie będzie.
Są niezwykłe i ulotne jak marzenia senne, które znikają z pierwszym mrugnięciem powiek, pozostając w naszej pamięci pięknym wspomnieniem.
Są jak magiczne chwile z naszego życia, które czasem może trwają zbyt krótko, ale lepiej że są, niżby miało ich w ogóle nie być.
Przecież życie składa się z chwil, takich właśnie kolorowych.

Nadal lubię puszczać bańki i nie mogę się oprzeć, żeby od czasu do czasu nie sprawić sobie tej drobnej przyjemności :)  Każdy ma jakieś swoje małe radości :) ja mam akurat takie.



If I could write out my own dream
For the next time that I sleep
You'd be the first one that I see








poniedziałek, 27 maja 2013

Slowly

Znów od rana pada. W taki deszczowy dzień jak dziś, muszę najpierw......(zanim wyjadę z garażu).....uprzątnąć z podjazdu nieproszonych gości.


Pełzną jak gdyby nigdy nic, nie przeczuwając niebezpieczeństwa jakie im grozi.
Tak wiec delikatnie chwytam, każdego z nich, za domek i przenoszę w jakieś bezpieczne miejsce. Staram się przy tym posadzić moich deszczowych wędrowców na jakimś gładkim listku, żeby nic im nie uwierało w stopę :) Najpierw z niepokojem chowają się. Ale kiedy już poczują, że są tam gdzie być powinni, powoli wyglądają zza węgła. Leniwie wystawiają na światło dzienne najpierw stopę, potem rogi. Robią to tak, jakby zupełnie od niechcenia, jakby nic nie musieli, jakby ich czas wolniej płynął. Chociaż żyją krócej, nigdzie się nie spieszą. Powoli przemierzają świat.
A ja....wiecznie gdzieś gnam. Chciałabym zobaczyć więcej, przeżyć więcej, poczuć więcej...

Poczuć więcej......a może właśnie dlatego warto zwolnić. Po to żeby pełniej poczuć to życie. Żeby się nim delektować, cieszyć każdą piękną chwilą....niech trwa....jak najdłużej...


niedziela, 26 maja 2013

pomarańcze i mandarynki



Dlaczego akurat Grechuta?
Bo moja mama go lubi :)
A dziś jej święto, więc dlaczego by nie pamiętać o niej i tu....na blogu?
Moja mama jest cudowną osobą. Dobrą, ciepłą, radosną :)
No dobrze....przyznaję się, nie odwiedzam jej za często, jakoś czasu nie starcza na wszystko. Ale w ostatnią niedzielę wsiadłam na rower i pojechałam do mego rodzinnego domu. To kilka kilometrów za miastem. W domu był tylko ojciec, jak zawsze narzekający i niezadowolony, zaczął rozmowę od pretensji "dlaczego Cię tak długo nie było?". Kurcze dwa tygodnie to dużo?  Ja wiem, że u niego czas inaczej płynie, że tęskni za swoim "świerszczykiem" (tak mnie zawsze nazywał) Jednak to narzekanie zawsze lekko mnie przygnębia, ale co zrobić.
Postanowiłam posiedzieć chwilę i poczekać na mamę aż wróci z kościoła.
Nie minął kwadrans jak otworzyły sie drzwi, weszła mama i w domu.....aż zajaśniało.
Jakby ktoś wniósł bukiet pachnących, jasnoróżowych piwonii :) Fakt że mama ubrana była w jasnołososiowy żakiecik i zwiewną białą spódnicę. Ale to nie stąd ten blask.....jasność biła z jej uśmiechu :)  Mimo swoich lat wygląda bardzo ładnie, wciąż jest piękną kobietą. Zawsze pogodna, nie narzeka, pomaga, pochyla się nad każdym potrzebującym. Anioł w ludzkim ciele :)  Odziedziczyłam po niej nadwrażliwość, która objawia się wyjątkową empatią ale i małą odpornością psychiczną. Łatwo nas zranić. Tak już mają ludzie wrażliwi. Ci którzy są blisko nas mają z nami dobrze, nam jest trochę trudniej. Tym bardziej, że niewielu tę nadwrażliwość rozumie. Kocham moja mamę ze jej dobro, ciepło, wyrozumiałość i właśnie wrażliwość
Mój ojciec miał to szczęście że ją spotkał. Ożenił się z aniołem. Jestem córką farciarza i anioła :))) co też mogło z tego wyjść???? ;)))))



sobota, 25 maja 2013

uśmiechnięty poranek

Mglisty i dżdżysty poranek.
Kiedy tylko podniosłam roletę i wyjrzałam za okno pomyślałam, ech....to będzie smutny dzień.....
Ale nie! Nie będzie i nie jest :))
Nawet najbardziej szary poranek potrafi rozświetlić uśmiech kogoś bliskiego :)
Nawet jeśli to uśmiech z daleka :)
Uśmiech, ma magiczną moc. Daje energię, nadzieję, siłę......w uśmiechnietym świecie chce się żyć!
Zapalam wiec małe lampki na kawiarnianych stolikach, ekspres już szumi, już pachnie kawa.
Dziś wypełnię Wasze filiżanki muzyką i uśmiechem.
Słonecznego dnia wszystkim :))))))


czwartek, 23 maja 2013

"Smak" Paryża

Egzamin napisany. Hiszpański paruje mi uszami.
Może na chwilę przenieśmy się w jakieś inne miejsce. Zmienimy klimat, język, temat......może do Paryża?
Od czego by tu zacząć.....Może od sałatki paryskiej z grzankami z kozim serem i białego wina. Zaczekajcie otworzę wino, nakryję do stołu i zacznę opowiadać. Opowiem Wam o tym, co mnie w tym mieście urzekło.


Całkiem niedawno, bo w marcu, byłam tam po raz drugi i już nie latałam po najważniejszych punktach miasta. Nie musiałam za wszelką cenę wejsć na Łuk Triumfalny, zobaczyć Wieżę Eiffla i spedzić cały dzień w Luwrze. Choć nie ukrywam, że Luwr miałam ochotę powtórzyć. Jest niesamowity!!! Jednak pozwoliłam sobie tylko zerknać nań z daleka przez wielki zegar Muzeum d'Orsay


Tym razem jednak chciałam przede wszystkim poczuć "smak" Paryża. Wypić rano kawę w kawiarni, powłóczyć się po ulicach, zjeść lunch razem z innymi Paryżanami, którzy akurat mają przerwę w pracy. Spróbować jak smakują ostrygi, wybrać sie na wieczorny spacer nad Sekwanę i zapatrzeć na migocącą Wieżę Eiffla.


I to wszystko co zamierzałam zrobić - zrobiłam.
Ale i tak, tym co mnie najbardziej urzekło w Paryżu była muzyka, jaką usłyszałam w metrze. Paryskie metro pełne jest pięknej muzyki, pełne ludzi którzy potrafią grać i śpiewać i to naprawde dobrze.

Pierwszego dnia w podziemiach spotkałam chłopaka o urodzie Irlandczyka. Brodaty rodzielec,  śpiewający zupełnie tak jak Glen Hansard. Aż się zatrzymałam i przyglądałam długo czy to nie on :)
Innego dnia do do wagonika którym jechałam wsiadł młody ciemnowłosy skrzypek, który grając "My Way" Franka Sinatry wycisnął łzy z moich oczu. Grał tak pięknie....że zachwycił wszystkich dookoła, widziałam wzruszenie na twarzach jadących tym wagonem. Nie musiał prosić o pieniadze, ludzie sami wrzucali mu je mu do kubka, zamocowanego taśmą do stojaka z głośnikiem. Tej muzyki było jeszcze dużo wiecej, jako że często metrem podróżowałam.
W pamieć zapadł mi jeszcze kawałek Jacquesa Brela - Quand on a que l'amour...to też tam zasłyszane. Muzyka za którą poszłam w zupełnie innym kierunku niż isć miałam :) Pogubiłam się, ale to nic....warto było sie zgubić żeby posłuchać.
Miałam dołaczyć inną muzykę....bardziej paryską,  ale jakoś ciagnie mnie do tej.......Markéta Irglová i Glen Hansard "If  You want me"
Prawda ze piękna?

środa, 22 maja 2013

jutro

Jutro mam egzamin z hiszpańskiego, taki końcowy, zamykający rok.
No wiem, że to nie szkoła i że nie powinnam się przejmować, bo ten egzamin ma być sprawdzeniem dla mnie samej, a nie dla kogoś innego. A jednak się denerwuję. Nie lubię nie wiedzieć, nie umieć, wyjść na durnia.....ale tego chyba nikt nie lubi.
Przez ostatnie zawirowania, trochę zaniedbałam naukę. Wiecie, jak ciężko się uczyć kiedy głowa pełna myśli na zupełnie inny temat.
No ale może coś dała ta moja "praktyka" w Madrycie. Nawet Wiola, moja nauczycielka zauważyła wielką zmianę. Mówi, że nie boję się już mówić....to dobrze, bo w sumie o to mi chodziło o możliwość swobodnej rozmowy.
No cóż....na naukę przed jutrzejszym egzaminem już za późno. Ale mogę jeszcze przez chwilę oswoić się z hiszpańskim słuchając Yasmin Levy. To piękna choć bardzo smutna piosenka.




Recuerdo tu imagen alejándose
La tierra se hundía bajo mis pies
Fui cayéndome al vacío
Sin poderme agarrar a la vida

 Pamiętam twój oddalający się widok
Ziemia zapadała się pod moimi stopami
Spadałam w otchłań
Nie będąc w stanie chwycić się życia

 ¿Cómo pude imaginarme
Que tenía algo que darte?
Y yo en mi madurez y tú
En tu plena juventud
Los años no perdonan

 Jak mogłam myśleć, że
mam coś co mogłabym ci dać
Ja - dojrzała
Ty w pełni młodości
Czas nie ma litości

 Sólo te ruego que me des
Una noche de amor
Sólo pido una noche más
Que me vuelvas a engañar

 Proszę cię jedynie, żebyś mi dał
Jedną noc miłości
Proszę tylko o jeszcze jedną noc
Abyś znów mnie oszukał......

do kogo idziesz?

Dziś kawę podaję na tarasie. W cieniu, wśród bratków i pelargonii. Tu jest bardzo miło. Wiatr lekko ochładza, kwiaty cudnie pachną.......tu będzie nam dobrze.....


Poranek jest zbyt piękny żeby dusić się w środku.
Usiądźmy z kawą na zewnątrz, popatrzmy na ludzi.
Lubię obserwować tych, którzy mijają moją kawiarenkę. Każdemu nadaję imię i dopisuję jakąś historię. Wymyślam kim, są dokąd idą. Przyglądam sie ich twarzom, szukam w nich emocji, które powiedziałbyby mi o nich coś więcej.

O! ta para dajmy na to. On idzie lekko z przodu, nawet na nią nie patrzy. Nic z tego nie będzie. Ona ledwie za nim nadąża na tych wysokich obcasach. Hmmmm nie powinna ich nakładać na takie randki z długimi spacerami w planie, zwłaszcza po takim bruku, jaki jest tu wszędzie dookoła. Ale widać chciała dla niego wyglądać wyjątkowo. Czy on to doceni? Nie wydaje mi się. Zachowuje się raczej tak,  jakby chciał od niej uciec.

A tamta dziewczyna?....idzie tak lekko....ma w sobie radość i te iskry w oczach, wygląda jak zakochana. Zakochani mają wokół siebie taką świetlistą aurę. Rozpoznaję ich z daleka :) Idą lekko, sprężyście, pewnie, z podniesioną głową :) Wiedzą dokąd  i po co idą, nie snują sie bez celu.

A ten starszy pan, który właśnie przechodzi przez ulicę....widzicie? Jakiś taki wykrzywiony, niezadowolony. Ja wiem, że może życie nie lekkie, i tu i tam strzyka. Ale przecież dzień taki piękny i został nam dany. Dane nam było obudzić się z rana. Mamy szczęście. Warto to docenić i cieszyć się każda chwilą :) Zaprośmy tego pana do stolika, zrobię mu barraquito :) To taka mała mocna kawa z dodatkiem gęstego mleka, likieru i skórki pomarańczowej. Będzie mu smakować i może trochę rozweseli.

Jeszcze tylko muzyka....i zaczynamy kolejny dzień
Pięknego dnia :) wszystkim


wtorek, 21 maja 2013

moja droga do pracy

Moja droga do pracy biegnie prostą, szeroką, czteropasmową szosą. Niby nic ciekawego, żadnych zakrętów, niespodzianek a jednak żebyście wiedzieli ile się na niej dzieje :)
Jak tylko minę dwa pierwsze zakręty na moim osiedlu i wskoczę na właściwą drogę, po lewej stronie mam dużą otwartą przestrzeń. Wczesną wiosną i zimą podziwiam tam wschody słońca. Czasem są tak niesamowite, że nie wiem czy patrzeć na drogę czy na to barwne widowisko. Teraz już nie mam takiej okazji, teraz słońce jest już wysoko kiedy wyjeżdżam z domu.
Mijając osiedle domków jednorodzinnych widzę wzbijające się w niebo stado gołębi.
W podniebnym tańcu ich skrzydła migocą w słońcu, jakby były zrobione ze srebra. Nigdy przedtem nie zwracałam uwagi na gołębie. Od jakiegoś czasu częściej patrzę w niebo i wypatruję posłańców :)
Kiedy jadę....zawsze mam uchylone okno. Lubię czuć na twarzy powiew świeżego powietrza. Teraz akurat kwitną kasztanowce. Mijam osiedle starych bloków obsadzone tymi drzewami. Zapach do auta? Po co? :) Wystarczy bardziej opuścić szybę i mam "kasztanową aleję" w środku.
Panowie koszą trawniki na poboczach. Aromat świeżo skoszonej trawy zawsze mnie uwodzi i nigdy się nie nudzi. Szyba jeszcze parę centymetrów niżej i już mam pełne wiosny auto :)
Kawałek dalej, za dużym skrzyżowaniem wjeżdżam w dziką część parku. Właściwie to ten park wygląda bardziej jak las, magiczny las. Rosną tam same wiązy. Ich korony w górze stykają się ze sobą, tworząc coś w rodzaju gigantycznego zielonego dachu wspartego na wielu kolumnach. Wiosną ten las pełen jest zawilców i przylaszczek. nie ma gdzie postawić stopy, żeby przypadkiem nie zdeptać jakiegoś kwiatka.
Za tym lasem już w zasadzie nie dzieje się nic :) jeszcze tylko dwa zakręty, kilka krzaków bzów i jestem na miejscu.
W oknie na parterze stoi kolega. Uśmiecha się do mnie przez szybę. Często tam stoi, jakby czekał na mój przyjazd i chciał przywitać. Odwzajemniam uśmiech :) wchodzę do biura, przykładam kartę do czytnika przy drzwiach i jestem....zaczynam dzień pracy

Nie powiedziałam jeszcze, że zawsze jadę z "trójką" :)  Ci co mnie znają to wiedzą i czasem towarzyszą mi w mojej drodze powrotnej słuchając tej samej muzyki :)
Dziś rano......jechałam z Vampire Weekend  i piosenką Ya Hey
To co? Zaczynamy dzień od szampana? Znajdzie się jakaś okazja, oprócz tej że kolejny piękny dzień przed nami?  :))


niedziela, 19 maja 2013

fly like a cloud

Lubię wyglądać przez okno samolotu, patrzeć na świat z wysoka. Tak szybciej mija mi podróż, to czasem lepsze niż książka, bardziej wciąga i pobudza wyobraźnię. Lubię zapatrzeć sie na te cudne, barwne obrazy, jakie tworzą pospołu natura i ludzie


Kiedy leciałam nad Polską, krajobraz był dosć nudny i monotonny, ale już widok na Hiszpanię, powalał :) Ziemia ma tam piękny czerwony kolor. Ceglasta czerwień w połączeniu z świeżą zielenią wygląda niesamowicie!!!  W sumie mogłabym taki obraz powiesić na ścianie, nad łóżkiem.
Może miałabym wtedy częściej sny o lataniu? Te które tak lubię :)


Lubię też wypatrywać ośnieżonych szczytów górskich, wyłaniających się z chmur jak z pienistej kąpieli. Ostrymi krawędziami przecinają puchową kołdrę, wystawiając swoje wierzchołki tak, jakby chciały rozejrzeć się, co też dzieje się ponad chmurami.


Lubię obserwować obłoki, mknące tuż obok samolotu. To niesamowite uczucie.
Kiedy patrzę na nie mam wrażenie, że oderwały się od własnych cieni, uwolniły się.
Ich cienie tkwią nieruchomo przytwierdzone do ziemi, a one same bawią się w podniebne wyścigi :)

Też bym tak chciała zostawić mój cień tu na ziemi, uwolnić się i lecieć gdzieś gdzie będzie mi dobrze. Poczuć tę lekkość, jaką się czuje, zrzucając ciężki plecak po długiej wędrówce.
Niechby mój cień chodził do pracy, sprzątał, gotował, robił zakupy, a ja :) wolna i lekka fruwałabym razem z obłokami gdzieś nad Hiszpanią........
Ech.......znów bujam w obłokach :)






Madryt dzień czwarty, czyli dlaczego nie lubię corridy

To będzie już ostatnia relacja, nie będę więcej przynudzać ;)

Czwartego dnia oprócz zwykłego plątania się po mieście, degustowania wina i tapasów, postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda arena do walki z bykami "Plaza de Toros"


Arena była akurat zamknięta ale pani w okienku serdecznie zapraszała na wieczorną corridę. Ja od razu stwierdziłam że nie idę....nie chcę patrzeć jak na moich oczach powolną śmiercią umiera zwierzak.  Jestem na to zbyt wrażliwa. Wolałam już pójść do Museo del Prado i nacieszyć oczy malarstwem....to przynajmniej uczta miła dla oka.
Znajomi zdecydowali się pójść. Ok. chcą ich sprawa. Namawiali mnie jeszcze długo mówiąc - "no jak to w Hiszpanii być i corridy nie widzieć?" Zaparłam się i nie poszłam....a jak ja się uprę to nie ma mocnych. Rozdzieliliśmy się. Oni poszli na corridę ja do muzeum.


Spotkaliśmy się kilka godzin później w kawiarni. Tam zaczęli opowiadać swoje wrażenia. Już nie byli tak podekscytowani, raczej smutni, ich zapał gdzieś zniknął...
W czasie każdej corridy zabijane są trzy byki. Oni wytrzymali ledwie jedną walkę. Koleżanka siedziała zapłakana. Ponoć wracali z corridy milcząc. Czuli się winni że uczestniczyli w tym okropnym widowisku. W tej nierównej walce w której i tak byk jest zawsze skazany na przegraną.
Byk przed walką jest osłabiany na wiele makabrycznych sposobów...nie będę o nich pisać, bo samej chce mi się płakać kiedy o tym myślę. Zwierze wybiega na arenę wycieńczone, obolałe, sparaliżowane i niemalże oślepione. Aby byk wyszedł na arenę efektownie, z impetem, tuż przed wyjściem wbija mu się w plecy niewielki sztylet.
Torreador wcale nie jest taki silny i waleczny....to dobry aktor z ogromnym zapleczem pomocników, którzy nie dopuszczą do tego żeby cokolwiek mu się stało. Owszem mogą zdarzyć się wypadki....jak wszędzie. Ale wynik ich "walki" i tak jest przesądzony
To kaźń nie walka
Jedyne co budzi mój zachwyt...to strój torreadora


sobota, 18 maja 2013

Odszedł

Odszedł Marek Jackowski.....nagle i niespodziewanie. Miał zaplanowane koncerty 24 maja w Krakowie, potem w Kielcach. Jeszcze rano rozmawiał ze swoimi fanami, życzył im miłej soboty, godzinę później odszedł.
Nie chcę tu pisać o tym co tworzył, bo to chyba każdy wie, każdy go przecież znał.
Chcę powiedzieć o tym, że takie chwile zawsze uświadamiają mi jak kruche jest życie, jak niewiele trzeba żeby nagle zniknąć. Jak bardzo trzeba dbać o to, żeby nie zmarnować żadnej minuty swego życia na złość, czy obrażanie się na kogokolwiek. Bo przecież jutro tego kogoś, z kim dziś nie chcemy rozmawiać, może nie być. Jutro możemy poczuć przerażającą pustkę i żal do siebie samych....że jednak zmarnowało się te ostatnie chwile.
Bądźmy dla siebie dobrzy.....

Piosenka Ani Wyszkoni z muzyką Marka Jackowskiego i słowami Kory

Pożar

Hiszpania, Hiszpanią, ale tak naprawdę mam kijowy nastrój od wczoraj.
Chwyciło i nie chce puścić. Czasem tak mam. Żebym jeszcze chociaż mogła na rower pójść i zamęczyć te smutki, ale nie....muszę w pracy siedzieć. Jeszcze 3 godziny!!!!

Wczoraj u sąsiadów w garażu wybuchł pożar. Zaczęło się od jednej małej iskry, prawdopodobnie zwarcie w instalacji elektrycznej. Ogień w błyskawicznym tempie zajął cały budynek. Wszyscy z okolicy zbiegli się żeby pomóc ugasić ten żywioł. Zwykłe polewanie wodą z węża ogrodowego nie pomogło. Wezwano straż pożarną. Przyjechały aż trzy wozy strażackie, pogotowie  gazowe, ratunkowe i policja. W garażu znajdowały się ponoć beczki z paliwem. Było naprawdę niebezpiecznie, groziło ogromnym wybuchem, który mógł zniszczyć okoliczne budynki. Strażacy szybko ugasili pożar, mam nadzieję, że straty nie były zbyt duże. Dym jeszcze bardzo długo snuł się po okolicy. Ale już było bezpiecznie.

Pomyślałam sobie, że z tym pożarem jest zupełnie tak,  jak z miłością. Zaczyna się nie wiadomo kiedy od jednej małej iskierki. Rozprzestrzenia w zastraszającym tempie i może nas doszczętnie spalić. Z tym, że tego pożaru nie jest w stanie ugasić nikt. Nie ma straży miłosnej, nie ma pogotowia od złamanych serc. Sami musimy sobie ze wszystkim poradzić, opanować ogień, ugasić, uratować to co się da.
Ja już kiedyś taki pożar przeżyłam. Zostały ze mnie wtedy tylko zgliszcza. W pogorzelisku z trudem odnajdywałam nadpalone cegły z których mogłabym spróbować odbudować siebie, od nowa.
I odbudowałam, udało się.
Nie pozwolę już nigdy nikomu tak się skrzywdzić. Nie chcę miłości nagłej i szalonej, która sieje spustoszenie.  Chcę miłości ciepłej, opiekuńczej, czułej. Takiej, przy której czuje się błogość, spokój i szczęście. Nie tej wybuchającej w niebo snopem iskier, tylko tej pełnej żaru jak ogień w kominku. Palącej się spokojnie i długo. Chcę się przy niej ogrzać.....nie spłonąć.

Madryt dzień trzeci, czyli dwie dłonie, śpiew i obcasy

Nie można będąc w Madrycie nie zajść do sanktuarium flamenco w tym mieście, czyli do Villa Rosa mieszczącej się przy Plaza de Santa Ana


Najlepiej wybrać się tam wieczorem, na jakiś koncert flamenco. Odbywają się tu codziennie. Są  naprawdę  na wysokim poziomie. Piękny śpiew i taniec, w takim wnętrzu nabierają jeszcze bardziej szczególnego charakteru. To naprawdę niesamowite przeżycie. 


"Aby zabrzmiało flamenco wystarczą dwie dłonie, śpiew i obcasy........i Duende" 
El Duende mieszka we wnętrzu każdego tancerza flamenco. W czasie tańca wspina się po nim od stóp aż po koniec wyciągniętego w górę ramienia  Jest to jego fizyczna i emocjonalna reakcja na muzykę. To jest to coś, co wywołuje dreszcz, sprawia, że na twarzach tancerzy pojawiają się uśmiech lub łzy i jest to ich autentyczna reakcja, nie udawana. Oni naprawdę to czują, i to widać.
Koncert na którym byliśmy właśnie tak się rozpoczął, od wystukiwanego obcasami rytmu....tylko obcasy i dłonie....nic więcej. Potem stopniowo dołączała się gitara i śpiew. Tego dnia w którym odwiedziliśmy Villa Rosa tańczył Jonathan Miró. Genialny tancerz. 


Widzicie to skupienie na jego twarzy, jeszcze przeżywa to co przed chwilą opowiadał swoim tańcem, Pot spływa po nim strumieniami, dał z siebie wszystko. Był w tym tańcu jak torreador. Był w nim ból istnienia i ogromne emocje. Odwaga, brawura, waleczność i zdecydowanie, gorące serce i namiętność.  Pierwszy raz miałam okazje obejrzeć tak dobre flamenco tak z bliska i w tak pięknym miejscu. To było niesamowite przeżycie.....poruszające.


Willa Rosa to również miejsce w którym Almodovar kręcił film "Wysokie obcasy" (Tacones lejanos)
Nie wiem czy pamiętacie....więc dla przypomnienia piosenka z tego filmu.
Piosenka....jedna z moich ulubionych. Film też :)


Ps. Właśnie usłyszałam w telewizji że w Hiszpanii spadł śnieg!!!!!
Nie chciałam im zabierać całego słońca.
Chciałam tylko trochę przywieźć go do Polski :) 

piątek, 17 maja 2013

Madryt dzień drugi, czyli jak zostałam "gwiazdą" hiszpańskiej telewizji :)

Około ósmej rano obudziło mnie słońce, przebijające się przez amarantowe zasłony. Z ulicy dobiegał gwar madryckiej ulicy i coś co przypominało świergot ptaków. Wyjrzałam przez balkon, żeby sprawdzić co to za dźwięk i skąd dobiega. Cudnie błękitne niebo pełne było ptaków, ale to nie one tak śpiewały :) śpiewał pobliski sygnalizator świetlny. Mój prywatny niezniszczalny ptak, którego ćwierkanie z czasem zaczynało doprowadzać mnie do szaleństwa.
Był cudny rześki poranek. Co by tu zrobić z tak pięknym dniem? No na pewno nie chować się do muzeum, raczej wystawić buzie do słońca i hodować piegi. Ruszyliśmy w kierunku Jardines del Buen Retiro de Madrid, czyli krótko mówiąc do parku. Była niedziela, park pełen ludzi, spacerujących, jedzących lody, dzieciaki ganiały z balonami na sznurkach (był wśród nich nawet delfinek, mój ulubiony) Były pokazy tańca brzucha, akrobaci, klauni, teatrzyk....no życie po prostu tętniło.
Wszystko dookoła kwitło, a zapach kasztanowców oszałamiał, miałam wrażenie że wręcz nim przesiąkłam. Nawet później kiedy już wyszłam z parku....wciąż go na sobie czułam.
Poszliśmy dalej kasztanową alejką w nieco spokojniejsze miejsce a tam, staw pełen łódek.


Ludzie opalali się leniwie wiosłując, szukając ochłody tuż nad wodą. Szkoda że nie mieliśmy tyle czasu. Musieliśmy iść dalej....w końcu mieliśmy tylko kilka dni.

Blisko parku jest Dworzec Atocha, miejsce gdzie rozpoczęła się historia hiszpańskich kolei. Pierwszą linię z Madrytu uruchomiono właśnie ze stacji Atocha do Aranjuez w 1851 r. Od końca XIX w. pociągi odchodziły z ceglano - żeliwnej hali, dziś zamienionej na ogród tropikalny. Ponoć rośnie tam 400 gatunków roślin. Jest nawet sadzawka z żółwiami :) Dworzec robi niesamowite wrażenie!!!


Z dworca ruszyliśmy w kierunku Plaza de Cibeles, gdzie znajduje się piękna fontanna z posągiem frygijskiej bogini Kybele. Kiedy tam staliśmy i robiliśmy zdjęcia nagle usłyszeliśmy głośne przeciągłe trąbienie, a potem znajomy warkot a może raczej bulgot jaki wydaje tylko harley. Dźwięki się przybliżały, stanęłam tuż przy samej krawędzi ulicy, żeby zrobić jak najlepsze ujęcia. Najpierw zobaczyłam to


a zaraz potem to :)


nie wiadomo kiedy wyrósł przede mną kamerzysta, przed samiuteńkim nosem. Skierował na mnie obiektyw kamery i filmował :))) Uśmiechnęłam się jednym z moich najpiękniejszych uśmiechów i pomachałam dłonią. To było moje 30 sekund :))) czułam się jak "gwiazda"
No bo JA miałam szansę zaistnieć na filmie razem z tymi cacuszkami które mknęły po asfalcie. Och!!!! Poczułam się naprawdę dumna :) Potem kamera płynnie przesunęła się na ulicę, żeby dalej już filmować nadjeżdżające tabunem motocykle.


Nie wiem ile ich mogło być. Setki to na pewno, jeśli nie tysiące. A ten dźwięk silników, takiej ilości maszyn.....wywoływał dreszcze na całym ciele. Kocham harleyowców i kocham ich maszyny, może nie aż tak jak oni sami je kochają.....ale te motocykle budzą mój ogromny zachwyt. Zrobiłam im mnóstwo zdjeć, pokażę tylko kilka....choć wszystkie warte są obejrzenia :)








czwartek, 16 maja 2013

Madryt dzień pierwszy, czyli szczęśliwa siódemka

Pojechało nas siedmioro :) siedmioro przyjaciół, sprawdzony skład, który nigdy nie zawodzi, a skoro tak...no to jak miało być, jak nie fajnie? Tak było. Było super!
Kiedy wyjeżdżałam z Polski padało. I bardzo dobrze. Deszcz zmył ze mnie cały smutek ostatnich dni. Zmartwienia spłynęły razem z deszczem tam gdzie być powinny.......tam skąd je wiatr przywiał :)
Zamknęły sie za mną drzwi lotniska, a wraz z nimi szara rzeczywistość. Kiedy tylko to sie stało, poczułam na sobie pierwsze promienie ludzkiej sympatii.
"Masz zaje....ste buty, lubię takie u kobiet" powiedział kolega.
Wiem że są takie :) kozaczki z mięciutkiego jasnobrązowego nubuku, idealne do wąskich jeansów, kupione specjalnie na ten wyjazd. Cudo.
Wiadomo że wiem, ale wiecie jak fajnie jest usłyszeć coś takiego ;) i to od faceta!!
Tu mała dygresja do panów: prawcie nam komplementy, mówcie że w czymś nam jest ładnie....lubimy być zauważane :) to nam bardzo poprawia nastrój.
Następny "promyk"....kobieta która odprawiała nasz bagaż. Strasznie miła, uśmiechnięta, żartująca.....kurcze rzadkość! I jeszcze poszukała nam miejsca w samolocie z dala od niemowląt, żeby nam się spokojnie leciało. No są jeszcze życzliwi ludzie na tym świecie :)
Po odprawie ustawiliśmy się w kolejce do bramek kontrolnych. Siedzący przy stanowisku młody przystojny mężczyzna w zielonym mundurze zaprosił mnie gestem dłoni do siebie. Kiedy podeszłam z ujmującym uśmiechem patrząc mi prosto w oczy powiedział "czekałem na panią". Powiedział to w taki sposób, że kolana mi zmiękły i najzwyczajniej w świecie mnie przytkało, nie wiedziałam co odpowiedzieć. W trzy sekundy obok mnie znalazł sie mój facet mówiąc "jestem z tą panią i też na nią czekałem i to wiele lat" :)) zobaczcie jaki waleczny. Kolana wróciły do normy, odzyskując dawną prężnosć i elastyczność......no tak, przecież nie byłam tam sama ;)

Madryt przywitał mnie słońcem, paellą w małej knajpie tuż koło Plaza Mayor i chłodnym białym winem :) Z lubością wsłuchiwałam sie w melodię hiszpańskiego języka, cieszyłam słońcem i lekkim powiewem wiatru, który zarzucał kosmyki włosów na twarz. Życie potrafi być piękne!!!

Postanowiliśmy mimo zmeczenia podróżą choć trochę rozejrzeć sie po okolicy, choć te najbliższe miejsca, poczuć klimat tego miasta. Ruszyliśmy na Plaza Mayor, ktoś coś grał w oddali, jakieś bębny, gwizdki. Poszliśmy za tym dźwiękiem. Spojrzałam w niebo (jak to mam w zwyczaju czynić) i zobaczyłam dryfujący zielony balonik, na tle cudnie niebieskiego oceanu


wygladał naprawdę pięknie :) tylko skad sie tam wziął? ktoś go zgubił? zaczęłam sie rozglądać szukając właściciela, który pewnie rozpaczliwie patrzy teraz w niebo. Nie znalazłam właściciela, wypatrzyłam za to dużo więcej takich baloników.



Tłum ludzi, spowitych kłębami dymu, każdy z zielonym balonikiem....o co tu chodzi?
Po chwili poczuliśmy ten charakterystyczny zapach ;)))
Ruszyliśmy uśmiechnięci razem z nimi, zaciagając sie słodkim powietrzem :))
A wieczór.......dopiero się zaczął........


Resztę opowiem innym razem, żeby nie przynudzać ;)

piątek, 10 maja 2013

wyjeżdżam na dni kilka

Wyjeżdżam w sobotę.....na dni kilka...do mojej ukochanej Hiszpanii. Tym razem do Madrytu :)
Kiedy wrócę i ochłonę opowiem Wam o tej podróży.
Moja kawiarenka  nie będzie w tym czasie zamknięta. Nie będzie straszyć ciemnym wnętrzem i dyndającą się plakietką z napisem CLOSED. Zostawię uchylone drzwi i zapalone na stolikach małe lampki. Każdy będzie mógł tu wejść, napić się kawy (pod warunkiem, że sam sobie ją zrobi :) )
Ekspres stoi tam w rogu, za barem...widzicie?....tam po prawej.
Zostawiam też na półce kilka butelek wina.
Rozgośćcie się :)
Posłuchajcie muzyki, jakiej tylko chcecie.....grająca szafa jest tam po lewej stronie.
Jeśli macie ochotę o czymś opowiedzieć, możecie zostawić do mnie list :) wsuńce go pod flakon z bzem który stoi na barze. Kiedy wrócę przeczytam je wszystkie :)
Będę za wami tęsknić.....jak nie wiem co!
Zostawiam Wam jeszcze piosenkę. Strasznie spodobał mi się ten teledysk. Oglądając go mam wrażenie, że stworzył go ktoś, kto mnie dobrze zna :)  Każda klatka, każde zdjęcie, każdy kolejny obraz to przecież moje tęsknoty, pragnienia, marzenia.
Jest tam usmiech i łąka, i morze, i słońce, i taniec, i ogień, i łza na koniuszkach rzęs.
Nawet ten ptak który wyrywa się z klatki....to też ja
cała ja....
Kurcze.....już za Wami tęsknię :*

czwartek, 9 maja 2013

O wyższości przyjaźni nad miłością

Ideałem byłoby kochać kogoś, przyjaźniąc się z nim. Ale jak wiadomo ideałów nie ma. No może są, ale nie każdemu jest dane zaznać tego szczęścia. Więc jeśli już miałabym wybrać między przyjaźnią a miłością wybrałabym przyjaźń.
Dlaczego?
A dlatego, że przyjaźń jest uczuciem "wzajemnym"
Nie można przyjaźnić się z kimś, kto się z nami nie przyjaźni.....kochać bez wzajemności i owszem można.
Dlaczego jeszcze?.....dlatego, że przyjaciel Cię nie porzuci i nie zdradzi. Przyjaciel to ktoś kto Cię nigdy nie skrzywdzi, ktoś kto zawsze powie Ci prawdę. Przyjaciel to ktoś, na kogo zawsze możesz liczyć, ktoś komu możesz zaufać, przy kim czujesz się bezpiecznie.
Nie ma innej możliwości.....jeśli którejkolwiek z wyżej wymienionych cech brakuje mamy do czynienia ze zwykłym kumplem, a nie przyjacielem.
Jeśli kogoś takiego macie blisko siebie.....macie największy skarb. Dbajcie o niego, bo to rzadkość w dzisiejszych nafaszerowanych obłudą czasach. A jeśli macie jeszcze to szczęście, że ten skarb Was kocha, a Wy kochacie jego :))) ech......to już Wam zazdroszczę
Nie.....stop!!!....źle powiedziałam....cieszę się razem z Wami :*
I jeszcze piosenka. Jedna z ulubionych kogoś, kto był mi bardzo bliski, ale zabrakło nam czegoś....może właśnie przyjaźni. Ale i tak mu ją dedykuję.....bo przecież zawsze będzie miał swoje miejsce....w mojej pamięci :)


środa, 8 maja 2013

mały wtręt

Mały wtręt....nie to że jakiś cały wpis....tylko rzut okiem na bratki.
Pamiętacie bordowego i białą?....tych co się pożenili na wiosnę ;)
Podlewając przyjrzałam się im bacznie.
Coś mnie tu niepokoi.
Biała wygląda pięknie, kwitnąco, młodo.
Bordowy.....jakiś pokurcz się z niego zrobił.
Odwrócił się tyłem, zmarniał, płatki mu opadają.
Coś mi tu nie gra w tym ich związku.....tylko co?
Spójrzcie z resztą sami.....


Puszczę im jakąś muzykę.....może bordowy ożyje...panna taka piękna szkoda żeby zmarniał, jeszcze mogliby się pocieszyć sobą :)

El tango de Roxanne

Są takie filmy, które głęboko zapadają w pamięć.
Takie, do których chętnie wracamy....jeszcze raz i jeszcze raz.
Jest taka muzyka, która zawsze nas porusza, zupełnie tak, jakbyśmy ją słyszeli po raz pierwszy. Za każdym razem czujemy ten dreszcz emocji. Od pierwszych dźwieków ciało pokrywa się gęsią skórką.....
no dobrze......ja tak mam :) nie wiem jak Wy
Ale właśnie ta scena z filmu i ta muzyka, które chcę Wam pokazać, wywołują we mnie takie doznania, niezmiennie od wielu lat. Czuję to za każdym razem, kiedy oglądam to tango.....jest energiczne, ekscytujące i zmysłowe, przepełnione ekspresją i namiętnością.
Choć sam film....bardzo smutny.....


A Wy....macie taką swoją muzykę...takie sceny z filmu?

wtorek, 7 maja 2013

Why?

Dlaczego tak jest? Próbuję pojąć i nie mogę.....
o czym chcę powiedzieć
Będąc we Francji u koleżanki poznałam jej sąsiadkę Audette. Super dziewczyna. Samotna matka trójki małych dzieci i pielęgniarka na najtrudniejszym oddziale w szpitalu, na intensywnej terapii. Ma pełne ręce roboty i w pracy i w domu, a mimo to jest w niej tyle radości... Jest piękną kobietą. Może nie ma czasu o siebie zadbać, ale jej piękno jest w jej uśmiechu i w tych niesfornych kosmykach włosów opadających na twarz, które uparcie wysuwają się ze spinki kiedy uwija się w domu.
Ja nie znam francuskiego, ona bardzo słabo zna angielski, a jednak przegadałyśmy ze sobą cały wieczór. I było naprawdę fajnie. To urocza i urzekająca istota.
Facet ją zostawił z trójką dzieci....jego dzieci
Dlaczego?
Bo to go przerosło.......bo on chciał mieć maksymalnie dwoje dzieci.
A na świat przyszły bliźniaki.

Scyzoryk mi się otworzył w kieszeni kiedy to usłyszałam....dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?
O co tu chodzi? Chyba nigdy tego nie zrozumiem






poniedziałek, 6 maja 2013

szukając śladów......miłości


Rzym miastem miłości, namiętności, kochanków.....tak się mówi...ale czy tak jest?
Postanowiłam sprawdzić i przekonać się na własne oczy. Jak to właściwie jest?

Chodząc wąskimi uliczkami miasta, bacznie przyglądałam się ludziom, szukałam potwierdzenia, dlaczego akurat Rzym. Jest przecież tyle pięknych miejsc na świecie.
Byłam przy fontannie di Trevi, tej w której kąpała się Anita Ekberg w filmie "Dolce Vita" Felliniego. Zastałam tam dziki tłum. Nie było nawet namiastki tego klimatu jaki był w filmie
.
To samo na hiszpańskich schodach. To nic, że na stopniach siedzą przytulone i objęte pary, ale.....no popatrzcie sami.

Kontynuując poszukiwania, ruszyłam w kierunku z ogrodów Borghese. Wychodząc z nich dostrzegłam ten oto napis:


"Tu sei l'aria che respiro Ti amo"
"Jesteś powietrzem którym oddycham, kocham Cię"

Uśmiechnęłam się :) Nareszcie.....nareszcie coś znalazłam!!!!
Napis urzekł mnie, bo w końcu ktoś komuś go dedykował....ktoś o kimś tak ciepło myśli...

ale idźmy dalej....
W Rzymie mieszkałam nad kwiaciarnią....ależ cudnie pachniało :)
 
Jako że wcześnie się budzę, każdego poranka towarzyszyłam młodemu "kwiaciarzowi" przy otwieraniu kwiaciarni. Chłopak codziennie sumiennie przycinał łodygi kwiatów, zmieniał wodę, usuwał zwiędnięte płatki. Nie odwalał chały tylko solidnie wykonywał swoją pracę, z niezwykłą delikatnością obchodząc się z kwiatami. Lubiłam na niego patrzeć, na to co robi. Kocham kwiaty i trochę mu zazdrościłam tej pracy :) Chłopak już drugiego dnia zaczął uśmiechać się do mnie i mówić "buongiorno". I tak zaczynaliśmy razem każdy kolejny dzień  :)
Pewnego poranka do kwiaciarni przyszedł mężczyzna. Na oko mógł mieć ze 40 lat. W ręku miał papierową torebkę z croissantami. Zatrzymał się, chwilę przyglądał w końcu zamówił kwiaty. Patrzyłam jak chłopak dokłada kolejne róże do bukietu, co jakiś czas pytająco patrząc na meżczyznę czy już wystarczy, czy jeszcze ma dokładać kolejne. Policzyłam :) było ich 17. 
Jakaś kobieta w Rzymie miała tego dnia piękny poranek :))
I chyba tu....tuż pod moimi oknami zobaczyłam miłość....w tych croissantach i w tym bukiecie róż :)
Uśmiechnęłam się i pozostałam z tym uśmiechem już do końca dnia.
Wspomnienie, jak widzicie, zostało we mnie aż do dziś.

Na koniec opowieści moje ulubione zdjęcie....pola maków pod Rzymem....czyż nie jest piękne?

niedziela, 5 maja 2013

nadzieja ma kolor niebieski

Tak....jak dla mnie nadzieja ma kolor niebieski, nie zielony :)
Dlaczego? Dlatego ze niebieski jest moim ulubionym kolorem. No to jakiego koloru ma być nadzieja, jak nie mego ulubionego ;) Jakie to proste :)))  Uwielbiam ten kolor...jest bezkresny jak ocean, jak niebo, jak nadzieja...
Dostałam wczoraj od koleżanki w prezencie pierścionek. (nie chwalę się teraz tylko nadaję mu moc :P )  Kiedy opowiedziałam jej o smutkach które gdzieś tam we mnie zamieszkały....podarowała mi ten pierścionek i powiedziała żebym się już nie martwiła.



To jej własne dzieło...piękny prawda? Pasuje do moich oczu :) Mam już bursztynowy pierścionek który spełnia marzenia (nie można tylko przesadzać z oczekiwaniami) No i teraz mam ten niebieski, może przyniesie mi szczęście?



Ach.....no i zebym nie zapomniała.....dziś są urodziny naszej kochanej Dżej :)))
Asieńko....jeszcze tylko tu u mnie nie składałam Ci życzeń. Jedź bezpiecznie do domu, a wieczorem czekam tu z szampanem. Sto lat Kochana :*****

sobota, 4 maja 2013

Put Your lights on

Kolejny szary dzień.
Ani słońca, ani wiatru który rozgoniłby chmury.
Ale nie ma co się poddawać.
Odsłonię okna, zapalę wszystkie światła w mojej małej kawiarence.
Może słońcu zrobi się głupio i wyjrzy sprawdzić skąd ten blask i ta muzyka.
Włączam ekspres i czekam na Was z kawą i z Santaną :)

piątek, 3 maja 2013

deszczowy poranek

Leniwy deszczowy poranek.
nic nie muszę, donikąd sie nie spieszę.
jest aromatyczna kawa....i muzyka
nawet pies nie przejawia zainteresowania spacerem
ale zaraz pójdę
spróbuję przebiec między kroplami
i nie zmoknąć
tylko.....jeszcze na chwilę zamknę oczy

czwartek, 2 maja 2013

miłosć poza czasem

Zaczęłam dzisiejszy dzień tak jak zawsze, dość wcześnie :)
Wstałam, otworzyłam okno, wychyliłam się przez nie słuchając, co mają mi do powiedzenia ptaki, które właśnie usiadły na jabłonce. Strasznie głośno dziś śpiewały :)
Potem postanowiłam sprawdzić, co słychać w świecie.
Kręcąc hula-hop, jak to mam codziennie rano w zwyczaju czynić, włączyłam telewizor. Zamiast trafić na kanał z wiadomościami, trafiłam na kanał filmowy, a na nim film, jeden z moich ulubionych. "Dom nad jeziorem" widzieliście?

To romantyczna opowieść o dwojgu ludzi, którzy poznali się i pokochali dzięki magicznej skrzynce na listy. Dzieli ich różnica czasu, on mieszkał w tytułowym domku nad jeziorem dwa lata przed nią. Łączy ich stara skrzypiąca skrzynka na listy. Dzięki niej korespondują ze sobą pokonując barierę czasu.Z każdym kolejnym listem stają się sobie bliżsi. Budzi się w nich uczucie, nad którym nie potrafią zapanować. Słowa zastępują im widok ukochanych oczu i dotyk ciepłej dłoni......więcej nie powiem bo może ktoś nie widział i zechce zobaczyć...

Oglądałam ten film nie wiem który już raz. Wzrusza mnie i ściska za serce za każdym razem.
Dlaczego ten film tak bardzo mi się podoba?
Może dlatego, że jest potwierdzeniem tego w co wierzę.
A wierzę w ogromną siłę miłości, Wierzę, że można pokochać kogoś, nie widząc go nigdy przedtem....bo przecież kocha się czyjąś duszę, nie ciało.



środa, 1 maja 2013

Meu fado

"Musisz przyjechać do mojej Lizbony - powiedziała. Pokochasz ją natychmiast, jest najpiękniejsza na Ziemi. Miała na imię Mariza. Przypominała Małego Księcia. Urodziła się w Mozambiku, ale nie tęskniła za starym krajem. Tęskniła za Lizboną, gdzie się wychowała. Lizbony wciąż jej brak, bo życie i muzyka pognały ją w cały świat....."
Tak Kydryński zaczyna swoją opowieść o Lizbonie....kusząco....
Chciałabym też tam pojechać, chciałabym to zobaczyć, poczuć, usłyszeć.....usłyszeć Fado,
właśnie tam
właśnie to



Mariza ma głos o szczególnej barwie. Jest w nim nieśmiałość, delikatność, zaduma.
Kocham tę piosenkę......posłuchajcie jej dziś ze mną