poniedziałek, 7 października 2013

daremny trud

Piękna jesień za oknem. Takiej właśnie jesieni, jakiś czas temu pojechałam na rajd w góry, na Słowację.
Taki zlot zaczyna się przeważnie od imprezy integracyjnej. Siedzimy, pijemy miejscowe specjały, wesoło jak nie wiem co. Trzeba, żeby ktoś poszedł zapisać nas na jakąś wyprawę, na dzień następny. Wysyłamy kolegę...wraca rozpromieniony....lekki szlak, jak na pierwszy dzień, będziecie zadowoleni, mówi. No to jak będziemy to będziemy.
Dnia następnego 6 rano z werwą ruszamy na szlak. Przewodnik, z łydami ze stali, wbiega po prostu pod górkę, nie trzymając się ścieżki. Ok. biegniemy za nim. Nie mija kilka kwadransów jak wszyscy zaczynają dyszeć. A miało być leciutko. Chwila na złapanie oddechu i dalej w trasę.
Mimo temperatury ok 5 stopni, robi się strasznie gorąco, ściągam kurtkę, idę w samej koszulce, trudno najwyżej się rozchoruję. Tylko z temperatury wody w butelce wnioskuję, że chyba się ochłodziło. Jestem tak zmęczona, że nie czuję zimna. Po dwóch godzinach wspinaczki mija mnie nasz przewodnik, biegnąc tym razem w dół. Zagania stadko czy jak? Okazuje się, że są pierwsze ofiary. Złamana noga, ktoś się skotłował. Czekają na pomoc. 
Za jakiś czas przewodnik znów wbiega na górę (może te magiczne kijki mu pomagają). Ledwie dyszę i przeklinam tego, co tę trasę wybrał. Nie mija kolejna godzina jak przewodnik leci w dół.....ktoś z grupy ma zawał. No i ja się wcale nie dziwię. W końcu ludzie w różnym wieku, wyszli zza biurek, często bez przygotowania.
Dochodzimy wreszcie do jakiejś płaskiej powierzchni....w duchu dziękuję Bogu, że dałam radę. Zaczynam czuć ulgę i szczęście....dotarłam. Zatrzymujemy się a przewodnik mówi.....Widzicie ten szczyt obok? Właśnie tam mamy dojść. Czyli jeszcze kawałek w dół a potem w górę.
Coooooooooo??????
Umrę, jak nic umrę w górach, ciekawe jak przetransportują moje zwłoki....może sturlają po prostu?
No ale nie ma wyjścia....idę. Kiedy docieram do szczytu, z którego miał się rozciągać piękny widok....tak wyczekiwany.....zaczyna się śnieżyca.  Nie widać dalej niż na 5 metrów. Tyle wysiłku na nic.
Czas schodzić w dół. Wcale nie jest łatwiej.....no może ten krótki odcinek, który zjechałam na tyłku po gliniastym zboczu. Schodziliśmy chyba około 5 godzin. Przemokłam na wylot, bo śnieg nie przestawał padać. Był też odcinek w kanionie....już po płaskim terenie, ale bardzo kamienistym. Początkowo próbowałam skakać po kamieniach, ale potem już olałam i brodziłam po kostki w wodzie. Wlewała mi się do butów górą.
Kiedy dotarliśmy do jakiejś miejscowości, gdzieś około 19, czyli po dwunastu godzinach wędrówki, pierwsze co zrobiliśmy to odszukaliśmy spożywczy sklep. Pod sklepem "z gwinta" wypiliśmy butelkę rumu. Skostniałe palce u rąk powoli zaczynały się ruszać.  Wracałam do świata żywych. Nie zobaczyłam nic.....przeżyłam tylko koszmarną drogę w górę i w dół. Walkę z samą sobą i swoimi słabościami. Nie zawsze za wzgórzem rozciąga się tak piękny widok, jak chociażby na tej polanie.



Czasem i w życiu tak bywa, prawda?
Bywa,  że się o coś bardzo staramy, wkładamy w to serce. Dajemy z siebie wszystko, wierząc że się uda, że musi się udać bo przecież robimy wszystko co w naszej mocy. I zdaje się, że szliśmy we właściwym kierunku....a jednak na końcu naszej drogi stwierdzamy że nie ma tam tego, czego się  spodziewaliśmy. Obiecana "nagroda" nie istnieje. I już sami nie wiemy, czy miała być naprawdę, czy tylko my to sobie wmówiliśmy.....



32 komentarze:

  1. hahahaha własnie sobie wyobraziłam Julkę turlającą się po zboczu, a jeszcze bardziej zjeżdżającą na tyłku po błocie :) a mówią, że góry to fantastyczna przygoda :D może i nie zobaczyłaś tego, czego oczekiwałaś, ale za to pokonałaś swoją niemoc i wróciłaś cała i zdrowa :D a poza tym nie często człowiek ma przyjemność pić rum pod sklepem i to prosto z butelki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz patrzę na to z dystansem i uśmiechem, ale wtedy.....czułam się jak na jakiejś zsyłce. Ręce tak zgrabiałe że nie umiałam samodzielnie spodni sobie podciągnąć. Kurteczka jasna, taka kremowa ;) była
      A stopy....miałam tak obolałe że kilka dni później zlazły mi paznokcie z dużych palców u obu stóp....

      Usuń
  2. Własnie na tym bardzo często się łapię. Gnam za czymś, staram się a kiedy to osiągnę okazuję się, że wcale nie o to mi chodziło. Doskonale pamiętam jak bardzo chciałam mieć swoje mieszkanie. Kiedy odebraliśmy klucze, rozstałam się z mężem.
    Mądrzy ludzie twierdzą, że droga jest ważna nie cel :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może do końca nie wiemy o co nam właściwie chodzi, stąd te rozczarowania "na szczycie"

      Usuń
  3. :))

    no ale jednak jakąś naukę wyciągamy.

    I może o to chodzi??
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba, że o tę naukę chodzi.
      Oby coś zostało w pamięci i pomagało w przyszłości wybrać tę właściwą drogę.

      Usuń
  4. o mialam napisac, ale mnie J. wyprzedzila.
    dokladnie to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tamte wyprawy w góry wyciągnęłam dwie nauki:
      1. nie ufać facetom
      2. kupić lepsze buty i w nowych nie ruszać od razu na szlak.

      Z życia.....ciągle jeszcze wyciągam naukę :)
      Uczymy się jak żyć chyba do samej śmierci

      Usuń
    2. Powiedzialabym nawet, ze zyjemy dopoki sie uczymy i mamy marzenia. Gdy ktos juz stwierdza, z zjadl wszystkie rozumy i nic mu sie juz nie marzy, to moze sobie tylko kwatere na cmentarzu zamowic....:)
      No ale widzisz jaki ten dzien byl wazny, bo niezapomniany? Pewnie do konca zycia go zapamietasz :))

      Usuń
    3. Na pewno!
      I już teraz dokładnie sprawdzam trasy, wyruszając w góry :)

      Usuń
  5. widzisz ile wnioskow! warto bylo. i wiesz, zeby nie wiem co "pazurki pomalowane miec trzeba", no nie?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no tak!!
      ale french się liczy? czy kolorem pociągnąć ? :)

      Usuń
    2. krwista czerwien! reszta za slaba!

      Usuń
  6. A moze z tej nauki wynika ze trzeba zaczac dostrzegac piekno tam gdzie go pozornie nie ma.
    Gdy zbyt wiele oczekujemy,czesciej sie rozczarowujemy,takie pstryczki w nos od losu.
    I kto na szlak wyrusza w nowych butach!!!!!!!:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja :)
      Zauważ że często robię coś wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi :D

      Usuń
    2. Jak wiekszosc,sama logiki sie nie trzymam zbyt czesto,ale to tez jakies doswiadczenie i nauka na przyszlosc.
      Zreszta,czlowiek cale zycie sie uczy a i tak glupi umiera;)))

      Usuń
    3. Nie no....chyba te bolesne lekcje coś tam w głowie zostawiają. Tworzą się jakieś mechanizmy samoobrony :)
      No mam taką nadzieję :)

      Usuń
    4. Cos napewno zostaje,no nie ma byka,ale pulapki tez sa coraz to doskonalsze i wszystkiego nie da sie nauczyc.
      No i gdyby czlowiek tak wszystko juz umial to by mial nudne zycie:)))

      Usuń
    5. No tak.....zniknąłby element niespodzianki, który tak bardzo lubię ;)

      Usuń
  7. Walcząć, nawet sami z sobą, zapominamy po co to robimy... no bo jak tu się wspinć i podziwiać widoki..
    Coelho w jednej książce opowiada, jak wraz z żoną postanowili spacerować z kijkami - narciarstwo bez nart... Po jakimś czasie stwierdzili, że przez takie spacery stracili widoki, gdyż skupiali się na prawidłowej postawie , coś w tym jest...
    Pozdrawiam
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobny problem kiedy jestem w pięknych miejscach. Bo nie wiem, robić zdjęcia czy widoki podziwiać

      Usuń
  8. Przeżycie walki ze samym sobą jest również warte wędrówki :)... Nie oczekiwać... to jedyny sposób na nierozczarowywanie się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oczekiwać.....a czy to równoznaczne z brakiem nadziei?

      Usuń
  9. Czasami najpiękniejszym i najcudowniejszym doznaniem jest smak rumu lub inszego specjału, który przywraca nam świadomość i krążenie. Eh.. to się nazywa przekraczać granice:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooooo tak, tu było ekstremalnie. Rum cudnym ciepłem rozlewał się po całym ciele :)

      Usuń
  10. Złamana noga, zawał i mówisz, że nie ma widoków. No, dla niektórych to nawet ewidentnie widoków zabrakło.
    I kto powiedział, że osiągając szczyty musi być pięknie, no kto? ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No na pewno nie ta ze złamaną nogą i nie ten po zawale....no i nie ja!
      No to nie wiem kto powiedział. :D

      Usuń
  11. Z gór to ja najbardziej lubię podnóża :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) z góry wiecej widać.....pod warunkiem że widać cokolwiek :)

      Usuń
    2. Gory nigdy mnie nie rajcowaly... znaczy widoki i owszem ale nadmiar wysilku zamienial wszystko w koszmar. Mam problem z tarczyca a wiec bieganie i chodzenie po gorach to masakra dla mnie. Nary tez nie bardzo, nie lubie zimy i nie lubie marznac. Z nart najlepszy jest grzaniec wieczorem i tluste zarcie:))) Leniwiec ze mnie i tego sie trzymam.
      Czy slusznie ? nie wiem

      Usuń
    3. Ja wysiłek lubię :)
      Oczywiście nie taki ekstremalny jak tamtego dnia.
      Zima mogłaby (jak dla mnie) trwać góra dwa tygodnie. I niech to będzie w okolicy świąt. Po nowym roku może się już zaczynać wiosna :)

      Trzeba trzymać się tego, co daje radość i to jest jedyna słuszna koncepcja :)
      Buziak :*

      Usuń